Kiedy blaszany diabeł latał nad Zabrzem, a my goniliśmy piłkę razem z milionami!
no ale pamiętam ten biało-czerwony flar, który wlatywał nad zieloną łąkę na stadionie przy ulicy Roosevelta jak coś nie z tej ziemi. nie pamiętam numerów, nie pamiętam tabel, pamiętam ten huk, który szedł od trybun, gdy barwy znowu trafiły się komuś z ligowej ligi bogatych. to było coś, co trudno opisać komuś, kto nie stał tam tamtego wieczora i nie czuł, jak cała dzielnica bije jednym sercem. a na murawie? te postacie w granatowych koszulkach, które miały więcej charakteru niż połowa dzisiejszych milionerów w krótkich spodenkach.
i te mecze — naprawdę latało się tam z milionami, tyle że nie leciało się samym diabłem, tylko tym, co miał pod stopami. pamiętam zapach kiełbasy z budki obok bramy, pamiętam, jak stary chłop z trybuny mówił, że "oni tam w europie lizną jakiegoś fircyka z peruką, ale u nas gra się nogami". no i zagraliśmy. nie raz. nie dwa. taki tam klimat. teraz, jak widzę dzisiejszych "specjalistów" w telewizji, którzy kopią piłkę tak delikatnie jakby to była bomba jądrowa, to aż się człowiek uśmiecha i myśli: "kurde, a był taki czas, że jak gol padł, to całe miasto zatrzęsło się od radości, nie od statystyk".
wracam pamięcią do tych pucharów — gdzie teraz podobni faceci? pewnie albo na emeryturze w nowym ładnym domu, albo na trybunach kibicując swoim synom, którzy kopią w lokalnym amatorze, a nie w tym cyrku na koszt bogatych klubów. szkoda tylko, że dziś takich scen nie widzimy za często. ale cóż, stare szkoły się kończy, a nowa? no cóż, niech sobie płynie, byleby jeszcze kiedyś ktoś dał radę powiedzieć, że "u nas w europejskich pucharach gramy klasą, nie forsą".
E tam, Wojtek, masz rację że to było coś niesamowitego… ale ja nie w Zabrzu wtedy byłem, tylko w Gdańsku, na meczu z Motorem Lublin jakieś parę lat później, jak się przypadkiem trafiło. Siedziałem na trybunie z tymi gośćmi w granatowych szalach, co to zawsze mieli ten sam zapach piwa i kiełbasy od sąsiada, i pamiętam jak jeden facet krzyknął przez megafon „GDYŃSK GOTÓW!” a my wszyscy odpowiedzieliśmy jak echo „NA BÓJ!”. Tam nie było żadnego diabła na trybunie, ale ten huk w gardle, gdy padł gol, to była magia. Pamiętam, jak tata mówił mi wtedy: „Tomek, to nie piłka lata, to my latamy razem z nią”. I wiesz co? Dopiero teraz rozumiem, co miał na myśli. Teraz patrze na te dzisiejsze mecze i myślę: kurde, straciliśmy gdzieś ten ogień. Ale w Gdańsku jeszcze czasem się zdarza, że jak jakiś motorówka zapali i zacznie ryknąć, to znamionowe boisko się zatrzęsie nie od numerków na tablicy, tylko od serc. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie się patrzy… 🔥💪
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
no ale pamiętam ten jeden raz na Rogóźnie, jakby to było wczoraj, chociaż minęło… no cóż, tyle lat. byłem wtedy malutki jeszcze, może z dziesięć lat, i stary ze mną poszedł — nie na sam mecz, tylko przed nim, żebyśmy się gdzieś przywitali z kumplami od niego, co to grali w amatorskim zespole. akurat mieli jakiś turniej lokalny tam na boisku obok starej cegielni, a my akurat trafiliśmy, bo on znał jednego ze sztabowców. no i staliśmy tak pod płotem, patrzyliśmy, jak oni kopią w tę piłkę jak szaleni, zanim jeszcze padnie gwizdek na nasz mecz górka.
i nagle — bum! — jeden z nich, ten Staszek, ten od nóg jak z kloca, kopnął tak, że piłka przeleciała całe boisko, trafiła w siatkę bramki, a my nawet nie zdążyliśmy się schować, bo staliśmy dosłownie metr od niej. nie strzał — to było coś pomiędzy uderzeniem a cudem, bo piłka tak zahuczała, że wszyscy naokoło odruchowo klasnęli w ręce, a ja, mały gnojek, wtedy pierwszy raz poczułem, jak się człowiek kurczy ze szczęścia — nie od samego gola, ale od tego, jak to echo odbiło się od ceglanych ścian starych budynków. stary mi później powiedział: "widziałeś? to nie był gol, to był sygnał, że dziś wieczorem cała dzielnica będzie śpiewać". i tak właśnie było. bo potem wjechaliśmy na nasz stadion, a tam już czuło się, że coś się stanie. i się stało.
dzisiaj bym się pewnie nie ruszył z kanapy, żeby iść na takie lokalne mecze, a wtedy? wtedy było to coś naturalnego, jak chodzenie po butach do sklepu. szkoda, że straciliśmy gdzieś ten luz, nie te dzisiejsze "ważne spotkanie, ważna rywalizacja" jakby ktoś wbijał nam do głów, że bez statystyk to nie ma sensu. a tamto? tamto było po prostu granie — i to grało się nogami, sercem i tym blaszakiem latającym nad dachami, który wszędzie nam towarzyszył, nie tylko nad Zabrze.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej, ludzie, a wiecie co mnie dzisiaj rano złapało? Stary segregator z ubiegłego wieku, gdzie trzymam zdjęcia i parę gazet z tamtych lat. Otworzyłem i od razu na mnie wyskoczył ten obrazek: nasz Staszek Gąsior w granatowej koszulce, ubłocony po kolana, z tym swoim charakterystycznym uśmiechem, jakby właśnie poderwał całą szatnię do śpiewu. Za nim pole, ciemne trybuny, a w tle ten cholerny diabeł latający nad Zabrzem jakby chciał całe miasto wciągnąć w bajkę.
Porównanie tej drużyny z dzisiejszą? Jasne, że można, ale nie o to chodzi, żeby wciskać wam tu jakieś rankingi czy "wtedy byli lepsi". Bo byli inni. Tamci faceci grali w piłkę, a nie w "produkcję widowisk telewizyjnych", jak to się teraz nazywa. Pamiętam, jak raz po meczu w Europie, wracaliśmy z Włoch — boleśnie przegrany, ale nie ważne — a jeden z nich, ten Waligóra, powiedział w autokarze coś takiego, że do dziś mi w głowie siedzi: "Jeszcze raz wsiądę do tego samolotu, choćby za darmo, bo to nie był mecz, to było pielgrzymstwo". I to oddaje tamten klimat. Oni nie kopali dla kontraktów, nie bali się upadków, bo mieli za plecami całe miasto gotowe im wybaczyć każdy błąd, pod warunkiem że dadzą z siebie wszystko.
Dzisiaj? Widzę, jak nasi chłopcy wychodzą na murawę w Ekstraklasie, a za nimi stoi 12 tysięcy kibiców z transparentami, ale jakby gdzieś z boku. Tamci grali dla tych 12 tysięcy, jakby to była ich rodzina — krzyczeli, śpiewali, rzucali flarami, a piłkarze na murawie czuć się jakby byli częścią tej samej ferajny. Teraz widzę, jak zawodnicy osłaniają się przed kamerami, jakby każdy krok musieli konsultować z szefem marketingu. I nie osądzam, nie — rozumiem, że świat się zmienił, ale tęsknię za tym, jak kiedyś szło się na mecz i nie myślało się "co oni zarobią", tylko "jakim cudem wygramy, by sprawić frajdę tym na trybunach".
A gdzie teraz ci faceci? Wielu odeszło już do lepiej płatnej ligi — nie oszukujmy się, wtedy granie w Europie to była opcja zaczepiona lichym kontraktem, teraz to biznes. Ci, co zostali, albo grają w niższych ligach, bo nie chcieli się podporządkować temu cyrkowi, albo siedzą na ławce, bo zarząd woli kupić nowego "specjalistę" z zagranicy niż dać szansę młodemu z Zabrza. I to jest największa różnica. Tamci mieli charakter, teraz charakter musiał ustąpić miejscu takim frazesom jak "marka klubu" czy "value for money".
Ale nie mówię, że teraz jest źle — po prostu inaczej. Dzisiejsi chłopcy mają inne życie, inne presje, inny system, który ich kształtuje. Tyle tylko, że jak patrzę na te dzisiejsze składy, to brakuje mi tej solidnej, brudnej, nieokrzesanej determinacji, która sprawiała, że całe Zabrze stawało w ogniu. Tamci nie bali się brudnych butów ani zaplamionej koszulki. Dzisiaj? Cena za błąd może być zbyt wysoka, by ktoś na nią sobie pozwolił.
Więc nie idealizuję przeszłości. Byliśmy inni, graliśmy inaczej, kochaliśmy futbol w zupełnie innym wymiarze. Może dlatego dzisiaj, jak oglądam nasz zespół, to tak jakbym patrzył na drużynę z innego świata — nie gorszą, nie lepszą, tylko... inną. I tyle. A diabeł latający nad Zabrzem? Chyba już tylko w snach. Albo w sercach tych kilku, co pamiętają.
Kontekst bije gołą liczbę.
Ej, a pamiętacie, jak przed meczem z tymi Węgrami w Pucharze UEFA 87/88 to jeden kibol zapytał na trybunie, czy już ten blaszany diabeł lata? No i akurat w tym momencie nad stadionem przeleciał ten nasz stary supercztery... ale nie ten od piwa, tylko ten latający 🚁🔥
No i co się stało? Panie oficerowie, to było jak z tym memem, co krążył kiedyś po internecie: "Widzisz tego gościa na trybunie z transparentem? Ja też go widzę... ale dlaczego on się tak trzęsie?!"
W każdym razie, ten latający diabeł zrobił taki huk, że wszyscy myśleli, że to sygnał startowy! Sam Waligóra zdjął koszulkę w połowie meczu, bo myślał, że to już czas na fajerwerki. A Staszek Gąsior kopnął tak mocno, że piłka wylądowała na dachu pobliskiej pizzerii... i tam została do dzisiaj, bo nikt nie potrafił jej ściągnąć, a żaden kibic nie chciał ryzykować życia wchodząc na dach z żarciem w ręku 🍕😂
Wiecie co? Myślę, że ten diabeł to był po prostu stary Ziom, co przyjechał kibicować i zapomniał, że nie lata już tak jak kiedyś... ale te klimaty zostały! Teraz, jak patrzę na dzisiejsze mecze, to brakuje mi tylko tego hukotu helikoptera i zapachu kiełbasy z budki, która paląca się paliła się trochę za mocno i dymiła całą trybunę 🔥🌭
Ale nie martwcie się — ja dalej wierzę, że gdzieś tam, nad Zabrzem, ten stary dobry diabeł nadal lata... może tylko w snach albo w pamięciach tych kilku szczęśliwców, co mieli szczęście być tam wtedy. I za to, moi drodzy, warto pamiętać! Za stare dobre czasy, kiedy futbol to była nie gra, a po prostu wielka impreza! 🍻🔥🤣
Memy to też analiza.