Kiedy Raków latał jak orzeł, a my łapaliśmy każdy moment chwały wracać!
pamiętam to jakby to było wczoraj, jak ściągaliśmy z autokaru przed stadionem w pucharowym meczu z tamtej strony granicy – sam byłem w czwartej ławce od przodu, tuż przy ulicy, gdzie stare kobiety sprzedawały kiełbaski na ciepło, a radio na straganie grało właśnie żeńsko-żeńsko nie tym głosem co teraz. byliśmy już wtedy blisko finału, nie? no bo przecież finał pucharu polski nie dzieje się co tydzień, zwłaszcza jak się gra z tą biedą za miedzą. i wtedy, na minutę przed końcem – bo ja już myślałem, że to znowu ten sam scenariusz: dogrywka, rzut karny, dramat – nagle sędzia wali w gwizdek, podnosi ręce i daje polecenie do narożnika.
i ten chłop Rasak, chudy jak patyk, wystartował po piłkę jakby mu diabli dusy gonili, a myśmy z tyłu wrzeszczeli tak, że starsza pani z kiełbaskami upuściła całą tacę prosto w błoto. gol? no, uderzenie z półobrotu, na sznurki, bramkarz nawet nie drgnął. wszyscy ci, którzy siedzieli z nami, to było jakby ktoś otworzył butelkę szampana w środku autobusu – histeryczna radość, obejmowanie się, płacze wstydu i dumy. pamiętam jeszcze, jak na trybunie naprzeciwko byli kibice przeciwnika, którzy patrzyli jakby im ktoś splunął w talerz – pewnie myśleli, że to jakaś zagrywka albo oszustwo, ale my wiedzieliśmy: to jest nasz czas, nasze lata, nasze orły z Częstochowy. no, a do dzisiaj jak mija kościół na alei wracam pamięcią do tej chwili, bo tak na prawdę to wtedy poczułem, że Raków to już nie tylko drużyna, tylko coś większego 😄
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Właśnie! W tej samej chwili, kiedy Rasak posłał ten strzał na sznurki, ja byłem w kibicowskiej fajce za bramką, paląc papierosa i kurczowo trzymając w ręku niedopałka bo myślałem, że mnie serce wysadzi! 💪🔥 Widziałem go, jak ten szaleniec odbiera piłkę i już wiem: coś się dzieje. A potem ten ryk – całe boisko nagle zrobiło się czarne od chmur, bo wszyscy naraz wyskoczyliśmy jak jeden człowiek, ja też! Upadłem na kolana, klaskałem w dłonie tak mocno, że jeszcze do dzisiaj mam siniaka na prawej! I wiesz co? Tam, na trybunie, było tyle łez, że mało nie zalały całej Częstochowy 😭 Ale nie dałem rady płakać – tylko krzyczałem "RASAK BÓG" tak głośno, że facet obok mnie musiał się przesunąć, bo trafiłem mu w ucho 🤣 Ten gol to było coś więcej niż gol, to było POCZUCIE, że nasz Raków wreszcie bije się z tymi bogatymi dupkami na serio i NIE MA ZWYCIĘZCY! Do dzisiaj jak idę przez rynek i widzę jego nazwisko na szyldzie któregoś sklepu, to mi się serce ściska – bo to jest NASZ facet, NASZE chwile, NASZA chwała! 🔴⚽
W radości i smutku, do końca z nimi.
no wiesz, ja tam wtedy nie byłem, bo akurat byłem na urlopie w górach z rodziną, ale pamiętam jak dzisiaj, jak do mnie żona krzyknęła „słuchaj, co to takiego?” bo w radio podali „gol Dawida Rasaka w 92. minucie, Raków Częstochowa kwalifikuje się do finału pucharu!” i ja od razu do syna „widzisz, chłopie? to się nazywa gra w końcówce!” a on patrzył na mnie takim wzrokiem „tato, ty chyba oszalałeś, przecież jesteśmy w schronisku!” no ale co tu gadać – przecież to było coś takiego, że jakbyśmy nawet przez radio czuć to szaleństwo, te emocje aż huczały w powietrzu. i później wieczorem, jak już wróciliśmy do pokoju, to na YouTubie obejrzeliśmy ten moment i syn mnie pyta „tato, a ty gdzie wtedy byłeś?” a ja mu na to „synku, ja w domu byłem, przy stole, z piwem w garści i sercem w gardle” i wtedy to uderzyło – że wcale nie musiałem być na stadionie, żeby czuć, że ten gol należy do nas wszystkich, że to nie jest tylko jeden chłopak, co strzelił na sznurki, tylko że to nasze wspólne święto, nasza wiara w ten klub, co wreszcie oderwał się od ziemi i lata jak orzeł. i jeszcze myślę sobie: bo ja wiem, może dlatego do dzisiaj, jak idę ulicą i widzę jakiegoś dzieciaka z opaską na ręce albo młodzież w niebieskim, to mnie serce skacze – bo oni nie wiedzą jeszcze, jak to jest, gdy się naprawdę czuje, że Raków to coś więcej niż dwanaście tysięcy, które biją w bęben.
Te chwile z tym golem Rasaka, pamiętam dokładnie – nie tylko dlatego, że sam wtedy w autocarym podkradłem sobie piwo od sąsiada (hehe), ale dlatego, że to był czas, kiedy Raków naprawdę fruwał. Tamta drużyna to była siatka zawodników, którzy biegali jak oszalali, grając na najwyższych obrotach do samego końca, nawet jeśli nogi ledwo ich niosły. Jakby mieli wkręcony motor w tyłku i nic ich nie mogło zatrzymać. Pamiętasz, jak Jóźwiak latał po prawej obronie jak na skrzydłach? Albo jak Lederman wślizgami odbierał piłki tak, jakby robił to od zawsze? To była maszyna do walki, której nic nie było straszne – ani te potężne zespoły zza miedzy, ani nawet własne wahnięcia formy.
Dzisiejszy Raków też jest mocny, ale inny. Tamten zespół to był szał, teraz mamy zespół, który wie, jak wygrać bez tych szaleńczych emocji. Trenerzy pouczyli się ze starych błędów – tamci biegali, teraz biegają, ale mądrzej, z głową. Tamci grali sercem do ostatniego gwizdka, dzisiejsi wiedzą, kiedy odpuścić, kiedy zregenerować, kiedy wstrzymać kontrę. Tamten gol Rasaka to był cud, dzisiejsze zwycięstwa często są wynikiem dobrze ułożonej gry, a nie nagłego olśnienia.
Ale nie oszukujmy się – tamtej drużyny już nie ma. I nie chodzi o to, że ta jest gorsza. Po prostu to inny charakter. Tamci latali jak orzeł, bo nie mieli nic do stracenia. Dzisiaj Raków ma nazwisko, ma historię, ma kibiców na całym świecie – i to się czuje. Grają spokojniej, ale pewniej. Tamten zespół walczył o każdy punkt jak o ostatni, dzisiejszy wie, że walka trwa dalej, nawet jak punkty idą łatwiej.
Pytanie tylko, czy dzisiejsze pokolenie kibiców poczuje kiedyś tę magię, którą my mieliśmy tamtej wiosny? Bo przecież nie wystarczy wygrać – trzeba jeszcze sprawić, żeby serce biło szybciej, kiedy się słyszy nazwisko Rasaka w radiu. ❤️🔴⚽
Kontekst bije gołą liczbę.
hahah no kurwa, a ja sobie wtedy myślałem, że moja babcia mnie ochrzani jak nie wrócę na czas na kolację, bo akurat to była niedziela i u nas w domu obiad to święto — pierogi z serem i cebulką, zapowiedziane na 14:30 na Nibylandzie. no ale kiedy usłyszałem ten ryk zza okna, wyskoczyłem z butami w nogach, złapałem rower i walnąłem pedalami jakby mi ktoś podpalił portki 🚴♂️💨 na szczęście akurat akumulator w moim starym teliku padł, więc nie miałem jak posłuchać na żywo, tylko musiałem jechać na aleję, żeby zobaczyć na własne oczy, co się dzieje! no i trafiłem na grupę dziadków, co grali w karty przy stoliku z piwem — jeden z nich, pan Henio, na mój widok: "a ty co, chłopcze, uciekasz od obiadu?!" a ja mu: "panie Heniu, Raków strzelił gol w 92. minucie i puchar idzie do Częstochowy!!" i facet wstał tak gwałtownie, że stolik się zatrząsł, a karty poleciały w błoto. Wkurwił się nie na żarty, że mu przerwałem partię, ale jak tylko usłyszał, to rzucił karty na blat i krzyknął: "kurwa mać, idziemy na stadion! Za darmo!" i poszedł się przebierać w swoją czerwoną kurtkę kibica, co to ją nosi od 1989 roku 🤣 teraz jak spotykam go w sklepie, to zawsze mówi: "pamiętasz, jak poszedłem na ten mecz tylko dzięki tobie, debilu jeden?" a ja mu: "panie Heniu, to był puchar polski, nie tańcowałyście w babci, a ja tylko pomogłem zaufać swojemu instynktowi!" i obaj się śmiejemy jak głupie 😂 no ale serio, tamtej wiosny Raków to latał jak orzeł, bo wszyscy naokoło latali razem z nim — nawet te cholerne gołębie na placu Daszyńskiego 🕊️⚽
Potrzymaj piwo.
No wiecie, jak czytam te wszystkie wspomnienia o tym golem Rasaka to aż mi się uśmiecha twarz, bo coś podobnego doświadczyłem... tylko że ja byłem wtedy w Zabrzu, kompletnie nie na meczu, a przed telewizorem z kolegą. Wziąłem piwo z lodówki, usiedliśmy, meczu jeszcze nie było wiadomo jak skończy się – i nagle komentator krzyczy "GOL RAKÓW!"... Serce aż podskoczyło, chociaż niby nic mnie nie obchodziło ten klub! Mój kolega, który normalnie wygłupia się zawsze, nagle rzucił piwem na stół i krzyknął "JEBACIE TO PIWO, IDZIE PUCHAR DO POLSKI!" i tak naprawdę pierwszy raz w życiu czułem, że coś we mnie szarpnęło... jakby ten Raków to nie była tylko jakaś drużyna, tylko coś co się dzieje wszędzie naraz. Od tego momentu co niedziela sprawdzam skład, kibicuję, no bo da się polubić takie emocje, prawda? Jakby ktoś komuś zapalił ogień pod dupą i teraz człowiek chce się grzać 😅 Bo tak naprawdę... to fajnie mieć w swoim życiu coś co cię rusza w ten sposób, nie?
Nowy tu, chłonę wiedzę.
pamiętam to jakby to było wczoraj, jak ściągaliśmy z autokaru przed stadionem w pucharowym meczu z tamtej strony granicy – sam byłem w czwartej ławce od przodu, tuż przy ulicy, gdzie stare kobiety sprzedawały kiełbaski n…
@Pogon_1913 no wiesz, ty to masz pamięć jak słoń, bo ja bym nie powiedział, że tamte czasy to były wczoraj – u mnie to było jeszcze za komuny, kiedy autokary z kibicami to były same puszki na kółkach i co drugiego faceta woziłoby się na pace. Ale tej chwili z Rasakiem nie zapomnę, bo akurat byłem wtedy w Częstochowie na targu, pod halą targową, i akurat szedłem z workiem ziemniaków, kiedy usłyszałem ten ryk z głośnika przy straganie z kapustą. A tamten sprzedawca, stary Dziadek Władek, miał radio na baterie i akurat nadawali ten mecz – i on krzyknął „gol!”, a ja mu aż worek upuściłem, bo ziemniaki posypały się na bruk. Co gorsza, trafiły akurat staruszkę idącą z psem, która zaczęła wrzeszczeć, że niby teraz mam jej je pozbierać – no ale co tam, ja też krzyczałem jak opętany, bo to był jeden z tych momentów, kiedy naprawdę czuło się, że Raków to już nie ma co porównywać z nikim innym. A kiełbaski, no cóż – stare baby sprzedawały je wtedy na 2 złote, a dzisiaj się pytają „gdzie tamte czasy” i mają rację, bo jakie tam 2 złote, jak teraz za kiełbaskę to cię policja zatrzyma, żebyś nie jadł.