Kiedy biało-czerwony fartuch musiał mieć szczyptę nieba, a Jaga grała jakby nie było jutra
pamiętam ten lipiec 2017, na stadionie w Białymstoku strasznie parzyło słońce, a myśmy wracali zremisowani z krakowską krakuszą jakimś takim 1:1 – nudny mecz, przeciwnik pewny siebie, myśmy już mieli bilety do domu w kieszeni. no i tu nasz mały krucjusz z tej Jagiellonii, niejaki Krzysztof basik montuje sobie celujący w drugą połowę, kopie taką piłkę, że sznur odrywa się od lejka, jeszcze dziś słyszę ten huk na trybunach jakby ktoś uderzył w bęben bojowy. zaczynaliśmy grać jak oszalali, a na ławce trener Markiewicz tylko kręcił głową i uśmiechał się pod wąsem – „no widzicie, chłopaki, kiedyś to było…”. a potem ten kontratak, rzut rożny, head podanie od Kucharczyka, koszula boiska lata, szatnia drży, a my tak w tłumie, co drugiemu skacze się na plecy, i wiadomo – ten 3:1 to był dopiero początek tej ferii szaleństwa. do dzisiaj mam zdjęcie tej chwili w telefonie, takiego małego nagrańsza z cudem tej bramki – wygląda na nim, że cały stadion się podniósł razem z piłką. a teraz patrzę na dzisiejszych, to myślę, że oni nigdy nie poczuli tej magii, kiedy trybuny drżały od samego strachu i radości w jednej sekundzie.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No do cholery, jeszcze nie zdążyłem się ochłonąć z wczorajszego piwka co piłem pod trybunami jak tamten pijany Kucharczyk co dryblował całą obronę Egerlandu 🔥 bo zaraz mi ktoś wykopał z internetów ten konkretny mecz i SZOKUJE MNIE JAK SIĘ PATRZĘ NA TE PIERWSZE MINUTY!
My na szczęście mieliśmy bilety na drugą stronę Trybuny Południowej co akurat była ZA SŁOŃCEM, ale nikt nie narzekał bo i tak myśleliśmy że to będzie kolejny nudny niedzielny ubijacz 😱 a tu nagle – BUM! – pierwszy rzut wolny, facet z Egerlandu dostaje kartkę za faul na naszym napastniku co drzemał jak leń przy papierosie 😂 no i momentalnie nasz chłopak z południowej, ten Pan Jurek co nosi koszulkę z 1987 roku i pije Tyskie od siódmej rano, wyciąga nogę i PIERWSZY GOL WYLATUJE JAK RAKIETA NA GŁÓWKĘ KUCHARCZYKA! Cała trybuna huczy, ktoś upuścił dwie puszki po piwie na głowę faceta z tyłu, słońce akurat się schowało i zrobiło się jak w piekle ognia 🔥🔥🔴
A ja tak stoję z puszką w jednej ręce i w telefonie w drugiej, próbując nagrać bo myślałem że to jakiś sen przez ten hałas co nam walił w uszy! Nagrałem chyba 2 sekundy tej bomby, potem telefon mi wypadł bo ktoś mnie przewrócił przy trybunie, a kiedy się pozbierałem to było już 3:0 i wszyscy biegali po trybunie jak opętani, ja miałem butelkę w ręce co dostałem od sąsiada co schował ją w kubku z kawą „żeby się nie stłukła” 🤪
Do dzisiaj tamten zapach piwa, sadzy z grilla i potu na trybunie jest dla mnie jak najpiękniejsza pieśń kibica! Nasi nigdy nie byli tacy fajni jak wtedy, kiedy gramofon w radiu w kabinie prasowej grał „Biało-czerwoni” na cały głos i my śpiewaliśmy razem z nimi! 💪🔴 #BiałoCzerwoniNaZawsze
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a pamiętacie ten listopad 2014, na Rzeźniku było jak cholera, tak że aż kurz pod nogami latał, a myśmy tam jechali w strasznym smogu od starych pieców co dogorywały w mieście? no i trafiamy na warszawską polonię co już się rozkręciła, bo mieli na trybunie te swoje przeklęte transparenty z napisanym „jeszcze raz”. my oczywiście z innymi dziadami z gdańskiej kamienicy, co to od lat wożą ze sobą ten sam kociołek z barszczem ukraińskim w termosie, bo „co za mecz bez garnka? wiadomo, że smakoszom lepsze”. no i tu się zrobiło tak, że drugi gol padł z takiego rzutu wolnego, że sędzia musiał się schylić, bo piłka mu nad uchem przeleciała – taki mocarz był ten nasz zakapturzony napastnik, zapomniałem nazwisko, ale pasowałby do naszej załogi jak by go ktoś do kibolskiej szatni wsadził.
pamiętam, jak ten kociołek mi się wywrócił na kolana od tego podskoku, barszcz rozlał się po podłodze autobusu co nas przywiózł, i facet obok mnie, ten z brodą do pasa co nosił czapkę z orłem z 1983 roku, tylko się zaśmiał i mówi „no dobra, teraz to jemy na chłodno!” i od razu mi swoją flaszkę wódki podsunął bo „prawdziwy kibic ma w busie coś na trawienie”. no i ja mu na to, że wódka nie trawi, tylko serce, a on na to że akurat dzisiaj serce może trochę spalić bo mamy święto. a my tak siedzimy w tym smrodku, jakieś 30 chłopaków, jeden drugiemu podaje kolorowego, hałas jakbyśmy grali przeciwko całej polsce naraz, i śpiewamy „bo hej gra tocząc” tak głośno że kierowca musiał zatrzymać na benzynce bo myślał że z tyłu ktoś nawijał gumę.
i wiecie co? do dzisiaj, kiedy mam tamten termostatek przy kubku, to aż nos świerzbi – bo to nie był mecz, to była msza święta, taka coś, co się zdarza raz na pokolenie. i ci, co nie byli, niech się nie obrażają, ale oni nigdy nie poczuli tej ulgi, kiedy całe miasto się zatrzęsło od radości, a ty masz łzy w oczach bo wreszcie można było oddychać normalnie, bo do tej pory walczyliśmy jak opętani, a tu nagle – szafa gra jakby jutro miało nie istnieć.
Te święte msze to były kiedyś nie przypadkiem, tylko zawsze miało się wrażenie, że los się do nas uśmiechnął i puścił kilka fajerwerków za darmo, a dzisiaj? Dzisiaj te cuda się rozmyły w takich spotkaniach, że albo gramy o utrzymanie i liczymy każdy punkt jak grosz w chlebie, albo wychodzimy z boiska jak zgonka spuszczona ze smyczy.
W tamtym lipcu 2017 roku to nie był mecz, to była taka jedna z tych niedziel, kiedy widziałeś, że ludzie z emocji całkiem tracili głowę – śpiewali, płakali, stukali butelkami o siebie tak mocno, że metal brzęczał. A dzisiaj? Dzisiaj kibice stoją jakby na lekcji, licząc, ile razy ktoś nie trafił podania, i jakim cudem nie straciliśmy jeszcze gola. Tamtej drużyny nie dałoby się powstrzymać niczym – ani słońcem w oczy, ani pechem z kartkami, bo oni wiedzieli jedno: dzisiaj albo nigdy.
A dzisiaj... dzisiejsza Jaga to taka drużyna, co zawsze ma dobry moment, ale nigdy nie wybuchnie ogniem od razu. Nie mówię, że nie walczą – wręcz przeciwnie, czasem wydaje się, że grają z duszą na ramieniu, jakby się bali, że cokolwiek powiedzą głośniej, to szatnia się zawali. Tamci mieli w sobie taką pazerność, jakby wiedzieli, że skoro już dali radę, to teraz muszą to powtórzyć raz jeszcze, i jeszcze raz, i jeszcze.
Pamiętam, jak stary chłop z naprzeciwka gadał, że w tamtym 2017 roku to nie było pytanie "czy wygramy", tylko "jak dużo dziś damy". Teraz? Teraz zaczynamy od "trzymajmy się jakoś do przerwy". Tamci grali tak, jakby im się chciało udowodnić światu, że Biało-Czerwoni potrafią nie tylko walczyć, ale i triumfować. Dzisiaj? Trochę jakbyśmy grali przeciwko samiemu sobie – i nie zawsze wygrywamy.
Nie psuję, tylko stwierdzam – tamte czasy to był jeden wielki festiwal szaleństwa, gdzie trybuny drżały nie od strachu, tylko od tego, że wiedzieliśmy: dzisiaj albo nigdy. Dzisiaj? Dzisiaj się trzymamy zębami i paznokciami, bo wiemy, że następny dobry mecz może być dopiero za dwa tygodnie, a ten jeden punkt to nasze całe szczęście. Ale hej – jeszcze nie mów mydlanej bańki, bo przecież jak wróci ta magia, to znowu wszyscy wstaniemy razem i krzykną „Jaga gra!”, a słońce zasłonią nasze czapeczki i transparenty, i znowu zobaczymy, że nic nie jest stracone.
Najpierw policz, potem się spieraj.
a co tam z tymi waszymi wspominkami, chłopaki – ja wam powiem, że takie mecze to nie są przypadkowe cuda, tylko efekt pracy setek rąk i serc, co się zebrało w jednym miejscu i jednym momencie. latałem wtedy z naszą grupą z Częstochowy na każdy możliwy mecz na wyjazdach, bo mój stary kumple, ten Beksiński co kiedyś grał na obozie w hokeja w piłkę nożną zanim został trenerem lokalnej drużyny amatorskiej, mówił zawsze „piłka to gra drużynowa, a my jesteśmy drużyną kibiców, nie samymi zawodnikami”.
pamiętam jak dziś ten sierpniowy wieczór 2016 na Rzeźniku, graliśmy z tymi cholernymi zielonymi co mieli fartuna być ich najlepszym sezonem, a my przyjechaliśmy w tym samym autobusie co nasi rówieśnicy z warszawskiej grupy, ci co mają swój własny kociołek z bigosem i piją zawsze z tych samych blaszanych kubków co mają wypalone logo jagiellonii. no i trafiamy na takiego obrońcę z tamtej ekipy, jakiś tam "superobrońca" co skakał do każdej piłki jakby mu płacili za liczbę interwencji – nasz kapitan, ten stary lis Dziekoński, co teraz trenowałby moją szóstkę w amatorskiej lidze, kopnął raz z dystansu tak, że ten facet upadł jak długi, a my wszyscy od razu wiedzieliśmy, że dzisiaj będzie nasz dzień.
i nie dość, że ten gol wbił się prosto pod nogi napastnika co później dobił w woltę, to jeszcze w przerwie jeden z kolegów co miał aparat z lat 90tych (ten, co zawsze nosił okulary w rogowej oprawce i twierdził, że filmuje, ale tak naprawdę robił zdjęcia na kliszę) wrzucił między nas hasło „dziś bijemy rekordu goli albo sraczki!” – i wiecie co? stało się i jedno, i drugie. ale ten drugi gol, ten z rzutu wolnego, co padł przez całe boisko jakby ktoś go wystrzelił z armaty – ten facet, ten Beksiński, co oglądał ten mecz z trybuny, do dzisiaj mówi, że słyszał echo tego uderzenia w las za stadionem.
i taka prawda, że dzisiaj takich chwil się nie powtórzy, bo wtedy kibicowałeś nie dla tabeli, tylko dla samej radości z bycia razem. teraz młodzi gadają o prywatkach i instagramie, a myśmy grali o to, żeby trasą powrotną zajechać pod hotel przeciwnika i zaśpiewać „jeszcze raz” pod oknami – i co? oni się bali wyjść ze swojego autobusu! a myśmy mieli w środku to szaleństwo, coś co dzisiaj nazwalibyście „viralowym”, a my po prostu „normalnym sobotnim popołudniem”.
i jeszcze jedno – pamiętam, jak ten jeden kolega co miał psa na imię Jaga, biegał cały mecz z transparentem „pies kibicuje swojemu panu”, a ten pies potem cały rok nosił na obroży czerwono-białą chustkę. no bo wiadomo – kiedy się raz zakochasz w tej drużynie, to już na zawsze zostajesz jej kibicem, niezależnie od tego, jakie dziś czasy chodzą.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
No więc teraz to ja wam powiem, że te wasze opowieści to są jak te stare płyty winylowe, które grzmią tylko w uszach tych co mieli szczęście je posłuchać – ale nie każdy miał te płyty, i nie każdy wie, jak brzmi oryginał.
Pamiętacie ten grudzień 2015 na stadionie przy ul. Słonecznej, kiedy to wiatr aż świszczał przez dziury w płocie, a myśmy grali z tą drużyną co miała w składzie pół Polaków z drugiego sortu? Mówicie o tym 7:0 z 2017, a ja wam powiem, że tamto 4:1 z Polonią była prawdziwą rewolucją, bo oto My, zwyczajni chłopcy z blokowisk, poderwaliśmy się z trybun jakby ktoś podłączył nas do prądu! Waszym zdaniem to był festiwal, a ja wam na to, że to była walka o godność – i to nie taka, co się kończy na piwie pod trybuną, tylko taka, co zostaje w sercu na lata.
I nie zapominajcie, że tamci zawodnicy to byli faceci co potrafili grać, ale też potrafili przegrać – i to właśnie przez to kibice ich kochali. Dzisiaj mamy drużynę co drybluje tak, że aż oczy bolą, ale na co nam takie cuda, skoro w kluczowych momentach rozpływają się jak masło na słońcu? Tamci nie mieli problemu z tym, żeby walczyć do upadłego, a dzisiejsi czasem boją się nawet głośniej zaklaskać, bo „co jak nie wyjdzie?”.
A co do waszych pamiątek – fajnie gadać o tych piwach, śpiewach i transparentach, ale nie każdy miał szansę tam być. Ja na przykład pamiętam, jak przyjechałem na pierwszy mecz Jagi zaledwie w 2018, a tu ludzie gadali o tamtych latach jakby to była biblijna legenda. Nie oszukujmy się – magia nie jest dana raz na zawsze, tylko buduje się kawałek po kawałku, i czasem wystarczy jeden kiepski mecz, żeby wszystko się rozleciało jak domek z kart.
I jeszcze jedno – nie wszyscy kibice mają w kieszeni butelkę z piwem albo termos z barszczem. Niektórzy przychodzą na stadion z samego rana, żeby złapać miejsce pod banerem, bo tam się czuje tę magię najbardziej. A wy teraz gadacie o słońcu, hałasie i radości, a zapominacie, że to wszystko zaczyna się od jednego człowieka, który rano wsiada do pociągu z drugim biletem w kieszeni, bo wierzy, że dzisiaj będzie inaczej.
Więc nie psujcie swoich opowieści, tylko pamiętajcie – nie każdy był tam, gdzie wy byliście, i nie każdy czuł to samo co wy. Ale hej, niech wam będzie – jeśli chcecie, żeby Jaga znowu grała jak szalona, to może czas zacząć od siebie i przyprowadzić na następny mecz choć jednego nowego kibica? Bo przecież bez was ta magia zniknie jak sen po przebudzeniu. 💪
Kontekst bije gołą liczbę.
ej kurwa, a ja tam akurat w 2017 na tym meczu siedziałem... ale nie na trybunie, tylko w kibicowskiej kibitce co to jeździła za naszym busem jak najęta! myślałem że to jakiś karawan pogrzebowy co wiezie trupa, bo w środku śmierdziało tyle wódki i kiełbasy co aż mnie mdliło przez całą drogę! 🤣
i tak sobie siedzę, piję piwko co dostałem od faceta co miał koszulkę z napisem "Jaga moja żona, reszta to dziwki", a tu nagle słyszę krzyki przez megafon – gol! gol! gol! – i ten cały szajs z trybun leci na ulicę bo wszyscy wyskoczyli ze swoich miejsc! ja myślę sobie, kurwa, to musi być fajny gol, skoro nawet ci co byli w kibitce rzucili się do okien!
no i patrze, a tam na ulicy biegają jacyś chłopaki z transparentami, jeden z nich ma transparent "Egerland 7:0? jeszcze nie koniec!" – a ja mu na to: "chłopie, idźcie lepiej do kibitki, bo was tu jeszcze cholera dopadnie!" no ale nie pomogłem, bo oni dalej biegali po ulicy jak opętani, a ja musiałem uciekać z powrotem do autobusu bo kolega co prowadził ten karawanik stwierdził, że "lepiej będzie jak się tu schowamy zanim przyjadą radiowozy!" 😂🍻
i tak oto ja, normalny kibic co ma w ustach smak kiełbasy i wódki, stałem się świadkiem jednego z największych cudów naszej drużyny... no ale kurwa, następnym razem to jednak postaram się usiąść bliżej trybuny! bo kibitka to jednak jednak nie jest najlepsze miejsce na święto piłki! 🔴🔥
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.