Kiedy przed Bernabéu płynął hymn galaktycznej chwały, a my staliśmy ramię w ramię niczym…
stary wyjadacz pamięta, jak latem 2017 roku siedzieliśmy z kumplami pod bielawymi żaluzjami baru na obrzeżach madryckiego getta, przy piwku w butelce i jakieś półmiskiem tapas — bo na stadionie zawsze było drogo, a my to akurat studenci w delegacji albo co tam — i wtedy nagle na ekranie telewizora strzelił gol Bale’a do Juventusu. pamiętam te szczęśliwe wrzaski, jakbyśmy sami kopnęli, i ten dźwięk — bicie talerzy o stoliki, łomot w kubki, wszyscyśmy stali na ławkach, a kelnerka histerycznie na nas wrzeszczała. aż musieliśmy się chwilę nachylić, żeby dojrzeć, że na drugim ekranie, w tym samym momencie, obok nas w barze, moi ziomkowie z Barcelony też świętowali gola Neymara… i cóż, no — ten jeden moment naprawdę mnie urzekł. bo kibicować, to jednak najpiękniejsza robota na świecie. a potem jeszcze ten tydzień, kiedy balangę mieliśmy w genueńskiej knajpie, bo następny mecz w Lizbonie — nie chcę gadać o tym meczu, ale ten bajzel po nim, ten spacer do hotelu środkiem miasta o czwartej nad ranem, wszyscy śpiewający raz jeszcze hymn w takcie, bijące w okna szklanki, i ten facet z portugalską flagą na ramieniu, który w końcu się do nas przyłączył i razem dopingowaliśmy za Ramosa…
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A kurwa, to jak ten nasz ostatni wyjazd na derby z Atletico, a facet z tyłu krzyczał że Bale to czołg, a ja wkurwiony "no ale nie no, tamci to chamy, a my to prawdziwe zło!" i ramię w ramię, jak byśmy mieli czekać na kolejne trofeum pod samym Bernabéu... pamiętam te szepty, że "teraz to oni będą płakać", a my stoimy i słuchamy jak nasze serce bije na 180 — bo nie sami kibicujemy, my krew wylaliśmy razem z chłopakami, te same koszulki, te same szaleństwa! no ale trudno, po tym 2018 to każdy z nas ma ten film w oczach: trzy lata, dwa puchary, i ta ogromna siła, że nie ważne co gadają, my jesteśmy LA GALÁCTICA w każdej kibicowskiej wiosce świata! 💪🔴😱
Swoich się nie zostawia.
pamiętacie te rockowe ogłoszenia z głośników na stadionie przed meczami ligowymi, kiedy to jeszcze nie było tych nowoczesnych ekranów ledowych, tylko stare dobry megafony co ktoś na siłę naprawił w warsztacie przy stadionie? akurat byłem wtedy na trybunie północnej, ta co ma numer 4, bo mieliśmy z kumplami umowę z miejscowym hydraulikiem — wpuszczał nas przez drzwi dla pracowników, jak akurat się nikt nie kręcił — i pamiętam jak dzisiaj: kibice zespołu gości, ci zrobieni na niebiesko-czerwono, zaczęli wywijać flagami, a jeden facet, starszy taki, z brodą i koszulką z napisem "Hala Madrid", podszedł do nas i mówi — no niech panowie spojrzą, jak on krzyczy, że "teraz to oni będą płakać". a myśmy się tylko uśmiechnęli do siebie, bo już wiedzieliśmy, że to nie on, nie jego drużyna, a my mamy na plecach ten ciężar dobrego piłkarskiego imienia… i zaraz potem ten sam facet, co minutę temu nas prowokował, podniósł swoją flagę i zaczął machać razem z nami, kiedy wpadał gol C. Ronaldo. no i co? nie płakali? no nie, ale na widowni nagle zrobiło się tak, że wszyscy śpiewali hymn jakby od nowa, a ten gość zatroskany, co jakiś czas potrząsał głową i powtarzał — kurwa, ale jestem wam coś winien… no i dostał od nas piwko, oczywiście, bo kibic to jednak zawsze kibic, nie ważne której strony. za moich czasów kibicowało się nie drużynom, tylko tym ludzkim momentom, które zostają w sercu na zawsze.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ej, no dobra, kurde, ale waszymi opowieściami aż mi się ślinka ciśnie… A ja sobie teraz przypomniałem ten jeden występ w Barcelonie, niech to szlag, musiało być 2017 czy 2018, bo akurat miałem na sobie koszulkę z Robbena i myślałem, że to dobry dzień na picie piwa w knajpie bez okien, co to ledwie było widać, jak grał nasz mecz. Siedzę sobie, otoczony chłopakami z trzech różnych państw, wszyscy ubrani na biało, a kelnerka histerycznie krzyczy, że musi iść podawać drugie danie, bo Barcelona goli i znowu wyprzedza… No to co robimy? Rzucamy sztućcami, krzyczymy jak opętani, że "to jeszcze nie koniec, do cholery!", a jeden facet zza baru, pewnie z jakimś katalońskim korzeniem, patrzy na nas i mówi z uśmiechem: "Okej, okej, ale pamiętajcie — za dziesięć minut to ja płacę wam piwo". No i wiecie co? Pół godziny później jesteśmy już na ulicy, bijemy w garnki własnymi butelkami po piwie, bo tamten mecz to był bardziej ubaw niż futbol, a rano obudziliśmy się wszyscy w jednym pokoju z tym samym tatuażem… ryby. Tylko że nie rybę, tylko rekiny. Bo takie to były czasy, kiedy nie liczyło się nic poza tym, że jesteśmy razem, śmiejemy się w szaleństwie i nikt nie pyta, która to liga, skoro wiemy, że jesteśmy najlepszymi kibicami tej planety! 🍻🔴💥
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.