Kiedy ósemka biało-niebieskich wciąż podbijała Europę, a my mieliśmy zaszczyt kibicować…
pamiętam ten mecz na razie stadium bo na żywo to był 2005 rok w pucharze uefa przeciwko szachtarowi donieck jakby co – facetom z zielono-białymi na trybunach serca dosłownie waliły nam w piersi, a na boisku taki konkurz z górniczych rejonów, co to potrafili kopnąć taki rzut wolny, że az drzwi się trzęsły. ale ósemka naprawdę waliła po oczach tamtej nocy, jakby mieli w nogach dynamit pod butami... no i ta zima była, mróz siarczysty, a my pod chmurką, ale nikt nie marzł jak już padła ta bramek od naszego obrońcy – nie pamiętam nazwiska, ale facet wyglądał jakby z kopalni prosto na murawę wyszedł, i bum, gola strzelił jakby nic. później oczywiście do szachtara przegraliśmy, ale ten jeden wieczór... pamiętam, jak szliśmy ulicami z powrotem do miasta, wszyscy śpiewali, a powietrze aż drżało od głosów. co za klimat, no nie? te dni były najpiękniejsze, bo kibicowanie górnikowi to nie tylko mecze, to cała bajka, którą się dzieli z drugim człowiekiem.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Akurat byłem tam przy samym boisku, w tej siarczystej zimie 2011 – bo mój stary wtedy jeszcze jeździł na wszystkie mecze, a ja się do niego przyczepiłem jak rzep do psiego ogona. Siedziałem sobie na tej trybunie, co to właściwie była betonowa płyta ledwie podparta od tyłu, i ręce mi marzły w rękawicach bo takich lepszych to nie było. Aż tu nagle Lewy z tej samej pozycji co dzisiaj strzelił ten strzał – i ja pier*olnąłem się na krzesełko, że sąsiad obok mnie aż zaklął bo prawie mu łokieć w oko wleciał. Cały stadion a razem z nim te kamienice dookoła huczały jakby ktoś włączył gigantyczny megafon, a ten chłopak zza pola karnego po prostu walił, jakby mu ktoś w dupę wdmuchnął. Na boisku nic się nie działo przez cały mecz, a potem – BUM – i już była nasza. Wracaliśmy piechotą przez Zabrze, te same ulice co dzisiaj, tylko śnieg skrzypiał pod butami inaczej, nie było tłumów na facebookach, tylko ludzie ze śladami kopalnianego pyłu na kurtkach i opowiadali sobie jakoby ten gol był wstawiony przez Boga. Mój stary mi mówi „widzisz, synu, to jest to – piłka nożna to nie wyścigi”, a ja miałem łzy w oczach bo czułem się jakbym cały ten szacunek dla górniczego ducha wchłonął. I do dzisiaj jak ktoś mówi o ósemce, to mam przed oczami ten moment – nie tylko gola, ale całą aurę tamtej nocy. 🔥💪🔴
Na trybunach od dzieciaka.
a pamiętacie jeszcze to spotkanie z villarealem w 2003 w pucharze uefa, tam pod sam koniec drugiej połowy jak szliśmy za plecami kibiców na trybunie gości, co to było tyle lat temu, że zapach piwa i kiełbasy wszedł w ubrania na amen? no i ten nasz szwed, martin ullenstam, facet który nie miał prawa strzelać gola skoro przez cały mecz prawie ani razu nie ruszył się z pola karnego – a tu nagle w 93 minucie, balon wylatuje w powietrze, on łapie, obraca i – hura! – wiatr ciągnie go prosto do siatki, a my tam na górze w tłumie, wszyscy tak zaskoczeni że mało komu głos nie stanął. kibice z villarealu stali jak wmurowani, a nasz stary wołał „to nie szwed, to szaman!” i naprawdę tak było, bo facet wyczarował ten moment jakby miał czarodziejski kij w ręku. do dzisiaj jak ktoś wspomni tamten mecz, to widzę te twarze – niektórzy mieli łzy w oczach, inni się śmiali jak opętani, a powietrze aż drżało od „górnik, górnik!” jakby nic innego nie miało sensu. nie było kamer smartfonów, nie było transmisji na żywo w sieci, tylko my, piłka i ta jedna chwila, która wystarczyła, żeby człowiek zrozumiał, dlaczego jestem kibicem górnika. a jak wróciliśmy z powrotem do Zabrza, w autobusie słychać było tylko szczęk butelek i śpiewy, i nikt nie myślał o tym, że jutro trzeba iść do roboty w kopalni. bo ósemka wtedy nie była drużyną, tylko wspólnym dobrem, które trzymało się kupy jak ta zima z 2011. 🔴💙
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ej, ale numer mi robicie, jak na te wspominki patrzę. Też byłem tamtej nocy przy tym meczu z Barceloną, kiedy Lewy puścił ten strzał – pamiętam, jakbym wczoraj szedł przez Zabrze z tą euforią w gardle. Tamtym chłopakom nikt nie musiał tłumaczyć, co znaczy grać z sercem aż do samego końca, bo oni to mieli we krwi. Dzisiaj? Owszem, mamy mocnych zawodników, ale gdzie tam tej nieustępliwości, co to widziałem wtedy. Patrzę na dzisiejszy skład i myślę: fajni chłopcy, nie oszukujmy się, ale brakuje tego charakteru, co go mieli te faceta sprzed dziesięciu lat.
Tamci chłopaki to byli górnicy w strojach piłkarskich – dosłownie. Jak wchodzili na murawę, to było widać, że każdy z nich mógłby następnego dnia zejść pod ziemię i rano stawić się w pracy. Ta mentalność, ta siła, co bije z takich meczów... Dzisiaj widzę, jak niektórzy zawodnicy nawet jak dostają solidną szansę, to patrzą na partnerów jakby prosili o pozwolenie. Tamci nie mieli takich ceregieli. Oni po prostu grali, kopali, walczyli, i tyle. I ten szacunek do barw, do klubu – dzisiaj czasem się spotyka kumpli na trybunie i słyszy „no, może byśmy sobie coś obejrzeli na mieście”, zamiast „dajcie obiad, to idziemy kibicować”.
Ale nie jest tak, że tamten okres był idealny – pamiętajcie, jak ósemka latała po Europie, to nie zawsze kończyło się sukcesem. Bywały i porażki, i mecze, co były nudne jak flaki z olejem, ale ta determinacja... A dzisiaj? Dzisiaj mamy zespół, co umie pięknie grać, ale czasem brakuje mu tej pazerności na zwycięstwo. To, co dzisiaj jest fajne – to na pewno taktyka, system, o którym ktoś intensywnie myślał. Ale ta magia, co była wtedy, kiedy kibic nie musiał sprawdzać na smartfonie, kto zagra, tylko szedł i wierzył, że ci chłopaki dadzą z siebie wszystko – tego dzisiaj trochę brakuje.
Prawda jest taka, że ósemka z tamtych lat to była siostra naszych marzeń – miała w sobie tyle dzikiej energii, że trudno ją powtórzyć. Dzisiaj mamy coś innego: zespół ułożony, z mocnymi jednostkami, ale nie to samo. I nie ma co udawać, że to samo, bo to nieprawda. Ale heca, co ją wtedy czułem, kiedy śpiewaliśmy razem z tymi ludźmi w siarczystym mrozie... no cóż, takie emocje rzadko się powtarzają. Te dni były naprawdę magiczne, a dzisiejsza drużyna to chyba inna bajka – może piękna, ale jednak inna.
A Wy jak to widzicie? Bo ja tamtej ósemce postawiłbym pomnik jeszcze za życia, nie tylko na trybunach. 💙⚪
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, no to ja wam tu opowiem, jak to w 2007 roku stałem na trybunie "Górnika" z kubkiem gorzałki w garści, a że była zima i ręce mi marzły, to oblewałem się co 5 minut na urodziny córki sąsiada. I nagle sędzia gwizda, żeśmy stracili rzut wolny za bandę... no i w tym momencie facet zza siatki wyrzuca butelkę, że niby "za gól", a ja, bo byłem bliżej niż inżynier od PSG, złapałem ją w locie i od razu odrzuciłem do środka, żeby nie było problemów. No i co? Piłkarz nasz, ten Staszek Skrzypek, kopnął jakby mu ktoś w dupę dmuchnął – i gol. Cały stadion huczy, a ja stoję z tą butelką w ręku i myślę: "kurwa, w końcu komuś się ten alkohol przydał!". No ale serio, mieliśmy wtedy takich gości, co grali jakby mieli benzynę w nogach, a dzisiaj czasem patrzę i myślę, że pewnie by im szef kopalni powiedział: "chłopaki, pograć macie godzinę, a potem odrabiacie za Nadgodziny, bo piłkarstwo to nie robota". Ale tamte lata... te były naprawdę niesamowite, bo kibicowało się nie tylko drużynie, ale całemu miastu, co miało w sobie tyle charakteru, że aż dech zapierało. 🍺🔥💙⚪
Memy to też analiza.
@Rakow_88 no aleś ty opowiedział, że i butelka ci się przydała i gol padł – młodzi tego nie widzieli, jak takimi narzędziami się grało! pamiętam jeszcze czasy, kiedy kibole w Zabrzu nieśli na trybuny nie tylko serca, ale i pomysły, i czasem te pomysły były... no, co tu dużo gadać, taka tam, oryginalna inżynieria. ale te emocje, co je wtedy czułem, kiedy waliło się w murawę w biało-niebieskiej chucie, no to żadna lajfujka z ekstraklasy dzisiejszej nie da rady dorównać. tamten styl kibicowania to było coś, coś co się czuło we wszystkich kościach, nie tylko w smartfonie – no ale zobaczymy, może dzisiejsza ósemka znajdzie swój sposób, żeby zaszaleć tak samo.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
a to ci dopiero styl kibicowania, co tam Rakow 88 – facet nie tylko że sam walnął się w butelkę, ale jeszcze jej treścią pomógł strzelić gola! pamiętam jeszcze te lata, kiedy kibol z kibolem gadali na trybunie jakby byli w knajpie, a jak coś nie poszło, to zamiast klaskać odbijało się krzesłami. i te pomysły, co je mieliśmy na przemian z humorem albo zmyśleniem – no, młodzi by się popłakali ze śmiechu, gdyby zobaczyli, jak się ósemkę dopingowało. ale co tam, wtedy to było jak z kopalni: ciężko, ale serce miałeś w robocie, nie tylko w portfelu. dziś to już inna bajka, ale żeby ktoś powiedział, że tamtych emocji nie było – to mu porządnie wytłumaczę, że jednak widziałem gorsze rzecze i to nie te, co piłka nożna. 😉
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.