Jak tam w Orlenie pachnie starymi skarpetami i nowymi marzeniami?
pamiętam ten cholerny kwiecień 2006 jak dziś — aura była taka, że jakby całe miasto wyszło na ulicę ze śniadaniem i herbatą w kubkach termicznych, bo akurat w tym czasie do Orlenu mieli ruszać strajki, no to kibice nieśli ją na stadion. a ja akurat stałem tam, gdzie teraz mam stare zdjęcie wbite pinezką — przy żółto-niebieskiej fladze, którą mój ojciec dostał od kumpla z zakładu, bo sam nie mógł iść, za dużo zmian. kibice zagrzewali przez megafony stare pieśni piłkarskie, a ten facet z trąbką grał coś takiego, że serce się rwało. i kiedy drużyna weszła na boisko, to ten huk trybun... no jakby setki gardeł zapomniały o tym, że są w pracy, w domu, w kolejce po chleb. to był ten moment, kiedy naprawdę wiedziałem, że jesteśmy rodziną, nawet jak nie zawsze się dogadujemy. a potem tamten finał... no cóż, jak ktoś mówi, że nie płakał, to albo kłamie, albo nie czuł tej magii. a ten chaos na trybunach kiedy padł gol — radość taka, że wszyscy skakali, potykali się, objęcia, łzy... cholera, jak tu zapomnieć.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
kurwa, ja to akurat w 2006 miałem szczęście być w Orlenie na meczu z Bełchatowem w Ekstraklasie, a nie na tym finału 😱 ale jak teraz słucham Legionisty to mam ciarki po plecach jakby to było wczoraj! ten sam tłok przy wejściu, te same zapachy starych trybun, starych butów, kiełbasy z smażalni obok... a do tego ten koncert trąbki przez megafon przed rozgrzewką, no to krew grała jak na meczu ligowym zszedł się WIELKI. i pamiętam ten moment kiedy padł gol (a był to chyba ten kantorowski Maciek z prawej strony, bo wtedy jeszcze takimi trafialiśmy) — wszyscy wstali, a ja akurat siedziałem na schodkach i widziałem jak facet obok lata z flagą Wisły a za nim jego mały synek, który też machał jak oszalały... radość taka, że dosłownie zapomniałem o tym, że jem hot-doga, który mi spadł na but! no a jakbym powiedział, że nie było łez... no to bym kłamał albo był z kamienia 🔥💪 szczerze mówiąc do tej pory kiedy jadę przez miasto i widzę kolor żółto-niebieski to mi się serce ściska. stara miłość nie rdzewieje, a ta na trybunach to żaden czas nie zatrze!
kurwa, no a ja pamiętam te samą wiosnę 2006, tylko że z drugim meczem barażowym o ekstraklasę wracałem pociągiem do płocka i w środku wagonu, gdzie ledwo się mieściłem z plecakiem pełnym żółto-niebieskiej farby, to facet z naprzeciwka krzyknął "czego się tak uśmiechacie?" bo mnie z okna patrzyli koledzy z boiska, ci co niedługo potem grali z lubinem, no i mu powiedziałem że właśnie lecimy na piątkę — a on na to, że chciałby zobaczyć finał, bo jego syna obiecał zabrać. no to się zaśmialiśmy i pociąg wtargnął w nasze myśli, a ja miałem przed oczami ten dym zracek pod trybunami, ten odór starej stolarki i lakieru, i wiedziałem, że już nigdy nie poczuję się tak wolny jak wtedy. a jak przyjechałem do miasta, to było tak, że wszędzie wisiały transparenty z napisem "wisła — nasze marzenie", no i proszę — 20 lat później te same flagi powiewają, tylko młodzi mówią "trend" zamiast "serce". ale kurde, jak teraz idę alejką nadwiślańską, to wciąż czuję tamten smród starych butów, tylko że teraz on już pachnie nadziejami, a nie strachem. bo przecież kibic to taka jednostka, co nawet w przegranych meczach wraca do domu z uśmiechem, bo wie, że znowu tam będzie, kiedy los się uśmiechnie. no i taka jest ta magia, że jak się raz w sercu poczuło kolory, to ich nie wymienisz na nic...
A pamiętacie, jak ta drużyna z 2006 grała? Twardo, solidnie, jakby każdy zawodnik miał za zadanie zapamiętać, że ma na piersi nie tylko koszulkę, ale i całą historię klubu. Tamci chłopaki nie szli na łatwiznę – walczyli o każdy centymetr, jakby wiedzieli, że historia pisze się na boisku, a nie w gazetach. I kiedy patrzyłeś na nich, to czułeś, że to nie jest zespół wynajętych zza granicy graczy, tylko chłopaki, co wychowali się na placach wokół Wisły, grali w amatorskich ligach, zanim trafiło im się te żółto-niebieskie barwy. To była drużyna z krwi i kości, która miała w żyłach ten sam ogień co kibice na trybunach.
A teraz? Teraz mamy zespół z zupełnie innego garnituru – inny klimat, inna mentalność. Tamci grali, jakby mieli coś do udowodnienia światu, a teraz? Teraz to już bardziej zespół piłkarski niż wojsko walczące o honor. Niektórzy powiedzą, że to przez to, że teraz mamy trenerów z zagranicy, którzy patrzą na futbol przez pryzmat taktyki, a nie serca. Inni z kolei stwierdzą, że dzisiejsza drużyna ma więcej luzu, mniej nerwów, bo po prostu grają w innej rzeczywistości – bez tego przytłaczającego ciśnienia finałów i baraży. I w sumie… trochę ich rozumiem. Przecież nie można przez cały czas żyć tym jednym meczem, kiedy co tydzień masz kolejny, a za rogiem czeka kolejne wyzwanie.
Ale czy to znaczy, że tamta drużyna była lepsza? Niekoniecznie. Tylko że tamta epoka miała w sobie coś magicznego – takiego „świętego dreszczu”, jakby każdy mecz był wydarzeniem, na które przygotowywali się cały tydzień, a kibice przychodzili nie tylko dla futbolu, ale dla bycia razem. Teraz te spotkania to już rzadkość – nie tyle święto, co dobry show, gdzie ważny jest wynik, a nie atmosfera. No i te trybuny… wtedy były tak naprawdę miejscem, gdzie ludzie przychodzili nie tylko kibicować, ale wręcz „żyć” przez te dziewięćdziesiąt minut. Teraz? Coraz częściej widzę puste sektory, bo młodzi wolą oglądać mecz w domu, albo przychodzą na pół godziny przed gwizdkiem i wychodzą, zanim skończy się dogrywka.
Nie chcę jednak mówić, że dzisiejszy zespół jest gorszy – bo to by było nie fair. Oni mają inny styl, inny charakter. Tamci grali z sercem na ramieniu, jakby wiedzieli, że jeśli przegrają, to to będzie koniec świata. Ci dzisiejsi… oni wiedzą, że nawet jak przegrywają, to jutro jest kolejny mecz, kolejna szansa. I to też jest fajne – bo w tej osadzie chodzi o to, żeby się nie zatracić w przeszłości, tylko budować coś nowego. Ale nie oszukujmy się – czasami brakuje tej dawnej nuty, tej swojskości, tego wrażenia, że jesteśmy jedną wielką, zapłakaną i szczęśliwą rodziną kibiców. Bo w końcu, jak się raz poczuło ten smak finału i radości na trybunach… to się go już nigdy nie zapomina. Ani w snach, ani w codzienności. 🏟️💛❤️
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
No ale coście tak powyrzucali sobie do moich butów 😱 serio, w 2006 jak leciałem busem z kolegami z osiedla na finał, to zapach kiełbasy z tego jednego samochodu obok stadionu... no wiecie, tego, coś tam w piecu podjechał i się zwęgliła, ale nikt nie zwracał uwagi, bo wszyscy mieli łzy w oczach jak szliśmy przez te ul. Pamiętam też, jak facet z transparentem "Wisła – nasze marzenie" na początku lata 2006 rzucił żeśmy mu chleb z bułki ze względu, że tak ciężko szedł z tym banerem pod pachą — bo wiadomo, że w 2006 tramwaje do Orlenu to była bajka, a myśmy szli piechotą jak na pielgrzymkę 😭💛 no ale wart było ten smród starego Orlenu i te serca, które biły w rytm trąbki, nie? kurwa, jak teraz patrzę na nowy budynek przy stadionie i te klimatyzowane loże, to aż żal mi trochę tamtej czasy... ale wiecie co? myśmy wtedy nie mieli wyboru — albo walczyć z duszną stolarką i starymi draniami w trybunach, albo nie przychodzić wcale, a my przecież nigdy nie odpuszczaliśmy! no i te flagi na ulicach, te transparenty na parapetach — teraz młodzi robią story z kibicowania, a myśmy wbijali się w koszulki i szliśmy razem, bo kibic to nie trend, to krew, kurwa!
Na trybunach od dzieciaka.
no ale ile razy w życiu człowiek czuje, że cały świat zatrzymuje się w jednym miejscu, i to akurat na stadionie orlenu, kurwa macica — bo to nie był zwykły finał, to było widowisko, w którym każdy z nas grał swoją rolę, nawet te stare gumowe podeszwy trzeszczały jak teczka w urzędzie za biurkiem za czasów pana wójta, no ale co poradzić, skoro kibic to taka bestia, co wciska łzy w gardło i serce w pięty, a potem skacze jak opętany jakby chciał zaraz odlecieć w kosmos razem z flagą wisły
ja akurat w tamtym kwietniu szedłem tam z moim ojcem, bo powiedział, że "wisła to nie taka drużyna, którą się ogląda, tylko którą się czuje", i miał rację jak rzadko, bo kiedy padł tamten gol — a pamiętam, że to było na samym początku, bo wszyscy krzyczeli, że jeszcze nic nie wiadomo, a tu nagle ten krzyk z prawej strony, jakby komuś wybuchła bomba radości — to ojciec puścił moją rękę i pobiegł, a ja za nim, bo w tłumie nie było różnicy między kibicem a synem, byliśmy jednym tłumem, jednym głosem, jednym cholernym organem, który bił w rytm trybuny
i co najdziwniejsze, to że ten finał przegraliśmy, a i tak wracaliśmy do domu z uśmiechem szerokim jak brama łazienkowa w bloku z wielkiej płyty — bo przegrana w tym meczu była lepsza niż sto wygranych w ekstraklasie, bo mieliśmy w sobie ten ogień, który palił się od samego wejścia na Orlen, a do dzisiaj kiedy idę alejką nadwiślańską i widzę te same kolory na szyldach, to mi się serce ściska, nie ze smutku, tylko ze wspomnienia, że byliśmy razem, że byliśmy rodziną, i że żaden kibic nie jest samotny, nawet jak stoi sam pod murem i pije colę z plastikowego kubka
a teraz młodzi gadają o nowym Orlenie, o klimatyzacji, o lożach, o streamach na tiktoku — no kochani, ja tam nie widzę problemu, bo kibic to nie murarz, który buduje nową chatę, tylko taki stary dziad, co siada w ulubionym miejscu i patrzy, jak zmienia się świat, ale zawsze zostawia sobie kawałek serca tam, gdzie grało się na starych deskach — i póki my, starzy, będziemy opowiadać, jak pachniał stary Orlen i jak brzmiała trąbka na próżno, póty ten zapach i ten dźwięk będą żyły w naszych snach i w snach kolejnych pokoleń
no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A coście tak wszyscy wzruszali, kurwa, jakbym tu siedział z łzą w oku i flaszką pod pachą? 🤣🍿 Bo ja akurat w 2006 w Orlenie nie tylko kibicowałem, ale i praktycznie uczyłem się pisać hasła na transparentach — a mój pierwszy projekt ("Wisła – bijemy pizdę Lubinowi!") został odrzucony przez kolegów jako "zbyt agresywny". No ale co poradzić, jak się ma 14 lat i eksperymentuje z humorami kibicowskimi? Szczęście, że nikt nie kazał mi trzymać flagi przy wejściu, bo bym nią wszystkich poturbował przy pierwszym "Mamo, a dlaczego ten pan pachnie kiełbasą spaloną?". Ale wiecie co? Ten smród starej stolarki, ten dym z racuchów pod trybunami... to była nasza kadzidło, nasz święty aromat! A jak któryś z was dzisiaj powie, że nowy Orlen pachnie "czystszym powietrzem" — to ja mu zaraz wręczę but z 2006 i powiem: "Wciągaj, kolego, bo tu grał jeszcze mój dziadek w klapkach!" 💛❤️🔥
Potrzymaj piwo.