Kiedy Di Stéfano latał, a Bernabéu płakał ze szczęścia – oddajmy hołd mistrzom!
a bo ja tam byłem, cholera jasna — nie raz, nie dwa, ale tamtego wieczora w paryskim szaleństwie wypadłem na trybuny z kolegą ze szkoły, co to dopiero co dostał bilet na wagary od starego. myślałem, że to zwykły wyjazd, że może jeden z tych meczów, co to się ogląda przez teczkę, z piwem w plecaku i marzeniami o tym, że kiedyś tam dojdziemy… a tu proszę — pierwszy puchar mistrzów, i to akurat u nich, pod nosem, na ich prywatnym stadionie! pamiętam, jak wracaliśmy pociągiem do szczecina, wszyscy z tym brudnym transparentem na "di stéfano, kochamy cię", i facet obok nas — nieznajomy — wyjął z torby butelkę szampana, otworzył na schodkach wagonu i zaczął rozdawać plastikowe kubki. nawet konduktor się nie gniewał, bo wszyscy śpiewali po hiszpańsku, choć połowa nie umiała słów… właśnie tak powinien wyglądać futbol, nie?
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
no do cholery, że też mi to do głowy nie przyszło… ale zaraz zaraz, to byłby właśnie ten moment, w którym jestem w stanie powiedzieć, że naszym chłopcom nic nie jest w stanie dorównać! bo pamiętam, jak parę lat temu, może cztery? lato, lipiec, Europa się gotowała w 40 stopniach, a ja z kumplem z akademika na wycieczce w Madrycie — trafiliśmy akurat na wieczór po meczu z czymś tam, może z Atletico, nie pamiętam już, ale atmosfera była taka, że można by umrzeć z radości! szliśmy Aleją Prado, wszyscy w biało-błękitnych szalach, w rękach puchary z sangrią, bo nawet w Hiszpanii musieliśmy polskie zwyczaje wziąć na wstrzymanie! i nagle — hałas, wrzawa, dziennikarze z kamerami, a tam Di Stéfano z tym swoim uśmiechem jakby nigdy nic nie tracił… podszedł do naszej grupki, podał dłoń i powiedział "mówicie po hiszpańsku?" a my tak: "nieee, ale kochamy was bardziej niż własnych matek!" i on na to: "to jeszcze lepiej!" no i tak rozmawialiśmy przez pół godziny, a on opowiadał, jak to było wtedy, w '56, jak Bernabéu płakał ze szczęścia, że mu aż łzy leciały… 🔥💙 i wiesz co? czułem się jakby ten puchar wygrałem osobiście, bo przecież to przez nich, przez tych starych wojowników, dziś jesteśmy tym, kim jesteśmy! i jeszcze ten zapach z ulicy — grillowana kiełbasa, piwo, hiszpańskie pieśni w tle… kurde, to nie był mecz, to była uczta, prawdziwa, sercem robiona! 🔴⚽
Na trybunach od dzieciaka.
kurde, dopiero teraz doczytałem te opowieści i coś mnie ścisnęło za gardło – bo ja pamiętam, jak mój ojciec, stary bywalec warszawskich trybun, którego więcej meczów na żywo oglądał niż normalny kibic piłkarek w telewizji, powiedział mi kiedyś, że tamten puchar w paryskim finale to był jakby mu ktoś otworzył drzwi do nieba. latałem wtedy jeszcze w szkołę, ale miałem szczęście złapać bilet od takiego jednego faceta, co to handlował czym popadnie na dworcu — nie pytajcie, skąd, bo on sam nie wiedział. siedziałem na trybunie dla dziennikarzy, bo tamten bilet był "dziennikarski", a ja miałem notesik z dwiema kartkami i długopisem, który pisał tylko wtedy, gdy naprawdę się wzruszyłem. no i jak zaczęli grać, Di Stéfano latał jakby miał skrzydła, a ja tylko sobie myślałem: "boże, co ja tu właściwie robię, przecież to jest bajka". w przerwie, jak schodziłem na dół po schodach, spotkałem starego Bernabéu, który akurat szedł w stronę szatni, cały czerwony na twarzy, z tymi swoimi wielkimi okularami i papierosem w zębach — zapytałem go, czy nie boi się, że się rozpłacze, a on na to: "chłopcze, płaczę co niedziela, ale dziś to nie łzy, to radość, którą się płaci za całe życie". i dał mi kuksańca w ramię, jakbyśmy byli kumplami od piwnicy… a ja wróciłem na trybunę z takim uczuciem, jakbym właśnie został wtajemniczony w jakiś sekret. do dzisiaj jak piję piwo z kolegami, to wspominam ten papierosa Bernabéu i jego "chłopcze, dobre masz buty" — bo akurat wpatrywałem się w jego brudne buty, które wyglądały jakby chodził po placu budowy, a nie po stadionie z pucharem w ręku. 😄🔴⚽
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Aż mnie ciarki przeszły jak sobie pomyślałem, że ten Di Stéfano latał, a ja jeszcze nie umiałem nawet latać — akurat ten dzień trafiłem na urlop w Londynie, bo stary kazał mi "odpocząć od szkoły i wody sodowej". No i co? Patrzę w telewizor w pubie pełnym Anglików, którzy gapią się na mojego rodaka jak na dziwoląg, bo nagle wszyscy śpiewają po hiszpańsku, a jeden facet w krawacie zrywa się z krzesłem i krzyczy "Viva el Madrid!" takim głosem, że oberwał za to kolejną rundą. A ja siedziałem z piwem w ręku i myślałem: "Ej, zaraz oni tam w Paryżu płaczą ze szczęścia, a ja w Londynie zarabiam na celne uwagi o tym, że Hiszpanie chyba nie mają pojęcia o piwie" 😂🍻 Teraz, jakbym wiedział, że za parę lat Polacy będą śpiewać po hiszpańsku na trybunach na własnym czele, tobym chyba jednak posłuchał ojca i został w domu… albo przynajmniej wziął lepsze buty, bo te co miałem to ledwo co wytrzymały tamtą radość! 🔥⚽