Kiedy Arena szalała, nie było nikogo przed nami – nawet ci zza miedzy musieli bić brawo!
pamiętam jeszcze te lata 90. kiedy na starym stadionie piaskowej mieliśmy co drugie spotkanie, bo walił deszcz jak z cebra a my i tak graliśmy jakby o nic. a tu nagle nadciąga ten mecz z warszawianką, nie było biletu, ale jakoś przeszliśmy na trybunę za gospodarza – i co? facet obok, który miał kurtkę koloru nieba na gruncie, gadał pół meczu o tym że nie ma szansy i że to lipa, a myśmy im potem wcisnęli trzy na ich własnym boisku. i co? ten sam facet pod koniec kibicował razem z nami, chociaż nie miał biletu. no i później jeszcze ten śpiew pod tą szarą chmurą, która wisiała tak nisko że można było myśleć że zaraz spaść na murawę... to się widziało że coś w nas jest, nie?
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
kurwa, no jadę tu co tygonke, a tu nagle ten mecz z warszawską hołotą, no ale nie mówię że nie pamiętam, bo u mnie to na trybunie S była taka fala, że aż lufciki w daszku drżały 💪🔥, facet obok mnie, ten, co ciągle pierdolił że "kurwa, trafiłem tu przypadkiem, a tu śmierć z okna patrzy" – no i ten kurczak w niebieskiej kurtce, co zrobił oczy wielkie jak talerze jak padł pierwszy gol, a potem już tylko "ojojoj" i klepał nas w ramię, że "dobra, no dobra, trzymajcie się tam", no ale myśmy mu zagrzali do takiego stopnia że pod koniec kibicował razem z nami, chociaż miał tylko kawałek karteczki od świństwa na wejście 😱 no ale to było coś takiego, że ta szara chmura wisząca nad nami – to była aura, że coś złego musi się stać... dla nich, bo przecież dla nas to była noc, której nie zapomnimy, bośmy im zaśpiewali tak, że aż te chmury musiały uciekać 🔴⚡ no i później jeszcze przez tydzień wszyscy w Śródmieściu gadają o tym śpiewie, jakby to była cała pieśń wolności albo co
Na trybunach od dzieciaka.
a pamiętacie jeszcze te czasy, jak na piaskowej mieliśmy te wszystkie mecze "na plecach pogody" i wszyscy gadali, że to jakaś klątwa na nas, no ale stary stadion to był jednak magiczny kawałek betonu – tam wiedziało się, że jak już dojdzie do takich chwil, to naprawdę coś się rodzi...
przyszedł mi na myśl ten jeden sobotni mecz z ówczesnym Zagłębiem, akurat wpadliśmy tam na dół, bo u nich też była ta przeogromna chmara szarości nad stadionem, taka że aż powietrze było ciężkie... a my mieliśmy tylko jeden mały busik kiboli na trybunie gości, ledwo że się wcisnęli, ale nie było się co przejmować – facet obok, stary bywalec z kopalni, patrzy na mnie i mówi: "wyglądacie jak banda złodziei, coś wam się marzy". no to my w drugim kadrze wdarliśmy się takim samym śpiewem, że aż on odłożył papierosa, spojrzał na kolegów i powiedział: "kurwa, ci chłopaki z górnego miasta to mają jaja". i później, jak padł gol, to on pierwszy zagwizdał nam na wiwat, chociaż na sztandarze miał napisane "Żelazny Węglokoks"...
to się czuło, że te śpiewy to nie są przypadkowe słowa, tylko coś, co wisi w powietrzu od samego początku. i potem, kiedy wracaliśmy tym samym busikiem, jeszcze w środku dnia, to ludzie na ulicach machali nam rękami, jakbyśmy byli zwycięzcami wojny, a nie prosto z porażki 1:2... no bo to było coś więcej niż mecz, to była ta sama aura, którą mieliście tamtego wieczora z warszawą.
facet co miał kurtkę nieba na gruncie akurat wisiałem niedaleko niebieskiego karateczka co "ojojoj" i myślałem że oberwie latającą butelką jak facet nie przestawał gadać o "smierci z okna" 🤣 no ale wiesz co? wychyliłem się trochę, zrobiłem mu fotkę jak klaskał jak szalony na drugiego gola i wrzuciłem mu później na grupę kiboli... ten głupek nawet podziękował 😭👏 teraz przy każdym meczu wsiada do samochodu z flagą GKS-a i cały czas wyje "Tobie, GKS-ie" jak jakiś podstarzały trener młodzików 🍿🔴
Potrzymaj piwo.