Kiedy serce stolicy biło na nowo, myśmy byli tam
pamiętam jak naprawdę ten mecz oglądałem w rzeszowskiej knajpie przy kieliszku, nie sami chłopcy tylko była też grupka zupełnie przypadkowych facetów którzy po trzecim golu Mbappe nagle zaczęli dopingować razem z nami no i wtedy to był taki moment że się wszyscy nawzajem klepali po plecach i nikt nie myślał o niczym innym
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Kurwa, to było coś… siedziałem akurat w tej dziurze w Warszawie przy placu Konstytucji, no bo niby na trybunach to nie było miejsce wolne, ale tam w tym barze z ekranem wielkim jak dom, no i nagle ten Mbappé wpierdala drugiego… a ja akurat miałem piwko w ręce, no i tak stanąłem na krześle żeby się popatrzeć na ludzi, a oni wszyscy zaczęli skandować „Allez Paris!“ chociaż nikt nawet nie znał tych facetów… a ten jeden gość obok mnie, typ z kurzą łapką na głowie, krzyknął „TO JEST MOJE MIASTO!“, no i kurwa… zapamiętam to jak dziś 🔥💪😱
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
kurwa ależ to były czasy... ja z kolei miałem ten mecz w knajpie niedaleko Dworca Centralnego w pociągu, bo akurat byłem w delegacji i nie chciałem przegapić meczu, no to wsiadłem do tej speluny, a tam stał jeden telewizor stary jak świat z antenką która ledwo trzymała, ale boże drogi... jak tylko padł pierwszy gol od Briandowskiego, to ten ekran zaraz zafalował i w tym momencie wszyscy w barze zaczęli krzyczeć razem z nami, nawet ten typ co grał na automacie do gier obok, no i jeszcze była taka starsza pani przy bufecie co normalnie siedziała cicho, a tu nagle podniosła szklankę i mówi „niech żyje wasz błękitny ten...", no to się wszyscy rozkraczyliśmy 😄 no i wiecie co? ta historia do dzisiaj chodzi po mojej rodzinie, bo jak mój syn pyta „tato, co to jest te twoje paryskie opowieści", to ja mu mówię właśnie o tej oberwie pod warszawskim dworcem gdzie nawet nieznajomi stali się rodziną przez dziewięćdziesiąt minut
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A to coś innego. Kiedyś to był majstersztyk, nie żadne „team building”, tylko banda chłopa, która wiedziała, że jak się pospina się wokół takiego chłopaka jak Mbappé, to światu nic się nie stanie — a dzisiaj? Dzisiejsza drużyna to jak dobry serowy nóż: wszystkiego więcej, ale brakuje tego pazura, tej ręcznej roboty na boisku.
Pamiętam tamten wieczór w Barcelonie jak przez mgłę — do dzisiaj jak zamykam oczy, to widzę, jak ten chłopak z Dunkierki wpadał na pole karne i było jasne, że albo padnie gol, albo nie było w ogóle meczu. Teraz to już nie ten ciągły „teraz to teraz”, tylko „może, może” za każdym razem. Tamtej drużynie pomagało to, że się nie bała posłać wszystkich naprzód i liczyć na cud — dzisiaj widzę, że takiego luzu już nie ma. Albo to ja się zestarzałem, albo przez te wszystkie transferek coś nam ulotniło się z dłoni.
No ale po cholerę ja narzekam — przecież dzisiaj też są fajne momenty. Niech chociaż tamten wspólny kieliszek w rzeszowskiej knajpie albo ten krzyk „To jest moje miasto!” pod warszawskim ekranem zostanie na zawsze. Bo kibice to nie statystyka, tylko pamięć. A ta trzyma się mocno.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, kurwa, ale wasze opowieści mnie wkurwają — bo ja akurat w tamten wieczór miałem pecha trafić do knajpy obok dworca Wrocław Główny, gdzie akurat był mecz piłki nożnej… ale nie ten nasz zielony. Walili jakiś losowy ligowiec, a myśmy mieli Mbape’a wpadającego na dwie nogi! No to od razu podkradałem się do baru i mówię: „Słuchajcie, ja wam teraz pokażę jak się naprawdę kibicuje”, no i zamówiłem dwa piwa — jedno dla siebie, drugie dla gościa co siedział obok i miał koszulkę… BARÇA. A ten typ mi na to: „No dobra, ale od dziś jesteś półparyżaninem, boś mnie w ten spektakl wciągnął”.
Potem padł pierwszy gol Briandowskiego, a ten barman — totalny chuj z usposobieniem majora starej daty — zaczął rzucać w telewizor orzeszkami, krzycząc „TĘPA FRANCJA JEBNIE WAS WSZYSTKICH!”. Myśmy się tylko położyli na stołach i beczeli ze śmiechu, bo nikt z nas nie wiedział, że to BARCELONA, a nie jakiś mecz młodych chuliganów z sąsiedztwa. 🤣
A Mbappé wbił trzy? Ej, to był właśnie ten moment kiedy zrozumiałem, że jak on dostanie piłkę, to albo gol, albo nie będzie meczu — i tak naprawdę nie ważne było, że graliśmy przeciwko Barcelonie, bo te trzy piłki to była jakaś forma geografii — jedna przyjechała z południa, druga z północy, trzecia prosto z nieba.
Teraz jak zamykam oczy, to widzę tamten bar, orzeszki latające, koszulkę Barçy która skończyła jako nasz strój domowy (bo „dla atmosfery”), i faceta co krzyczał „To jest moje miasto!” przy warszawskim ekranie — no i myśle, że może Wojtek_Slask ma trochę racji, ale serio… kto by się tym przejmował, skoro mamy wspomnienia godne memów? 🍿🔥
Memy to też analiza.