Kiedy niebo nad Wartą jest niebieskie, a serca biją do rytmu naszego klubu!
pamiętam ten jeden sobotni październikowy mecz z 2005 czy może 2006, nie pamiętam dokładnie, ale pogoda była taka sobota w pigułce — kurz po remoncie trybun unosił się nad stadionem, a ten basen w trybunie zachodniej wciąż śmierdział rybami, bo ponoć dawniej tam mieli hurtownie… ale co tam, zawodnicy weszli, a myśmy byli tak głośno na nogach, że sędzia musiał się schylić przy rzucie rożnym, żeby go usłyszeć.
i ten moment, kiedy liderzy na trybunie bydgoskiej odpalili to stare 'szczecin, szczecin', a reszta trybun wtórowała jak echo — niebie się nie było, ludzie podrywali się i deptali tak, że czułem, jak wibrują plastikowe krzesełka pod dupą. uważam, że to był jeden z tych dni, kiedy stadion naprawdę żyje, nie tylko ściany i dach. nie mieliśmy jeszcze trybuny wschodniej, ale na zachodniej było tyle baniek, że byśmy stamtąd wyskoczyli jak z karuzeli. a kibole Lechii tam w kącie siedzieli bladzi, jakby im powiedziałeś, że za chwilę wsadzicie im trzy bramki za darmo.
i to coś w tym było, że kibice z innych miast mówią później: „słuchajcie, ale u was się hałasuje” — no i słusznie, bo to my tu rządzimy tym stadionem, nie oni. pamiętam, że na koniec był remis 1:1, ale nikt nie przejmował się wynikiem, bo grało się w takim hałasie, że nawet sędzia facet musiał być niesłyszalny, a piłkarze pewnie myśleli, że to wróg atakuje z trybun.
stąd znam ten głos, ten rytm, ten zapach starego stadionu — nic nie zastąpi tej magii, nawet te nowe trybuny z boksami. tamto było prawdziwe, szorstkie, nieludzkie wręcz. no ale skoro dzisiaj znów „szczecin, szczecin” wali po trybunach, to coś mi mówi, że Pogoń nie umiera — tylko czeka na kolejny raz.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Aaa bo ja to pamiętam jakby to było wczoraj! Byłem tam, na trybunie północnej, dokładnie w tym miejscu gdzie wiatr zawsze wiał w twarz i niósł ten huk naszych głosów prosto na boisko! 🔥💪 Tego dnia szedł deszczyk, co prawda, ale my mieliśmy kurtki przeciwwodne naokoło, a pod nimi tylko flagi i marzenia o zwycięstwie. I wtedy to się zaczęło — jeden facet zza moich pleców ryknął „SZCZECIN”, a ja poczułem jakby mi ktoś wlazł do klatki piersiowej i zaczął bić w bęben! Ludzie wokół mnie stali jak jeden człowiek, ręce do góry, głosy złączone w jeden potężny ryk, że aż mi włosy zjeżyło na karku!
Pamiętam, jak zerknąłem na kiboli Lechii w ich niebieskich strojach — siedzieli jak sparaliżowani, jedna dziewczyna nawet zakryła uszy! 😱 I co? Nic! Oni nie mieli szans, bo to nie był zwykły doping, to była wojna na dźwięk! A naszym chłopakom naprawdę było łatwiej grać, bo ta energia dosłownie ich niosła. Choć na koniec i tak był ten cholerny remis… ale kto by się przejmował wynikiem kiedy się człowiek czuje jakby siedział na trybunie przez całe życie i właśnie wygrał mistrzostwo świata?! 😤
To nie są tylko wspomnienia, to DNA każdego z nas kibicujących Pogoni! Kiedy słyszę dzisiaj „Szczecin, Szczecin” znowu huczy po stadionie, to wiem że nasz głos nigdy nie zginie — on po prostu czeka na kolejny mecz, żeby znów poderwać tych wszystkich obok siebie do boju! 🔴❤️
W radości i smutku, do końca z nimi.
ej, a ja to akurat mam ten jeden grudniowy wieczór 2012 wryty w pamięć jak zakalec w zębach 😄 pamiętacie ten mecz z Widzewem, kiedy na trybunie wschodniej było jeszcze tak pusto, że aż dziw, bo przecież to była ostatnia kolejka i walczyliśmy o utrzymanie? no ale, bracia i siostry, to akurat nic nie znaczyło — myśmy mieli ten nasz rytuał, co tydzień tak samo: początek od „Szczecin, Szczecin” i zaraz potem już się nie da było zatrzymać.
byłem wtedy akurat niedaleko tej starej dziupli przy wejściu B, gdzie kibole zbijali się w ciasną grupę jak sardynki w puszce i czekali na sygnał do rozpoczęcia. facet obok mnie, ten z wielką brodą i kurtką „pogoń forever” zrobioną na drutach przez matkę, szarpnął mnie za ramię i mówi: „słuchaj, jak usłyszysz pierwszy krzyk, to nie myśl — po prostu wrzeszcz, bo to już gra”, a ja wtedy pomyślałem, że to chyba najgłupsza instrukcja na świecie… no ale dosłownie sekundę później usłyszałem tamtego gościa z megafonu (takiego starego wygadanego dziadka z papierosem w zębach, niech mu ziemia lekką będzie), który krzyknął „teraz albo nigdy!” i nagle — huk.
i w tym momencie to brzmiało jakby niebo rozdarło się na pół, a my wszyscy podrywaliśmy się razem, nawet ci, co jeszcze nie zdążyli wytrzeźwieć po robocie. ten chłopak z brodą skoczył tak wysoko, że uderzył się w daszek czapki, ale nawet nie zaklął — tylko dalej ryczał z tym samym pasmem głosu. ja z kolei tak się rozkręciłem, że moja kurtka przeciwwiatrowa (tak, miałem taką, bo wiadomo — stary stadion, zimno i wieje) poleciała komuś w ręce, a ja biegałem jak idiota po trybunie z flagą w ręku, bo po prostu nie umiałem się zatrzymać.
na koniec, pamiętacie, byliśmy tam jeszcze długo po gwizdku, nawet kiedy już wiedzieliśmy, że utrzymanie mamy w kieszeni, a ten mały chłopaczek z planszą „1:0” stał i machał do nas z boiska, my dalej wrzeszczeliśmy, choć gardła nam płonęły. kibice Widzewa w ich zielonych szalikach po prostu spakowali manatki i uciekali jak spłoszone kurczaki, bo wiedzieli, że z nami dziś żaden normalny człowiek nie wygra bitwy.
i co? teraz to niby nowy stadion, nowi ludzie, a ten głos zostaje — głucha puszka, która się nie rozładowuje nigdy. dzisiaj znów słyszę „szczecin, szczecin” i myślę: kurde, to nie jest żaden śpiew, to nasza waluta, którą płacimy za to, żeby naprawdę czuć się sobą. i tyle.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej, ależ się zrobiło sentymentalnie — i dobrze! Bo to właśnie te chwile są tym, co trzyma nas przy tej drużynie na dobre i złe. Tamtą Pogoń, tę sprzed lat, znamy wszyscy — była twarda, waleczna, nieraz dosłownie z krwi i kości. Trybuny śmierdziały rybami, farbą i potem starych kieszeni, ale kiedy podnosiłeś głowę, widziałeś morze baniek, flag, a do tego ten jednostajny, potężny rytm: „Szczecin! Szczecin!”. To nie był doping, to była liturgia. Te chwile, gdy trybuny wibrowały od fundamentów po krzesełka, a sędziowie musieli się schylać, żeby ich własne gwizdki było słychać — to było coś, czego nie da się powtórzyć w 4K ani na nowym stadionie.
Teraz? Teraz mamy nowe trybuny, nowe ekrany, nawet nowy zespół, który walczy o Europę regularnie, a nie tylko o utrzymanie. Widzę te dzieci na wschodniej, które rosną na oczach, widzę graczy, którzy potrafią załatwić sprawę na środku pola, a nie tylko kopią piłkę pod prysznic. To jest zupełnie inny poziom — bardziej cywilizowany, bardziej zorganizowany. Ale… brakuje mi tej szorstkości, tego nieokiełznanego wrzasku, który dawniej rozbijał przeciwników na strzępy, zanim oni zdążyli się pozbierać. Tamto było dziko, nieludzko wręcz — dziś to brzmiało by pewnie jak koncert hiphopowy z pakietem nagłośnienia.
I co z tego, że stadion jest lśniący, a kibice siedzą w boksach? Kiedy słyszę dziś „Szczecin, Szczecin”, mam wrażenie, że brakuje tej masy, tego ścisku, gdzie jeden głos wtapia się w dziesiątki innych i tworzy coś, co nie ma nazwy — po prostu *jest*. Tamten stadion żył nie dlatego, że był nowy, tylko dlatego, że my tam byliśmy, razem, na sto procent. Dziś wiem, że emocje są nadal, ale czasem zastanawiam się, czy ta nowa fala kibiców czuje to samo co my kiedyś — czy to dla nich zwykły rytuał, czy coś więcej.
Nie powiem, że tamta Pogoń była lepsza. Była po prostu *inna* — taka, która nie miała nic do stracenia, bo i tak nic nie miała. A dzisiejsza? Ma plany, ma sny, ma świadomość, że może sięgnąć wyżej. I to też jest piękne. Ale jedno wiem na pewno: ten głos zawsze zostanie w nas. Bo to nie jest śpiew. To nasza broń. I tyle.
Najpierw policz, potem się spieraj.
ej, ludzie, to co tu gadać o nowym i starym — ja wam powiem, że pamiętam ten jeden grudniowy wieczór w 2010, kiedy na trybunie zachodniej mieliśmy taki tłum, że aż strach było się ruszyć, bo sąsiad mógł cię przypadkiem udusić z emocji. była sroga zima, mróz aż skóra cierpła, a myśmy stali w kurtkach od wojska i szalach po sam nos, ale za cholerę nie można było wyjść, bo tamci goście z ŁKS-u akurat mieli przyjść i grać. no i co? zanim jeszcze sędzia gwizdnął, już leciał ten krzyk z ust tysiąca gardeł — „szczecin, szczecin” brzmiało jak tornado, które miało ich zmiatać z boiska.
i pamiętam, jak jeden starszy pan obok mnie, ten co zawsze miał zieloną czapkę z naszym numerem 10, puścił do mnie oko i mówi: „widzisz, synu, my tu nie śpiewamy, my ich atakujemy dźwiękiem”. i miał rację, bo kiedy piłkarze zobaczyli, jak te niebieskie morze przy trybunie Lechii się trzęsie, to od razu wiedzieli, że dzisiaj nie ma opcji na remis — albo wygrają, albo będą mieli problem, bo te mury naprawdę żyją.
i wiecie co? tamten mecz skończył się 3:0, a ten głos z trybun był jak dodatkowy zawodnik na boisku — nieustępliwy, wszechobecny, gotowy do ataku. dziś mamy nowy stadion, nowe trybuny, ale ten sam huk, ta sama magia, tylko teraz to już nie setki ludzi — to tysiące, które potrafią wstrzymać oddech, kiedy sędzia dmucha w gwizdek. i to jest coś, czego żaden analizator nie policzy, bo to się czuje w kościach, w sercu, w tym, jak podrywasz się razem z tymi obok ciebie, choćbyśmy mieli na sobie kurtki przeciwdeszczowe albo po prostu zwykłą bluzę z naszym logo.
bo przecież chodzi o to, żeby ten „szczecin, szczecin” był naszym symbolem — tym, co nas łączy, niezależnie od tego, czy gramy o utrzymanie, czy o mistrzostwo. i kiedy dzisiaj znów usłyszałem ten ryk, to aż łezka się zakręciła — bo to nie jest zwykły doping, to nasz sposób na to, żeby czuć, że jesteśmy częścią czegoś większego. i tyle.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ej, jak tak siedzę i wgapiam się w ekran mojego starego telefonu z zaszytą na amen tapicerką trybuny zachodniej, to nagle przypomniało mi się coś takiego, że aż mnie obluzowało 😂
Wiadomo, że każdy ma te swoje wspominki ze starego stadionu, ale ja akurat pamiętam taki jeden moment, kiedy ten krzyk „Szczecin, Szczecin” rozległ się nie tylko na trybunach, ale dosłownie… wsadził się w trybuny samej piłki! 🤣🍿
Bo był taki mecz, chyba z GKS-em Katowice, że akurat nasz napastnik wbił gola i nie dość, że kibice wyskoczyli z trybuny, to jeszcze jeden z nich (też taki chudy jak szczapa, pamiętam jak dziś) tak się uniósł emocjami, że jego but poszybował w powietrze i trafił prosto w siatkę przy rzucie rożnym. No i co? Sędzia musiał zatrzymać grę, bo sędzia z boku musiał iść sprawdzić, czy przypadkiem piłka nie została „zaatakowana przez obcego gracza”! 😤
Potem dopiero okazało się, że to był but, a nie jakiś tam cios karny. Ale widzicie, jak tamten głos z trybun potrafił nie tylko podnieść drużynę, ale dosłownie… poderwać buty do boju?! ⚽👟
I do dzisiaj jak słyszę „Szczecin, Szczecin”, to się uśmiecham, bo wiem, że nawet jakby nasz atak padł, to my i tak wiemy, jak walczyć — choćby rzutem buta! 🔴❤️🤣
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.