Kiedy bawariańska fala na niebie płonie czerwienią, a my wciąż żyjemy tym samym marzeniem
a wiecie co, tamtej nocy w barszczu tak naprawdę nikt nie spał tylko my — trójka z gdańska na wspólnej kanapie z kalką i dyktafonem pod ręką, a ten wrzask zza głośnika walił jak młot. ja pamiętam ten moment kiedy grabowski wstał nagle i krzyknął 'kurwa, to znowu się dzieje!' bo nie mogliśmy uwierzyć, że osiemset milionów kibiców właśnie wali w sztok i naprzód znowu — mia san mia tak huczał, że nawet sąsiad z dołu walił w rurę zamiast w ścianę
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
siema chłopaki kurde a ja tamtej nocy byłem na dworcu w zielonej górze bo wróciłem z jakiegoś tam sparingu lokalnej drużyny co mi nie dawała szans xD i akurat w knajpie obok było jakieś zagraniczne mecze na ekranie ale nikt nie krzyczał no i tu nagle — trafił się strzał bayernów i ten komentator co go znasz ten co zawsze wyje jakby duszę by sprzedać i BUM 'GOOOOL BAYERN MONACHIUM' i w jednej chwili cała knajpa wstała jak jeden facet no ale jebnąłem w stół że mnie kubek podskoczył taka fala przeszła przez nas wszystkich no ale jeszcze jak zagrali ten 'Mia san Mia' w tle no to aż ciarki szły bo tak czuć było że te osiemset milionów kibiców na całym świecie w tej jednej chwili patrzy w niebo i krzyczy razem z nami… no ale trudno 🔥🔴
Na trybunach od dzieciaka.
a to ci dopiero wieczór był w moim domu w warszawskim blokowisku, tamtej feralnej majówki dziewięćdziesiątego dziewiątego, akurat mieliśmy remont i cała moja rodzina stłoczona była w jednym pokoju z przenośnym telewizorkiem na szafie — mój stary nie mógł uwierzyć, że tracimy internet bo kabel się przerwał, a ja klęczałem przy oknie z anteną w ręku tak że sąsiad z naprzeciwka myślał pewnie, że robię coś podejrzanego… ale do cholery, jak ten komentator wrzasnął o golu i nagle wszyscy wiedzieliśmy, że to ten moment — to 'mia san mia' leciało tak potężnie że drżały szyby w oknach, a ja w tym szaleństwie zdążyłem jeszcze usłyszeć jak moja babcia krzyczy do swojego psa 'cicho no, nie przeszkadzaj, historia się dzieje!' no i całe osiedle waliło w garnki akurat kiedy słońce wschodziło — niebo było czerwone, a my byliśmy w środku tej legendy, zupełnie jakby cały kraj podłączył się do jednego serca i biło razem z nami… dziś już nie spotkasz się z takim pijackim uniesieniem, ale tamtej nocy naprawdę wierzyliśmy, że te słowa to coś więcej niż zwykłe okrzyki — to była przysięga
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Te noce zawsze będą miały w sobie coś magicznego, bo tamta drużyna szła na sam koniec niczym szalony pociąg towarowy — nie hamowała, nie liczyła się ze zdrowiem, a już na pewno nie zadawała pytań. Zobaczcie, Scholl rzucał się na każdą piłkę jakby to była jego ostatnia akcja w karierze, Babbel biegał od środka niczym szczeniak, a Jancker… kurde, ten facet po prostu wchodził w kogo popadnie i stawiał całe ciało. To była drużyna, która nie znała słowa "trudno", tylko "do przodu". Oczywiście, mieliśmy wtedy dwóch sędziów, którzy albo śnili, albo byli z drugiej ligi, ale to nie zmienia faktu, że tamten finał był jak film, którego nikt nie chciał, by się skończył.
Dzisiaj? Patrzę na ten zespół i widzę spokojnych specjalistów, którzy wiedzą swoje i robią swoje z taką finezją, że aż żal. Musiałem kiedyś obejrzeć tegoroczny mecz z Unionem w eliminacjach — tam nawet nasz kibicowy puls nie podskoczył, bo wszystko było tak przewidywalne, że mogłeś w międzyczasie napić się herbaty. Kimmich gra na pozycji defensywnego pomocnika, ale czy ktoś widział go ostatnio walczącego o piłkę w szatni? A przecież właśnie w tym tkwiło piękno tamtej drużyny: oni walczyli o każdą piłkę jakby to była ich ostatnia godzina życia. Dzisiaj się walczy… no, walczy się, ale już wiadomo, która drużyna wyjdzie na prowadzenie, bo przeciwnik też ma te same schematy w głowie.
I to jest właśnie ten niuans, o którym mówię. Tamtej nocy w Barcelonie każdy z nas czuł, że jesteśmy częścią czegoś większego niż my sami — osiemset milionów ludzi śpiewających razem, stadion, który trząsł się od wrzasku, a my w środku tego całego szaleństwa. Dzisiaj to szaleństwo trzeba szukać, bo na co dzień widać raczej efektywną maszynerię niż żywe serce. Ale nie mówię, że to źle — no nie, skąd! Tylko że czasami brakuje tej szalonej energii, którą wlewali do zespołu ci starzy wyjadacze. Oni nie grali w obronie, oni atakowali — dosłownie, fizycznie, bez pardonu.
Wciąż kocham ten klub, ale trzeba przyznać, że te emocje z 1999 roku to coś, czego nie da się powtórzyć. Może kiedyś, kiedy Bayern znów stanie przed szansą na największe święto, znowu poczujemy ten dreszcz? Ale póki co… cóż, przynajmniej mamy internet, dzięki któremu możemy wspominać. 🔴⚫
Najpierw policz, potem się spieraj.
SIEMA CHŁOPAKI 🔥💪 kurde ja akurat tamtej nocy byłem w monachium bo stary poszedł na ten swój "beznadziejny" spacer po angersstrasse i nareszcie mu skończyła się lista "do zobaczenia w Niemczech" i przyłapał mnie na kanapie u kumpla bo mieliśmy w telewizorze ten finał w pubie co ledwo działał bo ktoś przypadkiem wsadził tam pizzę na wierzchu dekodera i TAK, nagle ekran zrobił się czerwony od rzutnika, a ten facet z knajpy wrzasnął coś po bawarsku że nasz Graeme Souness chyba dostał ataku serca bo widać było jak on podryguje na fotelu z rękami w górze i… BUM! Ten moment kiedy gol padł to nikt nie uciekał, po prostu wszyscy staliśmy w miejscu, a ten starszy facet co pił piwo z kuflem złotym walnął nim o blat że musiałem ratować swój telefon przed latającym szkłem, no a potem ta melodia, te słowa… kurde, ja tamtego dnia nawet nie byłem w tak zwanym "stanie kibica", tylko w stanie jakiegoś transu, bo czułem że powietrze dosłownie drży od tych 800 milionów głosów rozrzuconych po całym globie, a ja stałem w tym tłumie i krzyczałem razem z nimi… aż dostałem piany w ustach 😱 bo wiem jedno — takich chwil już nigdy nie będzie, bo wtedy Bayern grał o więcej niż punkty, grał o duszę każdego kto miał w sobie choćby iskierkę nadziei… i to właśnie te 'Mia san Mia' były dowodem że nie jesteśmy sami, że ta magia jeszcze żyje! ❤️🔴
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a co wy mi tu w ogóle pleciecie o blokowiskach i gdańskich kanapach — ja tamtej nocy miałem pecha i trafiłem na rejs do brukseli bo bilet z łódzkiej podróży był najtańszy i akurat na promie w radio leciało echo finału, a ten jeden facet co akurat wsadził sobie słuchawki przez to, że nie mógł ogarnąć angielskiego u stewardessy, wrzeszczał w niekontrolowanym uniesieniu tak głośno, że kapitan musiał się wtrącić bo myślał, że ktoś dostał zawału — ale wiecie co? ten "Mia san Mia" niosło po całej pokładzie, a ja stałem przy relingu z kubkiem piwa w garści i nagle widzę, jak jakiś starszy pan co miał na sobie koszulkę z napisem "FCB 1974" płacze jak dziecko i powtarza "jeszcze raz, jeszcze raz", a cały prom wirował w tej samej euforii co my w Barcelonie — bo to nie był mecz, chłopaki, to było święto, które nie potrzebowało ani stadionu, ani nawet ekranu, wystarczyło złe radio i woda dookoła
i te wasze historie o remoncikach i remontach to drobiazg przy mojej walizce co wsiadła na pokład w połowie wrzawy, ale jedno macie rację — tamtej nocy każdy z nas czuł, że to coś więcej niż futbol, to był rytuał, którego nikt nie ogarnie, gdyby nie dożył następnego dnia
no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
no dobra to teraz moja tura bo akurat dzisiaj rano umyłem zęby i wpadłem na genialny pomysł — a co jakbyśmy zrobili taki finałowy mecz z 1999 w realu? nie ten sam, tylko taki z udziałem ludzi z forum którzy wtedy byli jeszcze w pieluchach albo w ogóle nie urodzeni 😂🔥 no i oczywiście z waszymi "przygotowaniami" — ja bym tak:
schodzę do piwnicy, wyciągam stary brezent z lat 90. co wisiał na sznurku do prania (też było z tym problemy bo się rozlatywał, ale moja mama powiedziała że "jeszcze trochę posłuży") — na nim piszę flamastrami BAYERN MONACHIUM 1999 FINAŁ BARCELONA bo choćbym miał kichać z tego samego alfabetu co jakiś zwariowany mallorcanin, musiałoby to wyglądać szanowanie. no a potem biorę te moje stare buty sportowe które śmierdzą na 50 metrów i krzyczę do brata "SŁUCHAJ, BĘDZIEMY ROBIĆ HISTORIĘ NA GARAŻU!".
no i wiadomo — brat na początku myślał że mu robię kawał bo ja w piwnicy ułożyłem pudełka po pizzy jak "trybuny", a on stał w drzwiach i gadał "bracie, tu jest za ciemno żeby oglądać mecz, i jeszcze te pudełka śmierdzą serami z 2003 roku". ale jak już ustawiliśmy telebimik na starym telewizorku co raz na 2 minuty gaśnie bo "to coś z prądem", no to nagle zaczynamy mecz — ja w koszulce Effenberga co wydostała się z dołówkarni (ma dziurę wielkości RFN) i brat w tym czymś co kiedyś było strojka Bayernu z 1997 bo go odkopaliśmy spod łóżka.
pierwsza połowa idzie w miarę ok, strzelam gola w poprzeczkę bo bratowi tak bardzo się nie chciało biec za piłką że kopnął ją jak najdalej mogła polecieć — ta akurat wylądowała u sąsiada który od razu zaczął walić w rury. no ale w drugiej połowie dochodzi ojciec co akurat wrócił z pracy i mówi "co jest kurwa, znów się zachowujecie jakbyście mieli osiemset milionów szans na finał lig mistrzów?" — ale jak już usiadł, no to zobaczył mnie jak rzucam się na kanapę walcząc z powietrzem bo myślałem że to Scholl w 90 minucie 😱💀 i brat wrzeszczy "TO ON! TO ON GRA ZA NAS!" — no i nagle ojciec zerwał się z fotela i zaczął walić w stół tak mocno że skakanka co wisiała na ścianie spadła nam na głowę i…
w tym momencie mama weszła do pokoju, zobaczyła nas wszystkich w takich strojach, brezencie na ścianie i ojca który wrzeszczy "MIA SAN MIA!" przy akompaniamencie uderzeń w garnek od Bigosu, no i po prostu stanęła w progu i mówi "dobrze, ja idę do mojej matki, jutro przyjdźcie się wyspowiadać do kościoła bo naprawdę wierzyłam że jesteście normalnymi ludźmi" 🤣🍿
ale wiecie co? tamtej nocy w garażu, z tymi pudłami, starą koszulką i podejrzanie śmierdzącym powietrzem — naprawdę poczuliśmy ten sam dreszcz co Wy wszyscy tamtego dnia w Barcelonie… tylko że my mieliśmy problem z sąsiadem który chciał oddać nas w ręce państwa bo myślał że robimy jakieś satanistyczne obrządki 😂
te lata dziewięćdziesiąte to były jednak czasy…
Potrzymaj piwo.