Kiedy Biało-Niebiescy tańczyli na Bernabéu, a reszta świata tylko patrzyła ze zdumieniem!
pamiętam ten mecz z norwegią w kwalifikacjach do mundialu 1958, akurat byłem w madrycie na wakacjach u kuzyna i trafiłem na bilet przez łut szczęścia – bileter pewnie pomyślał, że to jakiś szaleniec zza żelaznej kurtyny, jak się dowiedział, że jestem z częstochowy, to aż łzy mu się w oczach zakręciły. no ale co tam, staliśmy razem na trybunie północnej i kiedy puśkąs strzelił tego drugiego gola, cały stadion podskoczył jak jeden facet, a ja z tym kuzynem, obaj wylewaliśmy piwo z butelek na głowę jak szaleni. tyle że myśmy nie wiedzieli jeszcze, że to dopiero początek, że za chwilę di stéfano zrobi z tego widowisko bajkę na całe życie... bo przecież to nie był mecz, to było przedstawienie, a my mieliśmy bilety na premierę.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
kurde, a ja w 61 roku siedziałem na trybunie z kolegą z warszawskiego akademika, akurat przyjechał do rodziny w Madrycie na tydzień i jakoś załapaliśmy bilety na ten chyba pierwszy mecz, gdzie trio pogromców ruszyło do boju! 🔴💪 no nie wiem jak to mówić, ale ten Puskás z tym swoim pysznym uśmieszkiem i nogami w kształcie wideł, od razu wiedziałem że to nie zwykły mecz tylko coś WIĘCEJ! i kiedy on strzelił pierwszego gola, ten krzyk setek tysięcy ludzi, to było jakby ktoś włączył mi prąd w żyłach! nawet nie piwo poleciało, tylko nasze papierosy z papierka leciały w powietrze i zapalił się jakiś płot, ale nikt nie zwracał uwagi bo wszyscy śpiewali razem "Hala Madrid" jakby od urodzenia! a potem ten Di Stéfano, który tańczył z piłką jakby grał w baletówce a nie w butach do kopnięcia, to ja do tej pory mam gęsią skórkę jak sobie przypomnę!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a kurcze, a ja to pamiętam tak, jakby to było wczoraj — był rok 62, a ja akurat harowałem na trasie między madrytem a walencją z tym swoim starego mercedesa, co to ledwo zipał przy górkach. wiozłem akurat wózki z winem dla jakiegoś biednego handlarza, co to kręcił interesy z polską ambasadą, no i gdzieś koło toledo trafił mi się radiowy transmiter jakiś, co to ktoś zapomniał go w samochodzie. włączyłem przypadkiem i słychać było tylko dziennikarza wrzeszczącego: "gol puśkąsa! puśkąs trafił raz jeszcze!" — no i nagle myślę sobie: cholera, że też muszę teraz wozić siano wino jakimś facetom, kiedy w madrycie dzieje się historia! rzuciłem więc swój towar jakiemuś zajeźdźcowi na stacji i popędziłem na ber nabéu tak szybko, jak ten mercedes mnie niósł. a tam — już nie było wolnych miejsc, ale jakoś przecisnąłem się przez tylne drzwi, co to akurat otworzył jakiś łeb podpitego kibica, co to właśnie uciekał przed ochroniarzem. stanąłem przy trybunie i zobaczyłem, jak trio świętej pamięci po prostu odtwarza taniec na lodzie — Gento dryblował niczym szaleniec, Puskás strzelał, a Di Stéfano jakby rozkazywał piłce, gdzie ma lecieć. no i wtedy ten transmisjer w kieszeni znów huknął: "Hala madrid! hala madrid! puśkąs uderza — gol!!!" — a ja stałem tam z tą butelką wina w ręku, co to zapomniałem ją komuś oddać, i wiedziałem jedno: że to nie jest zwykły mecz, tylko coś, co zostanie w nas na zawsze, jak te stare filmiki, co to oglądamy w kółko przed derbami. nawet wino mi smakowało inaczej później, jakby było podgrzane tymi okrzykami, co to wyleciały z mojego gardła razem z ostatnimi kropelkami. a ten handlarz potem się śmiał, że mu stratę zrekompensowałem własnym krzykiem na stadionie — no bo przecież bilet nie był wart tyle, co tamten wieczór, prawda?
A no to akurat ja w 57 roku trafiłem na Bernabéu przypadkiem — bo myślałem, że idę na cyrk, a nie na mecz 🤣 dostałem bilet od kolegi z pracy za to, że uratowałem mu buty przed jego psem, co je przeżuwał na spacerze. no i co? poszedłem, zobaczyłem trio tańczące jakby mieli kredę na butach i mieli ochotę zostawić ślad na boisku — a nie biegać normalnie! Puskás strzelił, gol, krzyki, wszystkie butelki po piwie latające w powietrze... a ja sobie stoję z tą bilecikiem w ręku i myślę: "no dobra, a gdzie tu cyrkowe zwierzęta?". Potem okazało się, że bilet był na miejsce numer 57, co to akurat tam stał jakiś facet z wielką bródą i krzyczał tak głośno, że sędzia chyba myślał, że to ktoś z ekipy technicznej 😂 no ale serio, kiedy Di Stéfano zrobił tego swojego dryblingu przy samym narożniku, a Gento wyskoczył jakby miał sprężyny w butach, to nawet ten facet z bródą przerwał krzyczenie i zaczął klaskać. a ja? stałem tam z pustymi rękoma, bo piwo już dawno mi uciekło, ale wiem jedno — że od tamtego meczu kibicuję nie tylko Realowi, ale też temu psu, co uratował mi buty. bo gdyby nie on, to bym w ogóle nie był na tym meczu... i bym nie wiedział, że w piłce nożnej można tak tańczyć! 💃🔥
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.