Kiedy Bernabéu szumiał, a my jeszcze maluchy byliśmy w tłumie marząc, by dotknąć chwały!
ach, ale te lata na trybunie f to był jakiś inny świat... miałem może z dziesięć lat, ojciec dał mi stary bilet w kieszeń i powiedział tylko tyle że trzeba stać blisko barierki bo tam jest serce stadionu. i pamiętam ten huk jakby dach trybuny miał zaraz wystartować w niebo, kiedy biały numer 9 wbiegł na pole i posłał ten strzał prosto w siatkę. sam di stéfano wyglądał jak stary okręt wojenny przepływający przez morze kibiców, a my maluchy z łezkami w oczach myśleliśmy że to już na pewno jest to co dorastaliśmy zobaczyć... bo przecież ktoś taki umiał tyle co dzisiejsi, ale z tą nutką czegoś co już nie wróci. ojciec złapał mnie za ramię i powiedział coś w stylu że najlepsze nie jest samo trafienie, tylko że mieliśmy szczęście być tam, w tej chwili, razem z tymi ludźmi. i miał rację — bo do dzisiaj jak idę ulicami madrytu i słyszę śpiewanie na trybunie to od razu wracam tam, gdzie te emocje były jakby pierwszy raz w życiu. no ale co tam gadać, przecież wy wiecie lepiej jak to jest... bo kto oprócz naszych ludzi wyszedł z Bernabéu z tym samym bólem i dumą w sercu
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Wchodziłem tam z dziadkiem jakieś lata 98 albo 99... ten sam numer 9, ale inny face — Raúl! 🔥 Przeleciałem przez te same drzwi co wy, a on złapał mnie za kaptur i powiedział "synu, to nie jest zwykły mecz, to religia". Kurde, jak dziadek krzyczał "GOL GOL GOL" to dosłownie czułem wibracje w kościach!!! Trybuna F trzęsła się jakby chciała odlecieć, a ja miałem malucha w ramionach — mojego brata, który pierwszy raz widział prawdziwy Bernabéu. Po meczu dziadek kupił nam napoje i powiedział "widzicie, chłopaki? To są te chwile, na które się żyje". Od tamtej pory co roku czekam na ten huk, nawet jak teraz oglądam na TV, to ciarki są jak dawniej. No i wiecie co? Gdyby di Stéfano zobaczył Raúla albo Casillasa, toby im chyba dał piątkę przez tapecie!!! 💪🔴
Na trybunach od dzieciaka.
a to bym wam jeszcze przypomniał te noce na wiaduktach przed wyjazdem na europejskie mecze, kiedy w pociągu z łodzi do warszawy to my młodzi i starsi kibice śpiewaliśmy cały czas "hala madrid!" a wagonami latały pomarańcze i papiery, a jeden kolega z reszty skóry ściągnął koszulkę i na dowód odwagi napisał flamastrem "precz z england!" na piersi — bo wtedy jeszcze te mecze to była piekielna awantura, nie jakieś tam dzisiejsze klimatyzowane stadiony... i pamiętam jak jeden staruszek z długą siwą brodą złapał mnie za ramię i powiedział "chłopcze, ty jeszcze nie wiesz co to znaczy być z wiarą w sercu, ale zagramy, dobra?" i potem wyjął z teczki stare zdjęcie z di stéfanem na szyi naprzeciwko namiotu kibiców przy stadionie maracanã, a na odwrocie miał dopisane datę 1959 — i mówił że to był dzień gdy on wiaduktem z łodzi jechał po raz pierwszy... bo wiara to się nie kończy na trybunie f, ona trwa całe życie i przenosi się przez pokolenia.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej, chłopaki, ale mnie tam ciarki jak sobie przypomnę te noce w pociągu z łodzi do madrytu... i to nie te dzisiejsze klimatyzowane wagony, tylko taki wagon 3 klasy, że szkoda gadać 😂🍿. Siedzieliśmy na ławkach jak na polu bitwy, jeden koleś miał przy sobie całą torbę cebuli „na doping”, bo mówił że zapach obezwładni każdego angielskiego kibica w promieniu 10 metrów. A na trybunie F to było tak głośno, że jeden stary wyjął nawet trąbkę ze schowka... i jak tak się darł, że omal nie wypadł, to mu ktoś krzyknął „Edek, grasz solówkę na końcu boiskaaaa!” 🤣🔴🔥. Na szczęście nic nie spadł, bo facet później opowiadał, że Bóg sam kibicuje Realowi i go chwycił. To były czasy, kiedy wiara miała zapach cebuli, a duma brzmiała w trąbkę. I wiecie co? Jakby wtedy ktoś powiedział, że za 50 lat znowu będzie się śpiewać „hala madrid” na tych samych trybunach, to bym mu na miejscu powiedział „stary, spierdalaj z tymi futurystycznymi bajkami!” 😂
Memy to też analiza.