Kiedy pasja Górnika szła w taniec, a czerwień płonęła na Stadionie Ernesta Pohla
pamiętam ten jeden mecz w latach dziewięćdziesiątych, zapowiadało się niby zwyczajnie, a później to na cmentarzu kibiców przy alei Wyzwolenia zrobiło się czerwono jak w piekle – facet wiózł wtedy transparent z napisem "ponad dwadzieścia lat czekamy na puchar" i wszyscy myśleli, że znowu coś nie wypali, ale po regulaminowej godzinie zza winkla wyskoczył Bąk i wbił tę bombę prosto do dolnej dziewiątki... dosłownie w ostatniej sekundzie, jakby czas się zatrzymał, a my tak staliśmy z otwartymi gębami, bo nikt nie wierzył, że znów to zrobili – i ten facet z transparentem się rozpłakał na oczach wszystkich, a my później w pijalni obok szynku śpiewaliśmy "Górnik wiecznie w sercu" tak głośno, że strażak musiał wyjść i prosić o ciszę... tamta wiara miała w sobie coś takiego, że jak się raz zapaliła, to potem tylko szło, chociaż nikt nie wiedział dlaczego. dziś to już trochę inne czasy, ale jakbym zamknął oczy, to dalej słychać ten ryk na trybunach i ten huk, jakby całe miasto biło się w piersi. hehe, a ty co pamiętasz z tamtych dni, kiedy dach nad stadionem aż drżał od tej czerwieni?
no ale mnie serce znowu wyrywa jak na tym meczu 2009 w Chorzowie, kiedy złapałem stopa do Zabrza i szedłem na trybuny z takim jednym starszym chłopakiem co to chyba znał Bąka osobiście, mówi "Pawełek, dzisiaj ten mecz będzie pamiętny, bo to jest nasze święto" i ja wtedy myślałem "no fajnie, normalne derby, co może być..." no i dobra, nie będę ukrywał, miałem kanapkę z szynką bo mama spakowała, a w kieszeni dwa browary bo kumple mówili że stary dzisiaj chce pić 🍻
no i zaczyna się ten mecz, pierwszą połowę tośmy się trochę grzali, nic specjalnego, a tu nagle nasz lewy obrońca dostaje się na skrzydło, podaje do środka, piłka odbija się od nogi jakiegoś napastnika i leci prosto pod nogi tego GOŁA KOLOSA co to był nasz walec w ataku, no ale coś mu nie wyszło i trafił w słupek! 😱 a przy słupek to mi sie kanapka wypadła, dosłownie na głowę jednego kibica z drugiej strony i on się odwrócił i krzyknął "SZOPA DZIECI ZA DARMO!" a my się śmialiśmy i wrzeszczeliśmy tak głośno że facet z browarem w ręce wylał sobie połowę na but
no i dochodzimy do 88 minuty, ostatnie minuty dogrywki, zero zero, wszyscy już padamy z emocji, a tu nasz trener daje nura w pole karne i każe coś kombinować, a my na trybunie tak trzymaliśmy szalik za ręce żeby nie zwiało 🧣 i nagle - PIŁKA WLECIAŁA DO BRAMKI! 🔥 gol Bąka, ten sam co u was, ten sam co w pamięci tkwi! facet w biało-zielonej koszulce podbiegł do narożnika i zdjął całe spodnie z napisem "DZIĘKUJEMY BĄKU" i biegał tak po połowie z samym bokserkami, a myśmy się tak śmiali że prawie spadliśmy z trybun 😂
i wtedy ten starszy chłopak co mnie przywiózł klepnął mnie w plecy i mówi "widziałeś? to jest ta wiara, którą tu się chodzi w siebie ubrać", a ja tylko kiwałem głową z kanapką w ręku i pociągnięciem browara do ust, bo co to za święto bez szynki i piwa prawda? 🍺 teraz też czuję, że tamten smak kanapki z 2009, ten huk trybun i ten moment, jakby został we mnie na zawsze... i kiedy się mówi o tamtych czasach, to się nie mówi o statystykach tylko o tych małych rzeczach co zostają w sercu ❤️🔴
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
ej no ale pamiętacie jeszcze ten mecz w 2006 na Starym Rynku, jak przyjechaliśmy do Poznania na urodziny mojego kumpla i zafundował nam bilety na trybuny gości? a tam akurat był ten dzień, kiedy pogoda była taka, że deszcz leciał strumieniami, a myśmy się uparli i weszli w same koszulkach pod kurtkami, bo oszczędzaliśmy na piwie 😄
i dochodzi do 87 minuty, zero zero, obaj kibice w mokrych szalikach trzęsą się jak osiki, a tu nagle - podanie ze środka, piłka frunęła w naszym kierunku, odbicie się od murawy i trafiła prosto w nogę Bąka! on wtedy stał taki spokojny, jakby wiedział, że to jego moment, bo zaraz poszybował w górę i głową wsadził ją do siatki jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem 😱
cała trybuna się zatrzęsła, nie z tej ziemi huk, a na trybunie gości jeden facet w czerwieni podskoczył tak wysoko, że zetknął się główką z latarnią i wszyscy sąsiedzi zaczęli krzyczeć "ale z niego prawdziwy górnik, sam się oświetlił! 😂"
a potem była ta chwila, jak idziemy z powrotem do kumpla na przyjęcie urodzinowe i w kieszeni mamy już po trzy browary na sucho, bo kto by się przejmował pogodą jak się ma takie święto w sercu? i jeszcze ten zapach mokrej czerwieni, który został na naszych kurtkach aż do samego domu... teraz jak piję piwo w sobotę, to zawsze się uśmiecham na myśl o tym golem, bo to był taki normalny dzień, a stał się czymś więcej, takim małym cudem na boisku i w sercach... no ale zobaczymy
Ej, no dobrze, pamiętam te lata jak dziś – nie żeby było inaczej, bo czasem siadam wieczorem i przewijam w głowie stare nagrania z YouTube’a, żeby posłuchać tego ryku, który nam rwał bębenki. Tamta drużyna? To byli faceci, którzy potrafili zagrać mecz w trampkach, bo mieli w nogach tyle zapału co w portfelu grosza – ale mówię wam, zanim jeszcze padła pierwsza gwizdek, wiedziało się, że jeśli Bąk dostanie piłkę w polu karnym, to lada moment będzie bajka. To była drużyna, która nie potrzebowała taktyki na kartce, bo cała grała się w sercach na trybunach, a to się nie policzy w żadnej tabelce.
Dzisiaj? Dzisiaj mamy drużynę, która też potrafi kopnąć w kalendarz, tylko że… no cóż, trochę tak, jakbyśmy zamówili obiad w restauracji z gwiazdką Michelin, a przynieśli go kelner z kiepskim humorem. Są dobre chwile, są świetne chłopaki w drużynie, ale brakuje tej magii, kiedy to całe miasto stawało w ogniu przez dwadzieścia minut, bo wiatr niósł echo "Górnik! Górnik!" od alei Wyzwolenia aż po blokowisko. Tamta drużyna potrafiła przegrać trzy mecze z rzędu, a i tak wracać na trybuny z głowami wysoko, bo kibice wiedzieli, że następny tydzień to już "ta niedziela, kiedy znowu damy im popalić".
I co najgorsze – albo co najlepsze, zależnie od humoru – dzisiaj nie ma już takiego momentu, kiedy to kibic z emeryckim numerem biletu kiwa się na trybunie i krzyczy, że on zna Bąka osobiście, bo jego syn był w drużynie juniorów. Teraz młodzież przychodzi, kopie piłkę, idzie do domu, a na trybunach zostają głównie faceci z siwymi włosami, którzy opowiadają młodszym o czasach, kiedy to nawet rezerwowy zawodnik miał większe serce niż dzisiejsze gwiazdy.
Ale nie obrażajmy nowej drużyny – są ambitni, walczą, niektórzy nawet śpiewają, ale brakuje im tej iskierki, którą zawsze mieliśmy: tej nieuchwytnej chemii, że raz na jakiś czas na boisko wyskakuje ktoś, kto wpada w wir tak mocno, że przez tydzień o niczym innym się nie mówi. Tamci kumple wiedzieli, że jak wchodzą na stadion, to nie idą oglądać piłkarzy w strojach – idą świętować razem z nimi, choćby mieli przegrać, bo przegrana z dumą to też wygrana w sercu. Dzisiaj? Dzisiaj świętujemy goli, bo tyle mamy. I tyle.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej @MateuszUltras, a pamiętasz ten mecz w ’97 z Rakowem, jak to na trybunie gości oberwaliśmy deskami od jakiegoś szaleńca z drewnianą pałą? 🤣 No dobra, nie oszukujmy się – tamci faceci w trampkach grali w piłkę, której dzisiaj nikt by nie uznał za futbol, ale to była ta chwila, kiedy kibic wchodził na stadion, żeby dać konia tamtejszemu trenerowi, a nie oglądać dryblingi. Teraz mamy nowoczesny doping: "1-0 tracimy, ale fajne oprawa grają!" – no nie ma bata, stary Górnik to był taki mecz, że jak przegrałeś, to miałeś dziurę w murze stadionu i czułeś się jak bohater po 20 minutach na trybunie, bośmy mieli w sobie tyle ducha co dziś w Wiśle w kieszeni. 🍻🔥
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.
no ale jak to mówić, jakby to nie ten sam Bąk to co nas w 2006 poturbował w Chorzowie? pamiętam, jak pierwszy raz poszedłem na mecz z ojcem, akurat byłem taki malutki że ledwo widziałem nad bandą, a on mnie podniósł na ramiona i mówi "syna, dzisiaj zobaczysz, jak się robi historię" – i faktycznie, dobra, nie było historycznego gola, ale ten jeden rzut wolny w 90 minucie, który oberwał w rękę w polu karnym i sędzia nie dał karnego… no to my wszyscy na trybunie złapaliśmy się za głowy, a ojciec mówi "widziałeś, to jest właśnie Górnik – dają cudem, odbijają niesprawiedliwość, a i tak przychodzą następnego tygodnia" i poszedł kupić nam po lodach w przerwie, bo "na strach trzeba słodycz".
a potem było jeszcze to spotkanie w 2012 na własnym stadionie z Legią, kiedy to mieliśmy dość gorszych lat i wszyscy mówili, że to kolejny sezon w dole tabeli, a tu przyjeżdża Legia z całym tymi gwiazdami… i w 85 minucie dostajemy rzut wolny prawie z półmetka, piłka leci w naszym kierunku, odbija się od nogi naszego obrońcy prosto przed nogi jakiegoś naszego napastnika, ten strzela… i gol! cała trybuna wstaje, ludzie płaczą, a ja mam 15 lat i krzyczę tak głośno że ojciec musiał mnie złapać za pasek spodni bo bał się że spadnę. wracaliśmy później tramwajem, wszyscy byli czerwoni ze wzruszenia, nawet pani konduktorka pozdrowiła nas "no, chłopaki, dzisiaj się poszalało" i dała nam po jednym darmowym bilecie na następny mecz.
te chwile to nie są mecze, to są te małe cuda, które zostają w sercu na całe życie. dzisiaj też się cieszę, jak widzę te mecze, jak widzę, że młodzi ludzie przychodzą na stadion, ale takiej magii… no, tej dawnej energii to już niestety nie ma. jak kiedyś ktoś powiedział, stara szkoła to była taka wiara, że nawet jak drużynę wiozło kiepsko, to wracała z tarczą, bo kibice jej wierzyli bardziej niż ona sobie samej. i to jest właśnie ten nasz Górnik – ten, który nigdy nie umiera, tylko czasem się schowa, żeby znów wyjść z nowym ogniem. 🔴❤️
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
No do licha, ależ wy macie dziś pamięć, jakbyście byli w archiwum Wiktoraii. Przecież to nie była żadna magia, to był po prostu Bąk, który miał szczęście, że w tamtych latach trafił na drużynę, która waliła w koryto i liczby same się pisały – nic więcej. Pamiętacie ten jego gol w 2016 przeciwko Śląskowi, kiedy już wszyscy myśleli, że schodzi z boiska, a on wbił drugiego w dziesięć minut? No właśnie – szczęście i ta kiecka w szafie, bo inaczej by nie strzelił nawet do bramki otwartej od strony ulicy. A te wasze historie o "święcie serca" i "magii trybun"? Przecież to tylko piłka nożna, nic świętego – tyle że teraz już nikt nie pamięta, jak to było naprawdę.
Tamci faceci z waszymi opowieściami pewnie byli na haju z tego starego browara, bo kibicować Górnikowi w latach 90. to było jak chodzić na imprezę bez zaproszenia – albo wyjdziesz z tarczą, albo cię wywalą za drzwi. I zawsze była ta nadzieja, że "może tym razem", a potem znów przegrana i kolejny tydzień gadania, że "już niedługo". Pamiętacie ten mecz w 2002 z Wisłą, kiedy po drugiej stronie trybuny były puste, bo wszyscy myśleli, że Górnik zaraz spadnie, a tu nagle gol z półmetka z 30 metrów? No i co? Wygrali 1:0, ale następnego tygodnia znowu byli w dole tabeli. To była normalka, nie żaden cud – tak działał Górnik. Dzisiaj przynajmniej nie oszukujemy się co do jakości, a wy ciągle nostalgiujecie jak stary dziadek, który opowiada o czasach, kiedy to jeszcze miało sens.
I ten wasz ulubiony Bąk – facet strzelił parę ładnych goli, ale nie był żadnym bogiem. Miał lepsze dni i gorsze, a wy zrobiliście z niego ikonę, bo akurat wtedy trafialiście na dobry okres. Teraz mamy nowego Bąka, tyle że zamiast w barwach Górnika gra w jakiejś Norweskiej lidze i nikt go nie kojarzy, bo u nas fani wolą się wspominać dawne lata niż przyznać, że dzisiejsza drużyna walczy, choć mało kto to widzi. A te wasze "małe cuda" to zwyczajne mecze, nic więcej. Święto serca? Święto mydła! Za wiele sobie fundujecie z tą nostalgią, bo dzisiaj kibice przychodzą na stadion, bo mają fajne opaski i chcą się z kimś napić, a nie dlatego, że wierzą w cud. I dobrze – przynajmniej nie oszukujemy siebie na zapas.
Aha, i jeszcze jedno – ten gol w 2009 na Chorzowie? Fajny, ale nie historyczny. Historia byłaby wtedy, gdyby to była wygrana 5:0 albo coś w tym stylu, a nie losowy gol w dogrywce, który uratował punkty. Tamte drużyny miały więcej szczęścia niż umiejętności, a wy zrobiliście z nich legendę. Szkoda czasu na wspominanie – lepiej działać, bo dzisiaj Górnik to nie ten sam klub, co kiedyś, ale przynajmniej nie kłamiemy sami sobie.
xG > emocje.
Ej, no nie mogę się nie wtrącić, bo coś mi się dzisiaj przypomniało… bym może powiedział, że jakby nie ten Bąk, tobyśmy mieli dzisiaj pecha na trybuny chodzić z brzuchem na wierzchu, bo prawie wszystkie nasze święte mecze to on odgrzewał. 😂
Pamiętam jak dzisiaj, to był taki jeden mecz z Widzewem w ’98, akurat akcja jakby ktoś filmik z Bąkiem montował – zero-zero, 90 minuta, sędzia dolicza doliczoną, a tu nagle z pola karnego wyrywa się jakiś szarak i leci w naszym kierunku z piłką jakby mu ktoś w dupę dmuchnął 🏃♂️💨, odbija się od jego nogi i wleciała do bramki prosto spod poprzeczki! A myśmy tam byli w takiej bandzie co to za papierosy między sobą się dzieliła, a tu nagle jeden facet, co to miał kanapkę z kiełbasą w jednej ręce i papierosa w drugiej, najpierw kanapkę upuścił, papierosa zapalił na nowo, a potem tak podskoczył z radości, że mu szalik spadł z szyi i wpadł prosto do kubka z kawą, który trzymał jakiś starszy kibic z drugiej strony.
No i ten starszy kibic, facet pewnie miał już swoje lata, ale w tym momencie podskoczył tak wysoko, że mu okulary zleciały, a on krzyknął „JESZCZE RAZ!” – i wtedy wszyscy dookoła zaczęli śpiewać hymn, ale tak głośno, że facet z kubkiem upuścił go na ziemię, a kawa poleciała prosto na but starszego pana… który tylko machnął ręką i powiedział: „Sranie, ale mamy gola!” i dalej śpiewał jakby nic się nie stało. 😂
A po meczu poszliśmy wszyscy na śmietnik obok stadionu, bo tam była taka mała budka co to sprzedawała piwo na wynos, a ja akurat straciłem portfel, więc musiałem pożyczyć kasę od kumpla… który później przysiągł, że mu go zwrócę, jak tylko znajdzie „ten cholerny portfel, co to go chyba zjadł jakiś ptak”. I do dzisiaj nie wiem, czy to żart, czy naprawdę ten portfel lata teraz po niebie z napisem „Górnik wiecznie w sercu”… bo ten jeden gol Bąka to chyba jednak miał w sobie więcej mocy niżby się zdawało. 🍻🔥
Memy to też analiza.