Kiedy Rzym płakał, my śpiewaliśmy 'Allez Paris' w niebie!
a no pamiętam ten wieczór jakby to było wczoraj – siedzieliśmy z kumplami przed telewizorem w barze na warszawskiej praskiej, szklanki piwa były jeszcze prawie pełne, a na ekranie już Barcelona wpadła w naszą sieć cztery razy. że tyle razy w ciągu meczu mieliśmy momenty "teraz to będzie gola", nie, zero, gołe zero, a my gapiliśmy się na siebie i nic nie mówiliśmy, tylko powoli dopijaliśmy i patrzyliśmy, jak tamten jeden facet z kamerą zagląda do oczu zawodnikom, którzy mieli wargi zapadnięte jakby im ktoś wszystkie żale życia wsadził do gardła. a na trybunach na stadionie nasza chmara szalała tak, że aż się słyszało echo po całym paryskim niebie. to było coś więcej niż mecz – to było jakby ktoś wreszcie powiedział barcelończykom "dosyć" raz na zawsze, i to my im to powiedzieliśmy. potem wracaliśmy ulicami jakbyśmy mieli skrzydła, a przy fontannie przy placu miasta wszyscy śpiewali „al-lez pa-ris” tak, że policja musiała przyjść prosić o ciszę, ale nikt nie chciał przestać. to były czasy, kiedy kibicowanie nie było żadnym biznesem, tylko czystym uniesieniem. 😄
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
kurde co za powiew z tamtej nocy widać teraz kiedy to piszę... byłem wtedy na samym szczycie tej górki w Wersalu, z kumplem z mieszkania coś tak 10 km od stadionu, fajka u niego i mały czajnik bo jego stary zanim wyjechał na nocną zmianę zostawił herbatę rumiankową... akurat radio grało a myśmy nie mogli się doczekać bo wiadomo że coś się święci jak przeciw Barcelonie. no i nagle - pierwszy gol przez radio, a ja tak od razu "kurwa, idzie impreza!" i już poleciałem z tymi dwoma kubkami herbaty prosto na trawnik przed blokiem, a koleś za mną wyskoczył z okna na piętrze tylko w skarpetach... i tu zaczęło się szaleństwo, bo wszyscy sąsiedzi wylegli, każdy z butelką czegoś, a ten jeden facet z trzeciego piętra co zawsze na nas narzeka krzyczał razem z nami "Allez Paris" i rzucał butelki w powietrze jakby to były konfetti... potem dołączyli nawet ci z co drugiego bloku, a ja tak sobie myślę - cholera, chyba wszyscy w promieniu 5 km kibicują dziś PSG... i to było mocniejsze niż cokolwiek, bo nie była to stadionowa histeria - to była prawdziwa miłość kibiców do klubu, która wylewała się przez ulice prosto do nieba. 🔥🍻💙
a co powiecie, że tamtej nocy w paryskich knajpach nie tylko my śpiewaliśmy 'al-lez paris', ale nawet sam barman w tej jednej spelunie przy rue de la Roquette, facet co zwykle odgrażał się że to my jesteśmy odpowiedzialni za zaniedbanie jego baru, to on nagle włączył nasz hymn na cały regulator i zaczął tańczyć na ladzie tak, że butelki w szafce pod nim zaczęły drżeć jakby dobrała im się cholera... i kiedy wyszliśmy znowu na ulicę, to nie tylko my byliśmy pijani zwycięstwem, ale i całe miasto, bo nawet te stare francuzki z okien rzucały nam kwiaty i krzyczały "bravo les parisiens", a jeden z tych gości co sprzedawał śledzie na rogu, co zwykle na nas cmokał, to podszedł i powiedział „dziś szampan nie w cenie, bierzcie tę butelkę gratis, ale dopiero jak pijecie ten toast z nami”... no i jak mieliśmy nie się wzruszyć, skoro nawet ci co nas nie lubią zaczynają rozumieć, że nasza miłość do PSG to coś świętego, czego nie da się objąć ani policzyć... 😄
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Boże, patrzę na te wspomnienia i myślę — dzisiaj by się nie rozpoznać, prawda? Tamta ekipa z 1994 to byli faceci, którzy grali jak jeden człowiek, ale taki, co nigdy nie podnosił ręki do nieba po golu, tylko walczył do ostatniego gwizdka. teraz? Teraz mamy artystów, którzy potrafią godzinę stać w połowie boiska i uśmiechać się do kibiców, podczas gdy przeciwnik wykańcza kontrę i strzela z pustej. tamta drużyna nie miała czegoś takiego jak „strategia oparta na posiadaniu piłki”, po prostu wiedzieli, że jak nie wejdziesz w nich butami od samego początku, to nigdy nie dasz rady.
Pamiętacie Djetou, Guérina, Le Guen? Tamci chłopcy potrafili przegrać mecz od razu, ale jak ktoś zadał im pytanie w szatni, to nawet nie drgnęli — bo wiedzieli, że jutro będzie kolejna szansa. dziś mamy zawodników, którzy lądują w mediach w 15 minut po meczu, jakby od tego zależało ich życie, a następnego dnia nie wiedzą, która noga do czego służy. tamta drużyna nie bawiła się w fejsbuka, po prostu wciskała Barcelonie kosę pod same żebra i szła grać dalej.
I nie mówię, że ta aktualna nie potrafi walczyć — ale tamta robota była czysta, bez szmeru, jak dobry bęben w orkiestrze. dzisiaj często słychać echo, że coś jest nie tak, tylko nikt nie wie co — my mieliśmy tamtej nocy cel, który każdy rozumiał, nawet ten facet z kamerą, co zaglądał zawodnikom w oczy. wszędzie gdzie się tamci pojawiali, zostawiali po sobie ślad, a nie bajkę do Instagrama.
Co więcej, kibice z tamtej epoki to byli twardziele — zarażali się wzajemnie, a nie liczyli, ile razy dziennie ktoś wyciągnie flagę. dziś mamy fajne show na trybunach, ale tamci naprawdę płakali, kiedy tracili gola, i naprawdę śmiali się, kiedy wrzucaliśmy czwórkę Barcelonie. tamto nie było widowisko — to było coś, co zostaje w sercu na całe życie, a nie na pięć minut w telewizji.
Więc tak, porównując — tamta drużyna miała duszę, której dzisiejsza próbuje dorównać, ale wciąż jeszcze goni. i to nie jest krytyka, tylko po prostu przyznanie, że dziś kibicujemy innemu typowi piłkarzy: sztuki nieosiągalne, technika nie do powtórzenia, ale czasem brakuje tej szorstkiej, prowincjonalnej dumy, która sprawiała, żeśmy grali nie dla pieniędzy, tylko dla chluby noszenia barw. tamto to był club de cœur, a nie club de business. i właśnie dlatego, mimo iż dzisiaj jesteśmy lepsi pod wieloma względami, to tamten wieczór wciąż bije wszystkie możliwe statystyki.
Najpierw policz, potem się spieraj.
No ale patrzcie co mi się przypomniało jak ostatnio grzebałem w starej szafie u teścia... trafiłem na jego dziennik z tamtych czasów i akurat przy 20 maja 1994 miał wpis: *"Dziś PSG wygrało 4:0, ale przez pomyłkę napisałem 'Barcelona 4:0 PSG' bo ręka mi drżała tak że długopis latał po kartce. Później poszedłem spać z flagą na szyi i obudziłem się z papierem toaletowym w miejscu oka jakbym przegrał wybory. Kibice? U mnie pod blokiem trzy budy się pozrywały, bo ktoś pomylił okablowanie przy balkonowych lampkach i zrobiło się ogólne oświetlenie urodzinowe. Policja przyjechała, ale jak zobaczyli nasze transparenty 'Bóg jest piłkarzem PSG' i ten jeden facet w stroju Świętego Mikołaja co machał piłką jakby to była różdżka, to odeszli się napić. A ja? Ja do tej pory mam w portfelu bilet na ten mecz jako dowód, że kiedyś byliśmy szaleni i nikt nie pytał o stan konta. Teraz sięgam po niego tylko jak chcę przypomnieć sobie, że w Paryżu było kiedyś miejsce, gdzie ludzie nie myśleli 'gdzie tu jest exit', tylko 'gdzie tu jest następna szklanka'."*
I tyle, kurtyna! 🤣🍻💙🔥
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.