Kiedy czarne złoto płonęło na Erneście, a myślimy: ‘To był styl!
pamiętam ten mecz jakby to było wczoraj – lato 85, Erno zapchana po dachówki, a myśmy wracali z pracy na budowie w zborzowskich blokowiskach, co raz telewizor w knajpie przy placu na piętrze, gdzie teściocha miała ten jeden bajzel zabałaganiony. jeszcze czułem zapach piwa z rana i pyłu w ustach, bo właśnie podlewaliśmy beton pod nowy blok na osiedlu "nad torami", kiedy tamten chłopacy w biało-zielonych koszulkach na trybunach przeskakiwali jak na skrzyniach po szkole na przerwę.
a potem ta akcja – Smolarek, kto by pomyślał, że ten chudy facet z Zabrza potrafi tak dryblować, że paru obrońców ruszało się w zwolnionym tempie? pamiętam, jak jeden kolega z delegacji, co przyjechał z Berlina, krzyczał "boże, on ich prowadza jak na sznurku!", a myśmy tylko się uśmiechali i dawali mu jeszcze jednego grogu, bo nie wierzyliśmy w to, co widzimy.
i ten moment, kiedy piłka wylądowała w siatce, a sekundę później cała trybuna huczała jak stalownia podczas wytapiania surówki. szczerze, nie wiem, co było głośniejsze – bicie serca w piersi czy te klaksony z samochodów na ulicy wokół stadionu. facet obok mnie rwał się do okna, żeby z kimś tam uściskany zrobić, bo nie mógł się dostać przez tłum.
wracaliśmy piechotą do domu, bo autobusy już dawno nie jeździły, a na nogach mieliśmy jeszcze te buty po robocie, co to je zalałem betonem pod koniec zmiany. ale nikt nie narzekał – smakowało to jak najlepsze piwo po meczu, choć w kieszeni został tylko jeden złoty. następnego dnia w zakładzie panował jeden temat: "a widzieliście tego Smolarka? a pamiętacie ten strzał z dystansu?" i tak dalej, jakbyśmy mieli mały festiwal opowiadań przez tydzień.
to było coś. prawdziwe czarne złoto – nie węgiel, nie ropa, tylko te chwile, kiedy wiesz, że jesteś częścią czegoś większego. i tak zostało w pamięci, nawet jak teraz patrzę na dzisiejszych chłopaków, co to kopią jak oszalali, ale nie mają tej magii w sobie. starym zawsze będzie brakowało tej romantyki. 😄
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
A żem akurat wraca z czwartkowej zmiany na hucie, kiedy w radio leci: "Górnik Zabrze w Pucharze Zdobywców Pucharów!". Kurczę, ale rzuciliśmy narzędziami w garażu i lecimy do największej knajpy w mieście, co to właśnie sprowadzili nowego TV-a kolorowego. Tam z pięćdziesiątki facetów tłoczy się przy ekranie, a kelnerka ledwo przebija się przez tłum z tacą piw. Pamiętam, jak stary Graba rzucił "no niechże wreszcie ten chudy Smolarek im pokaże!", a myśmy mu dolewali, bo jakby samemu widział ten drybling, to by wstał od stołu!
I właśnie w 85-tym było to coś... te emocje, ten zapach gorącego piwa, papierosowego dymu i jeszcze betonu co schnął na zewnątrz – bo akurat mieliśmy remont trybuny, pamiętasz? Kiedy Smolarek puścił ten strzał zza pola karnego, to ja prawie wylałem browar prosto na buty, bo wyskoczyłem tak, że prawie przewróciłem stół! A ten nasz Jaś, co to zawsze gada "spoko, spoko", to aż zaniemówił z buzią otwartą, aż mu się pasek od zegarka wcisnął w nadgarstek. I ta bramka! Przecież to było jakby ktoś wrzucił nam milion do kieszeni – taki haj, że nogi same szły w marsz na powrót do domu, pomimo że autobusy dawno nie chodziły.
Dzisiaj się mówi o nowych technologiach, o tych statystykach, o xG... A ja ci powiem – prawdziwe czarne złoto to była i jest tylko ta JEDNA chwila, kiedy cała dzielnica drży razem z tobą, kiedy całe życie się zatrzymuje na te 90 minut. I nic tego nie zastąpi, chłopaki. 🔥💪😱
Na trybunach od dzieciaka.
a już nie mówicie chyba, że ten cholerny tramwaj nr 6 podjechał akurat kiedy cała ferajna ruszała z powrotem na Zaborze — a ja przecież w nogach miałem te ciężkie gumiaki po robocie, co to mnie pod koniec zmiany zalano cementem w worku, bo kolega zrzucił mi przypadkiem na buty. no i ciśnie mnie do domu, a tu nagle słychać „górnikowa” bramka, wszyscy wrzeszczą, tramwaj stoi, drzwi otwarte, kierowca kiwa głową jakby mówił „no chodźcie w końcu, bo i tak za pół godziny nie pojedzie”, i myśmy wbiegali w środku tej piekielnej wrzawy, a tenż sam wózek z piwem obok kasownika ledwo trzymał się na kołach. siedziałem potem w zatłoczonym wagonie, mokry od potu, z tymi samymi brudnymi nogami co przedtem, i jeszcze tym zapachem betonu w nozdrzach — a facet obok wręcz mnie klepnął w ramię i powiedział „bracie, to było coś, co nie powtórzy się już nigdy”. no i miał rację, bo nic takiego nie poczujesz nawet jak ci dzisiejsi w telewizorze przez internet oglądają na żółtym ekranie.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Rok 1985 i dziś w jednym akcie. Tamci chłopaki to byli faceci, którzy z budowy, z huty, z tramwaju szli prosto pod telebim albo na stadion jak na wyścigi konne — zalaną butami, z obiadami w kieszeni i z taką werwą, że aż trzęsło się powietrze. Grali jakby za darmo, bo przecież nie mieli sponsorów wzbogaconych na kryptowalutach ani kontraktów na buty za milion, a i tak biegali jak opętani, bo kochali ten klub bezwarunkowo. Smolarek, Zając, Majka — normalni chłopaki z Zaborza i Helenek, którzy po pracy kopali futbolówkę na podwórku, a potem wieczorem wylądowali w Europie i posłali tamtych w diabły jednym dryblingiem.
Dziś mamy ekipę, która też gra, ale... inaczej. Nowe buty, nowi ludzie, nowi trenerzy, nowy sposób myślenia. Widziałem, jak moi kumple z roboty kręcą głowami, kiedy dzisiejszy napastnik puszcza piłkę bokiem zamiast strzelić — a tamci po prostu strzelali, bo mieli to w genach. Tamci mieli ten szaleńczy charakter, który płynął prosto z ulicy, z blokowisk, z zakładów, z węgla i stali. Dzisiejsi? Pewnie są świetnymi zawodnikami, ale brakuje im tej surowej magii, którą czuło się w powietrzu, kiedy całe miasto zatrzymywało się na dziewięćdziesiąt minut.
I to nie jest tak, że jest gorzej — po prostu inaczej. Teraz liczą się kontrakty, media, marketing, a tamci grali dla kibica w knajpie, dla kolegi z bloku, dla siebie nawzajem. Oni nie musieli udowadniać światu, że są dobrzy — udowadniali to sobie w każdym meczu, bo wiedzieli, że za tydzień będą znowu szli do roboty z betonem pod paznokciami i z uśmiechem, że znów będą mogli powiedzieć: „Dzisiaj górniczymi nogami daliśmy popalić”.
Tamte czasy to był futbol z krwi i kości — czasem krwawej, ale zawsze szczerej. Dzisiaj jest futbol zza biurka, z analiz, z netów. I fajnie, że Górnik cały czas istnieje, że jeszcze bije serce, ale ta iskra z 1985? Tego już nie da się powtórzyć, bo wtedy piłka była czarno-biała nie tylko na koszulkach, ale i w duszach. A dzisiaj? To już zupełnie inny sport.
Kontekst bije gołą liczbę.
No więc, chłopaki, zanim zaczniecie wymawiać mi na postumencie Smolarka jak jakiegoś Mesjasza pucharowego — pamiętacie może, że ten mecz był grany w feralnym, parującym letnim wtorku, kiedy Erno dosłownie się dusiło od upału i zapachu piwa z rana? Ja wtedy miałem szesnaście lat, szło mnie w Zabrze w dupę ze szkoły, a w radiu leciał jakiś "Róże Europy" i nagle — bum! — radio przerwało audycję, a spiker dokończył zdanie: "W finale Pucharów Zdobywców Pucharów spotkają się... Ekstraklasa i... Górnik Zabrze!". No to ja, głupek, pomyślałem: "O kurczę, co to za świństwo grać o drugie miejsce w pucharze dla tych co nie kwalifikują się do europejskich rozgrywek normalnych?".
A wy tam opowiadacie o suchych faktach, suchym piwie i suchych butach? Posłuchajcie lepiej, co zrobił nam Los przed meczem z Dynamem Drezno! Najpierw wylosowaliśmy losowanie na trasę marzeń — kolejny obóz przygotowawczy w jakiejś nudnej daczy pod Wrocławiem, a potem trafiliśmy na Turyngię, gdzie mieliśmy trenować na boisku z dziurami pełnymi piachu, bo właśnie tamtejszy klub przygotowywał się do sezonu ligowego, który zaczynał się dopiero za trzy tygodnie. A Smolarek? On w tym czasie kopał piłkę z kolegami pod blokiem na Helenkach, bo stadion był zajęty remontem trybuny, którą mieliśmy sobie odebrać dopiero po powrocie zza miedzy.
I przyjechaliśmy tam, chłopaki, naprawdę "z marszu" — bez żadnych wakacji, bez urlopu, bo przecież w Zakładach Chemicznych Zabrze nikt nie zwalniał robotnika na mecze pucharowe. Ledwo załatwiliśmy dzień wolny, bo brygadzista nas puścił pod warunkiem, że skończymy robotę na trzecią w nocy i wrócimy o siódmej rano następnego dnia. A co się okazało? Że ten cholerny Dynamo Dresno miał drużynę, która cały tydzień przygotowywała się do meczu, miała sztab trenerów, odżywianie specjalnie dobrane przez dietetyków, a my? My mieliśmy wątrobę wypełnioną wódką z czwartkowej zmiany, betonowe worki na stopach i jeden papieros w kieszeni, który od jutra miał być jedynym posiłkiem na jutrzejszy dzień.
I jeszcze ten cholerny puchar — no fajnie, że go zdobyliśmy, ale czy ktoś z was widział, jak Smolarek po meczu podbiegł do bramy i tam się rozpłakał? To było nie z radości, chłopaki, tylko z wstydu! Bo ta cała otoczka, te hymny, te kwiaty, te prezenty — myśmy woleli byle jakie buty na nogach i puszkę piwa w ręku niż cały ten cyrk medialny. On po prostu chciał wracać do domu, do bloku, do psa, który go witał trzęsąc ogonem, a nie stać na środku areny z ręką na sercu i uśmiechem od ucha do ucha.
Dzisiaj te swoje tam ładne, zielono-białe koszulki wdziewają z dumą, ale tamci chłopacy grali w czym mieli — czasem w butach z dziurami, czasem w strzępach, czasem w samych skarpetkach, bo buty zostawił w szatni albo komuś na wymianę. A wy mówicie o stylu? O romantyzmie? Ja wam powiem — to był totalny luz, ale luz na granicy cwaniactwa i desperacji.
I niech no nikt nie opowiada mi, że dzisiejsi chłopcy nie mają serca — po prostu mają inne serce. Tamci grali o honor ulicy, dzisiejsi grają o kontrakt i nagrody pieniężne. I nie ma w tym nic złego — po prostu to są dwie różne bajki, a obie są ważne. Tyle że jedna pachnie betonem i piwem z rana, a druga — reklamami i czekami z banku. 😉
Najpierw policz, potem się spieraj.
Pamiętam, jak ten cholerny Radio Zet jeszcze przed meczem puścił wiadomość, że w Warszawie jacyś "fani" spalili samochód kibiców Legii, bo mieli żeński bilet na Erne… a myśmy się tylko pokładali ze śmiechu, że akurat w Zabrzu, gdzie po meczu kibice idą zrywać bramki, a nie podpalać auta! 🔥 No i ten numer Smolarka w Dreznie, kurczę blade… facet dostał piłkę na środku pola, odwrócił się do bramki i puścił strzał — tak od razu, że obrońcy Dresny nawet nie drgnęli! Słychać było tylko huk trybuny, jakby co najmniej milion ludzi naraz waliło pięściami w blaszane trybuny! 😱 Aż teraz, jak patrzę na dzisiejsze dryble naszych, to mnie ręce same do góry lecą — tamci mieli w sobie coś takiego, że jak Smolarek ruszał, to wiadomo było, że albo walnie gola, albo oberwie karę za faul, ale nigdy nie stał bezczynnie! Wracaliśmy wtedy z delegacji na trybunie za drugą bramką, i ten facet obok mnie, co to miał te swoje stare kombinezony z Kopalni "Julian", powiedział mi prosto w ucho: "Widzisz, chłopaku, to jest nasz piłkarz — on gra tak, jakby mu za godzinę miała wybuchnąć maszyna, i jedyne co go obchodzi, to żeby nie było pustego punktu w tabeli kibica!". I miał rację, bo przecież nie mieliśmy żadnej tabeli, żadnych punktów do zdobycia — mieliśmy tylko siebie i ten jeden, cholernie ważny mecz. A dzisiaj? Dzisiejszy napastnik to facet, który kopnie piłkę bokiem, bo "tak kazał trener", i niech go szlag, ale tamci robili to, co im serce kazało! 💪
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
Ej, a wiecie, jak Smolarek po tym meczu w Dreźnie szedł przez peron w Zabrzu? Facet miał buty, które mogłyby służyć za materiał do filmu sci-fi — w jednej dziurze świecił nogawka spodni, w drugiej wylewał się palec u nogi. Podszedł do niego jakiś obcy, dał mu flaszkę "Złotówki" i powiedział: "No, Włodziu, aleś ty im przywalił!". A Smolarek tylko wzruszył ramionami, wziął łyk i odparł: "Taaa, ale za tydzień muszę oddać tramwajowi dwa bilety, bo zapomniałem je kupić". I myślał, że to koniec bajki… a tu nagle spotyka go w knajpie Graba i wrzeszczy: "Słuchaj, w piątek lecimy znowu do Europy, tylko tym razem niech ci bandyci z pracy dadzą dzień wolny na własne żądanie!". I wszyscy się pokładali, bo wiadomo było, że brygadzista to taki facet, co dopiero po trzecim piwie zgodzi się puścić robotnika na mecz.
A dzisiaj? Dzisiejszy napastnik dostałby mandat za brak butów, nie mówiąc o koniaku w kieszeni. 😂🍻🔥