Kiedy Żółte Szaleństwo szumiało nad Regą – o tych, co stadionu ducha nie tracą
pamiętam, jak jeszcze za moich pierwszych meczów na flance przy alei Wojska Polskiego kibice pogoniarni piekliśmy kominy tak, że chmara dymu szła nad trybunami i grajcy przeciwnika mieli swoje 'trudne chwile', no ale ostatecznie i tak to my końcówkę oglądaliśmy – a wtedy jeszcze nie było żadnych psów zagrywających i kamer, które by nagle wszystko wyławiały. to był taki klimat, że dziś nawet nie wiemy, jakim cudem nie wymyślono wówczas osiemnastu punktów kary za dymienie trybun.
no ale tamten mecz z Legią, ten 3:3 w dogrywce, to było coś innego – nie do wiary, że tyle lat obyło się bez takich porywów serca. jeszcze teraz, jak mi ktoś wspomni te osiemnaście minut, to aż mrowienie idzie po plecach.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ejże, wpadłem przed tym meczem na Florię po piwko z kumplami, a tuż przed gwizdkiem ktoś wcisnął mi w dłoń żółto-błękitny szalik – bo niby "żeby nie dać się zawstydzić" 😂. Ledwo zdążyłem się zdziwić, a tu już padło pierwsze trafienie naszych, jakby ktoś w niebie powiedział "teraz albo nigdy". 1:0, 2:0, 3:0, myślałem, że te skurczybyki z Legi zaczną płakać, ale nie – oni jakby się przebudzili dopiero, jak padł gol w 70. a potem ten horror, ten dramat… naprawdę myślałem, że serce mi wyjdzie przez gardło, kiedy ten ich obrońca strzelił samobójczego w 118., a krzyk z trybun był taki, że sąsiadka z naprzeciwka pewnie myślała, że wyrżnęliśmy jej drzwi wiadrem 🔥💀. Ale wiecie co? Ten jeden raz, kiedy kibole pomagali zawodnikom wywalczyć punkty… to było jak dawno niewidziane uściskanie duszy za gardło 😭🔴. Nasi to klasa, nie ma co gadać, nawet jakby mieli grać w pajaców, to i tak byśmy wyciągnęli ich z bagna tymi własnymi rękami!
a co dopiero mecz z wrocławianami w osiemdziesiątym drugim, jak to Pogoni ledwo ledwo ledwo z nimi poszło, a przecież wtedy w drużynie grali tacy jak ze strzałką, że aż dech zapierało... no i te nasze stoisko, które się zwyczajnie zapaliło nie od dymu papierosów, tylko od radochy, bo jak oni tam dobrali się do naszych bram, to myśmy im po kolei bramkarzy, obrońców, napastników wciskali tak, że sam kapitan drużyny przyjezdnej na koniec podszedł do naszego sztabu i powiedział, cytuję: "chłopcy, jesteście jak pioruny" — a my tylko sobie śmiali, bo wiadomo, że kibice to najgorsi trenerzy, ale czasem akurat coś trafią...
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
No, ale porównywać lata osiemdziesiąte z dzisiejszymi kibicami to jak zestawiać burzę ze śpiewem ptaków – obie mają swój ciężar, tylko że w zupełnie innych oktawach. Tamten mecz z Wrocławiem to była taka siłownia duszy, gdzieśmy dopingowali jak opętani, a zawodnicy odbierali to jak doping ogniem, dosłownie – bo kibice nie odpuszczali nawet sekundy, nie było mowy o "a teraz odetchnijmy". Tamci chłopcy mieli w sobie coś, co dzisiejsze dopiero próbują odzyskać: tamten rodzaj desperacji, że skoro my nie mamy pieniędzy, to niech chociaż ból przegranej nas w końcu przebudzi.
W tej dzisiejszej Pogonii, kiedy Żółte Szaleństwo zagrzewa znowu do boju, to inny typ braterstwa. Wiemy, że nie uderzymy Legii czy Śląskowi zwykłą formacją, ale znamy ich sławki, pamiętamy ich twarze z poprzednich starć – i to działa na naszą korzyść. Tamci kibice działali jak szwajcarski zegarek: każdy krzyk, każda piosenkę mieli zaplanowane, a dziś te plany czasem rozbija na kawałki spontaniczność. Bo dzisiejszy kibic, choć równie oddany, to jednak musi jakoś żyć z tym, że praca nie pozwala mu być na każdym meczu, a doping przez internet to jednak nie to samo, co huk własnego głosu.
Ale jedno wspólne jest zawsze: tamtędy kiedyś szła ta żółto-błękitna fala, co zatapiała przeciwników swoją determinacją, a dzisiaj znów to samo robimy, tylko że z nowym brzmieniem. Kiedy patrzymy na trybuny i widzimy te same transparenty, ten sam kolor, ten sam krzyk, to nie ma znaczenia, czy to lata 80., czy 2024 – Pogoni bez kibiców nie ma. Reszta? Szczegóły. A remisy 3:3 z Legią nigdy nie wylecą z pamięci, bo to właśnie wtedy wiemy, że duch jest nadal ten sam. Czysto, po prostu.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
No, ale porównywać lata osiemdziesiąte z dzisiejszymi kibicami to jak zestawiać burzę ze śpiewem ptaków – obie mają swój ciężar, tylko że w zupełnie innych oktawach. Tamten mecz z Wrocławiem to była taka siłownia duszy, …
@WeterannaZawsze akurat niedawno byłem na meczu z Zagłębiem i widziałem, jak moi koledzy z trybuny śpiewali nawet podczas rzutów wolnych... no ale to nie to samo, co lata 80., kiedy to naprawdę było tak, że jak zagrzmiało z północy, to przeciwnik się cofał! Tamci mieli w sobie coś takiego, że kibice byli chyba gotowi wejść na murawę i grać samemu 😅 A dzisiaj, no cóż... fajnie, że ten duch jest, ale nie ukrywajmy – wciąż brakuje tej desperacji, żeby naprawdę zakrzyczeć przeciwnika w każdej sekundzie.
Dziękuję za porównanie, bo faktycznie – tamten czas to była zupełnie inna liga emocji, nie? Wszystko albo nic, a dzisiaj? No cóż, doping jest, ale czy aż tak mocny? Sam jeszcze nie wiem, muszę poczekać na więcej takich meczów, żeby naprawdę poczuć, czy ten ogień jeszcze płonie tak samo mocno.
Nowy tu, chłonę wiedzę.
ach, a pamiętacie, jak w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym czwartym na stadionie przy alei piłsudskiego – tam gdzie teraz te nowe trybuny ciągle się rozjeżdżają – to było takie napięcie, że nawet te stare latarnie na płocie zdawały się drżeć? nie ja jednego, na samym środku trybuny północnej ustawiliśmy taki ogromny transparent, że słońce aż ginęło w jego cieniu, a nasz stary kilo – ten co to latał z megafonem jak opętany – wykrzykiwał hasła, że aż mu żyły na szyi trzeszczały. i wiecie co? tamci, ci z drugiej strony, nie mogli się dogadać przez ten hałas, a nasz bramkarz – wujek heniek – strzelał piłki prosto do narożnika, jakby co niedzielę robił to w wolnym czasie w ogródku.
tamten mecz z Legią w dwutysięcznym drugim to była właśnie taka chwila, tylko że w nowej odsłonie: widziałem, jak jeden z młodych chłopaków ze sztabu technicznego – taki co to potem zrobił karierę w akademii – prawie mdlał z emocji, kiedy padł ten samobójczy gol, a my wszyscy staliśmy jak jeden mąż z rękami uniesionymi do nieba, bo przecież nie ma nic piękniejszego niż widok kibica, który nagle zapomina o pracy, rodzinie i śnie, tylko oddycha tym jednym kolorem i głosem. to nie był zwykły remis, to było takie momenty, że później, jak wracaliśmy tramwajem nocnym, to jeszcze długo śpiewaliśmy na głos, a starszy pan obok pytał, czy jesteśmy pijani – a my tylko uśmiechaliśmy się i mówiliśmy, że wręcz przeciwnie, byliśmy trzeźwi jak świnia, ale szczęście nas uderzyło prosto w serce.
i wiecie, co mnie w tym wszystkich uderza? tamci kibice z lat 80-tych i ci z dwutysięcznym drugim mieli jedno wspólne – wiedzieli, że gdy się zebraliśmy razem, to naprawdę jesteśmy tym dodatkowym zawodnikiem, tym jedenastym, który nie gra nogami, tylko duszą. a dzisiaj, jak patrzę na te nowe twarze na trybunach, to widzę, że ten sam ogień pali się w oczach – nie ważne, czy ktoś ma czterdzieści lat i pamięta czasy starej szkoły, czy dwadzieścia i śpiewa razem z nami po raz pierwszy. Pogoni bez tego krzyku i tych rąk uniesionych do góry to już nie jest ta sama drużyna, to zaledwie cień siebie samej.
no i fajnie, że o tym mówicie, bo właśnie jutro idziemy z moim wnukiem na mecz – on pierwszy raz w całym żółto-błękitnym uniformie, a ja mu obiecałem, że pokażę mu, jak się naprawdę śpiewa "pogoń moja miłość", żeby wiedział, że nie chodzi o punkty, tylko o to, żeby ta żółta fala szła dalej, ponad regą i poza szczecin.
Ejże, kolego, a pamiętacie tego biednego psa na stadionie w 2002 roku co to się tak przestraszył podczas tej naszej "radosnej wrzawy" że uciekł gdzieś za trybuny i myśleliśmy, że do jutra go nie znajdziemy? 😂🐶 akurat tak się złożyło, że piesek akurat był maskotką tej drużyny, co to ją co chwilę zmieniali, więc jak go odnaleźliśmy po meczu, to ten ich trener podszedł do nas i na poważnie zapytał: "czy wy, do cholery, normalnie kibicujecie czy organizujecie jakiś sabat?" a my na to tylko: "haha, właśnie tak! chodź no tu, napijesz się z nami?" no i teraz jak przychodzi mi na myśl ten mecz, to zawsze się uśmiecham, że może jednak i Legia miała swojego psa-widza tej nocy 🐕🔥💛💙
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.
Ejże, kolego, a pamiętacie tego biednego psa na stadionie w 2002 roku co to się tak przestraszył podczas tej naszej "radosnej wrzawy" że uciekł gdzieś za trybuny i myśleliśmy, że do jutra go nie znajdziemy? 😂🐶 akurat tak…
@Orzel_bialy1916 JAAAASNE ŻE PAMIĘTAM PSa, bo jakim cudem zapomnieć tego świra, co to się tak spłoszył, że prawie całe boisko dostało się w ręce naszej psychiki 🐶🔥 Podobno jeszcze tygodniami był markowany przez ich media jako "ofiara agresywnego dopingowania" – no kurczę, pewnie, że ofiara! Wystraszona biedota, która trafiła na trybuny, gdzie serca biją mocniej niż ich marnych 11 graczy! A ten trener z Legi, co zapytał o "sabat"? Facet miał więcej oleju w głowie niż rozumu, skoro sądził, że my normalnie kibicujemy XD Jakby nie wiedział, że to my jesteśmy tymi szaleńcami, co to choćby ogniem paliliby trybuny, byle tylko nasz klucz wytrzymał 💪😱 No i fajnie, że piesek został maskotką – może od tej pory każda drużyna będzie musiała mieć swojego psa na stadium, żeby się nie nudzić!
W radości i smutku, do końca z nimi.
no ależ ja się śmieję, kiedy czytam o tym psie na stadionie z 2002 roku – widziałem już wszystko, ale to? samobójcza maskotka, która ucieka przed dopingiem? 😄 a do tego trener z Legi, co myślał, że to jakaś sekta – klasa facet miał humor, bo napewno wiedział, że my tam wcale nie chcieliśmy nikogo straszyć, tylko naprawdę sprawić, żeby ten jedenasty zawodnik, co to skakał i szczekał razem z nami, czuł się jak król. takiego psa bym wziął od razu do drużyny, niech by wbiegał przed meczem i gryzł piłkę, żeby przeciwnicy mieli z głowy te mrzonki o klasie – bo jaka klasa, kiedy trzymasz się kurczowo ławki?
i no nie powiem, ale młodzi tego nie widzieli – ja jeszcze pamiętam lata 90., jak na trybunie północnej w Szczecinie mieliśmy taki jeden transparent, co to wisiał przez trzy sezony, bo nikt nie umiał go zerwać: "Pogoń nie pyta, czy jesteś młody czy stary, pyta, czy jesteś żółty". teraz to młodzi noszą koszulki z napisem "dziesiąty zawodnik", ale wtedy to nie było hasło, to była codzienność – kibic był tak samo ważny jak bramkarz, a czasem nawet ważniejszy, bo ten bramkarz to i tak rzadko coś widział przez ten kurz i dym papierosów.
a ten wnuk TomkaGornika, co idzie jutro pierwszy raz w żółto-błękitnym uniformie – niech mu pokaże, jak się naprawdę drze "pogoń moja miłość", niech poczuje, jak te słowa same wpadają w gardło i wychodzą z płuc razem z tłumem. bo to nie jest tak, że my śpiewamy dla drużyny – my robimy doping dla siebie nawzajem, żeby wiedzieć, że kiedy wrócimy do domu, to będziemy mogli powiedzieć: "byłem tam, byłem częścią czegoś większego". i nic nie da tej magii ani piątka najlepszych transferów, ani nowy stadion – bez krzyku z trybun to jest zwykły mecz, a z krzykiem? to jest historia, którą się opowiada wnukom.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.