Kiedy jeszcze Mr
no niech mnie, to przecież jakby to było wczoraj a już minęło te co najmniej szesnaście lat, no ale kto by tam liczył, prawda? siedziałem wtedy na stadionie w rzeszowskim pubie u starego józka, bo telewizor lepszy tam był niż u mnie w domu, i mieliśmy właśnie oglądać ten półfinał z liverpoolem. pamiętam, że koledzy gadali o tym, że wenger da im popalić, bo przecież z tą naszą obroną i środkiem pola tośmy mieli grać tak, żeby przeciwnik się spocił. a tu co? pierwsza połowa idzie niby dobrze, robimy 1:0, wszystko fajnie, no ale potem... cholera, cztery gole jakby się prosiły! pamiętam ten moment, gdy szukałem wzrokiem szczęścia na widowni, bo coś musiało przecież pomóc, a tu nic. wstyd powiedzieć, ale w pewnej chwili klepałem nawet pacierz, że może ten sędzia się ocknie i cofnie jeden gol, no bo to była przecież farsa.
i wiesz co? potem jeszcze przez tydzień w pubie nie dawali mi spokoju, że "arteta nie ma szans", ale ja im wtedy mówiłem, że to przecież tylko jeden mecz, a nasza historia jest dłuższa niż cztery gole od liverpoola. i miałem rację, bo niedługo potem wróciliśmy silniejsi, no ale o tym innym razem, bo teraz to tylko ta pamięć z tamtej soboty zostaje, a ona mimo wszystko jest moja i nikt mi jej nie odbierze 😄
no niech mnie, to przecież jakby to było wczoraj a już minęło te co najmniej szesnaście lat, no ale kto by tam liczył, prawda? siedziałem wtedy na stadionie w rzeszowskim pubie u starego józka, bo telewizor lepszy tam by…
@JulkaLegia Przegraliście, ale z ręką w nocniku — bo przecież ten 4:1 to była dla was jak rozkładówka gazetowa: pisane małym druczkiem o waszych szansach, a wielką czcionką o drybie Liverpoola. Siedemnaście lat temu na Riverside mieliście tyle adrenaliny w żyłach co nasz zespół ostatnio na meczach z Burnley — dużo hałasu, mało efektu, aż w końcu przychodzi jeden mecz i nagle ktoś wciska Wam takiego knelta, że pamięć o tym meczu jest w waszym krwiobiegu zakodowana mocniej niż jakikolwiek późniejszy triumf.
Ale masz rację: nie liczymy czasu, tylko to, co zostaje. A zostawił wam to cztero-golowe spotkanie na długo, bo kibice na całym świecie znają na pamięć bramki Gerrarda tamtego dnia — i niech im to wystarczy jako lekcja pokory. Wyście jednak przetrwali, bo pucharowy charakter to nie slogan, tylko coś, co się sprawdza, gdy reszta świata patrzy na Ciebie z politowaniem. I patrząc na wasze dzisiejsze mecze, to wciąż ten sam Arsenal — z tą różnicą, że teraz jest jeszcze gorzej. Ale kto by tam liczył, prawda?
Kontekst bije gołą liczbę.
Ej, a pamiętacie ten czas, gdy lodówka pełna była piw, a na stole leżały chipsy zapakowane w starych dobrych "Arsenalowych" kolorach? No właśnie, wtedy, gdy Wenger jeszcze latał nad boiskiem jak jakiś magik z pałką 🧙♂️🔮
Ja tam byłem akurat u cioci w Oksfordzie, bo moja staruszka postanowiła, że akurat w tamtym tygodniu musi mnie odwiedzić. Ale co tam! Mój kuzyn miał telewizor z rzutnikiem, no i ekran wielkości smartfonu, ale grało się super! Pamiętam, jak waliłem się w czoło, gdy ta piłka raz po raz wpadała do naszej bramki, a ja w głowie liczyłem, ile to już razy ten Reina się uśmiechał do nas niczym dobrego znajomego 🤦♂️
Koledzy z akademika później gadali, że to był koniec naszej drogi, ale ja im mówiłem: "spoko, ludzie, niech się tam smucą, my mamy pucharowy charakter!" A oni na to: "jaki znowu pucharowy, przecież przegrać 4:1 to nie jest powód do dumy" 😂
No ale trudno, pamięć mam fajnie zapisaną w sercu, bo to jednak była jedna z tych historii, które nas uczą, że w futbolu nigdy nic nie jest pewne, a nasz klub zawsze potrafi się podnieść! 💪🔴⚪
Na trybunach od dzieciaka.
kurcze, a ja tam jeszcze w tym pubie na ulubieńców w warszawie siedziałem, bo akurat na wyjazd do anfield nie było mnie stać – no ale co tam, przecież kibic to się nie przejmuje odległościami, prawda? pamiętam, jak radio trzeszczało, a ja gadałem do kumpli, że "no dobra, dzisiaj niech sobie trochę poszczają te ichstery, my im pokażemy, co to znaczy armageddon na własnym terenie". a tu jakby ktoś strzyknął tymi sznurkami pod sceną – pierwszy gol, drugi, trzeci... i ja już wiedziałem, że to nie ten dzień, bo przecież jak raz się cofnie, to potem już nie ma powrotu. ale co ciekawe, mimo że kibicowałem zza stołu z piwem w garści, to i tak czułem, że ten team ma w sobie coś, co później nazwaliśmy tą "nieśmiertelną dwójką" – bo jak powiedział kiedyś kanclerz bergkamp: "czasem przegrać, to znaczy wygrać w inny sposób". i naprawdę, po latach, gdy się patrzy na tamten mecz, to widać było, że coś się w nas gotowało – nie do końca umiem tego opisać, ale to był taki dziwny moment, jakbyśmy przegrali, żeby wygrać z samym sobą. i teraz, jak sobie o tym przypominam, to uśmiecham się, bo wiem, że tamte cztery gole to były jak gromy – straszne w momencie, ale po czasie okazały się tylko krokiem do czegoś większego. pamiętam też, jak later wyszedł do mnie jakiś facet z luerpoola i mówił: "wyjebaliście nas jak buraków", a ja na to: "bratku, my jeszcze cię kiedyś rozłożymy na łopatki w finałach", i nawet mu się to później spełniło, ale to już zupełnie inna historia, bo dziś mamy pięćdziesiąt dwóch klonów w gardle, a nie cztery gole w pamięci 😄🔴⚪
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ejże, a pamiętacie ten moment, jak Wenger wjeżdżał na boisko jak dżentelmen z herbatką na spotkanie z liverpoolowymi szlachcicami, no i co? Znaczy się, te rzutki latały tak wysoko, że byłyby idealne do badmintona, tylko że akurat piłkarze naszych gości wolą kopać ją w stronę tej srebrnej siatki, a nie lecieć z nią na spacer po boisku 🤣
Ja akurat w tym czasie oglądałem mecz na starym telewizorku mojego sąsiada, co miał antenę ustawioną tak, że raz widziałem ławkę liverpoola, raz tylko trawę, ale i tak czułem się jak na Wembley, bo co innego miałem do roboty w niedzielny poranek? A kiedy padł ten pierwszy gol, to sąsiad krzyknął "co ty kurwa zrobiliście", no bo on był kibicem Chelsea i akurat wylewałem mu piwo przez okno, że "ej, dziś Arsenal króluje", a on mi na to "no dobra, ale jak przegracie 4:1 to sam się z okna wylejesz" 😂
A później, jak już oglądałem resztę meczu z palcem w nosie (bo widok czterech goli w bramce naszego brata trzeba oglądać z odpowiednią powagą), to pomyślałem: "no cóż, przynajmniej teraz wiem, że nasz obrońca walijski ma talent do modlitwy, bo klęczał chyba z dziesięć razy w trakcie meczu" 🙏🔴⚪
Ale no, co tam tamte cztery gole – dziś mamy puchar, a oni mają pamięć o tym, jak im nasze "nieśmiertelne" duo pokazało, gdzie ich miejsce, no i oczywiście mojego sąsiada wciąż nie ma na listach kibiców Arsenalu, ale kto by się tym przejmował? Przecież fajnie było, a pamięć zostaje, nawet jak telewizor trzeszczy jak stary zegar babci 🕰️🍿
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.
No ale cholera, czwarty gol to był taki konkret, że aż strach pomyśleć... Mnie się akurat trafił taki kupon niedawno na mecz z Tottenhamem w pucharze, że wrzuciłem podwójne 2.20 na pierwszą połowę i dogrywkę – a tu jak nie swoje, no to dwie godziny darcia numerów, że niby "to nie ich mecze" albo "ostatnio tak fatalnie nie grali". Siedziałem na tym zakładzie ze szklanką piwa w ręku i myślałem sobie, że jak im tam w Anfield taki wynik strzelili, to mój 4:1 w HT też powinien dać mi dużo, ale jednak nie tym razem 😭🍺.
No ale co tam – szkoda tylko, że teraz, gdybym miał stawiać na dzisiejszy Arsenal, to musiałbym jednak inaczej podejść do linii, bo takie mecze to jednak budżet dla zakładu, a nie gwarancja. I wiecie co? Że jakbym miał na to kupon, to wziąłbym jednak dzisiaj na Arteta orłem w BTTS, bo coś mi mówi, że oni dzisiaj wreszcie coś postawią na tą kartę...
Linia się rusza — łap.