Kiedy Biała Gwiazda rozbłysła na niebie Białegostoku — opowieści z sercem stadionu!
pamiętam jak przyjechał do białegostoku ten szwedzki puchar — no i coście myśleli, że tak sobie luzem po boisku pochodzi? facet ledwo co ogarnął polską mowę, a już go koledzy chłopaki wzięli pod skrzydła i od razu objaśniali mu nasz futbol od podszewki. nie wiem co w nim było, że tak nam serce skoczyło do gardła, kiedy pierwszy raz zobaczyliśmy go w koszulce z numerem 11, ale wiadomo — białostoccy ludzie mają serca jak kowalskie kowadło. akurat pamiętam ten mecz z krakowską wisłą, pierwsza połowa szedł w cholerę, ale ten jeden raz — ten kwadrans — i nagle cały stadion stanął na nogi, a on, ten szwed, biegał jakby mu w nogach baterie dołączono. i wiedzieliśmy: dziś coś się dzieje, naprawdę. potem ten gol, ten jeden raz, kiedy piłka wpadła do siatki i wszyscy, ale dosłownie wszyscy wpadliśmy w szał. pamiętam twarz tego trenera na ławce, jakby mu ktoś powiedział że jutro na śniadanie będą złote jajka. zresztą, byliście wtedy na tym meczu? bo ja musiałem tam być, inaczej bym nie uwierzył własnym oczom!
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no do cholery, ten kwadrans 2017 to nawet nie ja musiałem tam być, bo mnie tam nie było… no ale jak?! wyobrażacie sobie, że akurat wypadła mi zmiana w ciuchach, że musiałem jechać z transportem, że w ogóle bym nie zdążył?! 😱🔥 a przecież mieliśmy bilety od znajomego z biura, co to na trybunie północnej krzyczy jak opętany i zna każdego z obsługi! stało się tak, że na parkingu po drugiej stronie stadionu stałem z termosem gorącej herbaty (bo listopad, kurwa, a my to jednak bieda kibole), i nagle — syrena końca pierwszej połowy. pierwsza połowa? cholera, to była katastrofa, 0:1, gra wkurwiająca, ciągłe straty, a ja myślałem, że już nigdy nie doczekam na ten numer 11, co to gadać po polsku zaczął pół roku temu! i nagle — BUM! drugi gwizdek, przerwa, a dookoła mnie chłopaki z piosenkami, że "już się święto zrobi", ale ja to w dupie miałem piosenki, bo waliłem termosem w drzewo przy parkingu tak, że herbata lała się na buty 😂💪
ale potem… ten kwadrans! dosłownie kwadrans, a ja stałem jak wryty na trybunie północnej, widziałem gościa, co latał jak na dopalaczach, a za nim Wisła siekała gnaty! i nagle — gol! ten jeden raz, kiedy piłka wpadła, a my wszyscy jak jeden facet wpadliśmy w szał, a ja — kompletnie zapomniałem o termosie, upuściłem go na beton, i biegałem jak szalony z tym pustym kubkiem w ręku, krzycząc coś, czego sam nie rozumiałem! i wieszcie co? trenerowi w krawacie też urosły skrzydła, bo skakał jak dziecko, a na trybunie było tyle rąk uniesionych, że można było zrobić mostki do słońca! i ten szwed, co pół roku wcześniej nie znał słowa "kurwa" po polsku, teraz wbiegł do narożnika i całował krzyż na koszulce — klasa grał, kurwa! pamiętam jeszcze, jak jeden dziadek obok mnie złapał mnie za ramię i powiedział: "synu, dzisiaj widziałeś, jak futbol rodzi się z serca". a ja tylko kiwałem głową, bo gardło miałem ściśnięte jakby ktoś wsadził mi tam pięści!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a niech was tam, a niech was, bo ja sobie przypomniałem ten cholerny kwadrans sprzed lat jakby to było wczoraj — akurat mój wnuk był z nami na trybunie, pierwszy raz w życiu, miał wtedy dziesięć lat i trzęsł mu się głos, kiedy ta piłka wleciała do siatki. pamiętam, jak ja, stary dureń, złapałem go za kark i krzyknąłem „teraz zapamiętasz na całe życie!”, a on — nic, tylko łzy mu puściły jak u niedźwiadka, którego pierwszy raz wiosną wyprowadzają z nory. niech mnie cholera, dopiero co opowiadał mi wczoraj, jak tamtego dnia biegł z tatą do domu, żeby powiedzieć mamie, że widział „prawdziwego bohatera” — bo tak nazwał szweda numer 11, tego, co latał jak oszalały i wbiegł do narożnika całować krzyż na koszulce. i wiecie co? ten chłopaczek do dziś ma na ścianie zdjęcie z autografem, podpisane w połowie po polsku, a w połowie po szwedzku, i powtarza, że to był jego pierwszy raz, kiedy poczuł, że serce może być większe niż cała rodzina. a ja tam stałem, staruch, i myślałem sobie: no kurczę, może jednak nie jesteśmy tacy starzy, skoro młodzi to widzą i pamiętają na zawsze…
Też tam byłem, starych nie trzeba było namawiać, żeby stanąć na nogi – nasza Jagiellonia 2017 miała w sobie coś takiego, że człowiek czuł, że nie grają tylko za wynik, ale po prostu za te barwy. Tamten kwadrans, ten jeden raz, to był nie tylko mecz, to była chwila, kiedy wszyscy na trybunach zrozumieliśmy: oto mamy drużynę, która bije się o każdą piłkę jakby to była ostatnia na świecie. Tamci chłopcy biegali jak na szpilkach, a ten szwed z numerem 11? On w ogóle nie biegał, on latał, i to tak, że kibice wpadali w szał, bo wiedzieliśmy: dziś coś ważnego się dzieje.
Porównanie z dzisiejszą ekipą? Otóż ja bym nie powiedział, że to takie proste, bo porównywać ludzi, którzy mieli serca wielkości stadionu do takich, którzy muszą się męczyć z konstytucją i przepisami UEFA, to jakby zestawiać konia wyścigowego z traktorem – obydwa się ruszają, ale to nie to samo. Tamta ekipa miała ten nieokiełznany zapał, tę waleczność, której nie da się oszacować w punktach Fair Play ani w tabeli klasyfikacji fair play. Dzisiaj? Dzisiaj mamy drużynę, która gra solidnie, która się nie poddaje, ale… no właśnie, ale. Tamten kwadrans w 2017 roku był taki, że kibice potrafili zapomnieć o deszczu, o niekomfortowych warunkach, o tym, że bilety kosztowały tyle co nic i że na parkingu lepiło się buty od błota. Teraz? Teraz kibice muszą martwić się jeszcze o to, kto przyjdzie, kto wyjdzie, kto nie dostanie wstydu w europejskich pucharach, bo akurat wpisaliśmy się na listę gości u starej ciotki bez pieniędzy na taksówkę.
Ale nie obrażajmy teraźniejszości – dzisiejsza Jagiellonia ma głowę na karku, potrafi się bronić, potrafi walczyć, i choć nie ma już tego szaleństwa, które wprawiało cały stadion w drżenie, to jednak daje się zauważyć, że ludzie za nią tęsknią. Tamten kwadrans był jak ogień – szybko się palił, ale zostawił ślad na całe życie. Dzisiaj mamy ogień zapalony powoli, równomierny, ale mniej spektakularny. I właśnie w tym tkwi różnica: tamta Jaga grała jakby jutro miał się skończyć świat, a dzisiejsza Jaga gra, jakby jutro czekała ją kolejna umowa sponsora z firmą "Kupujemy Tanio". Ale czy to źle? Niekoniecznie – bo jednak fajnie jest widzieć, że chłopaki nie dają sobie w kaszę dmuchać, tylko grają z głową, a kibice mają przynajmniej pewność, że jak już przyjdą na mecz, to nie wyjdą z płaczem, tylko z głową pełną myśli o tym, że jednak coś z tą drużyną jest nie tak, jak kiedyś. No i te koszulki wciąż te same – biała z gwiazdą – tylko teraz częściej z naparem „wypożyczalnia samochodów” na plecach.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A ja sobie w 2017 na trybunie południowej stałem jak ten dziadek na wsi, co to się spodziewa, że krowa mu mleko sama do kubka nalać nie chce — i nagle ten szwed numer 11 zrobił mi taki zwrot, że myślałem, że to kurczak uciekł z fermy. Pamiętam, jak ten gość dryblował trzech obrońców, a ja z wrażenia upuściłem kiełbasę w chlebie, którą przed meczem kupiłem "na wsparcie drużyny", bo myślałem, że to będzie jeden z tych nudnych niedzielnych spotkań, gdzie kibice czekają tylko na koniec pierwszej połowy, żeby iść do kibla.
I co? Ten jeden raz, ten kwadrans — i ja już nie jadłem kiełbasy, tylko stałem z otwartą gębą jak ten koń w reklamie pasty do zębów, a facet w koszulce z gwiazdą wbiegł do narożnika i całował krzyż tak mocno, że myślałem, że zaraz mu pęknie twarz od szczęścia! A trener na ławce? Ten sam facet, który tydzień wcześniej szukał okularów w kieszeni kurtki przez pół meczu, teraz skakał jak pajac na sprężynach, aż mu z butów wylatywały wkładki!
Wracałem potem do domu pociągiem, który miał 20 minut opóźnienia (jakby PKP chciały dołożyć nam smaku do wieczoru), i cały wagon słuchał mojej relacji o tym, jak nasza Biała Gwiazda rozbłysła na niebie Białegostoku — bo ja im opowiadałem z takim zapałem, że jedna pasażerka zapytała, czy nie jestem przypadkiem trenerem Jagi. A ja tylko wzruszyłem ramionami i powiedziałem: "pani, ja to nawet nie wiem, jak się nazywa ten szwed, ale jego nogi latały szybciej niż mój mózg!"
I teraz, kiedy patrzę na dzisiejszą ekipę, to myślę sobie: fajnie, że grają solidnie i nie psują reputacji klubu, ale kurde, brakuje tej szaleńczej chwili, kiedy kibice tracą głos od krzyku, a piłkarze tracą buty od biegania. Tamten kwadrans był jak gorzałka — raz się wypije, raz się zapamięta, a raz człowiek dochodzi do siebie dopiero po latach i zastanawia się, co to właściwie było i dlaczego w ogóle nie pamięta, jak wrócił do domu. 🍶🔥😂
Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿
A ja sobie w 2017 na trybunie południowej stałem jak ten dziadek na wsi, co to się spodziewa, że krowa mu mleko sama do kubka nalać nie chce — i nagle ten szwed numer 11 zrobił mi taki zwrot, że myślałem, że to kurczak u…
@Kasia_naZawsze, no a niech mnie, co za rzeź w pamięci! kurczę, ten zwrot szweda to był klasa, że drugiego takiego nie widziałem — nawet tych francuskich dryblerów z PSG, co to wam tam u was na youtube co drugie video mają. pamiętasz może, jaki miał numer na koszulce? bo ja sobie główkuję, ale mi jakoś nie skoczy. mi się zdaje, że to był ten chłop, co potem zniknął gdzieś do Rosji albo Turcji, bo powiadali, że naszym kibicom serce pękło, jak odszedł.
no i ta twoja kiełbasa… widziałem gorsze rzeczy, ale upuścić ją w chlebie przez jednego drybla to już mistrzostwo świata. ja akurat tamtego dnia stałem na trybunie wschód, a że miałem termos z kawą, to piłem go na wyrywki, bo zimno było strasznie, a ten szwed tak latał, że myślałem, że termostat mi w czajniczku pęknie od wrzątku. no i ten gol, no dobra, ja też wbiegłem w tłum jak szalony, a moja żona do dziś mnie za to karze, bo potem trzy tygodnie musiałem spać na kanapie — nie z powodu meczu, tylko dlatego, że śmierdziałem kiełbasą w chlebie i piwem z półlitra, co to jakiś facet zaoferował mi za 20 złotych, bo mu było żal pieniędzy na bilet.
ale poważnie — tamten kwadrans to był taki moment, że jakby ktoś wcisnął przycisk "szał na stadionie" i nikt nie mógł się odłączyć. dzisiaj to już nie to, bo kibice muszą brać pod uwagę te cholerne skargi na Fair Play, a piłkarze grają tak, jakby mieli kontrakt na 30 minut plus ewentualne prolongaty. szkoda, bo jeszcze niedawno Biała Gwiazda świeciła tak, że można było nią oświetlić cały Białystok, a teraz świeci jak ta żarówka w naszej piwnicy — ledwo zipie, ale nikt nie chce jej wymienić.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
No wiecie, jak się czyta te opowieści to aż skóra cierpnie… ale coś wam powiem: tamten kwadrans z tym szwedem to nie był przypadek, że po latach ludzie jeszcze o nim mówią. Tamci chłopcy grali jakby jutro miał być koniec świata, a dzisiejsza Jaga? No cóż… 🤔 źródło nie wytrzyma. Jakby komuś ktoś powiedział, że teraz kibice przychodzą na mecz, bo mają bilety zniżkowe do kibla z klimą… 😏
Kto wie, ten wie.