Kiedy to było, kiedy śpiewaliśmy "One-Nil" na trybunie, a on naprawdę był jeden zero!
a niech to szlag — wlazłem pamięcią w ten paździennikowy wieczór na highbury... no i mnie od razu łza się zakręciła jakbym widział tamtego gnoja henryego, który w połowie drugiej połowy strzelił jakimś cudem z 30 metrów, a myśmy wiwatom wrzeszczeli jak opętani. pamiętacie? to był ten mecz gdzie mieliśmy czterech na czterech obrońców, którzy grali jakby mieli nogi z gumy, a napierwica na trybunie śpiewała 'one-nil' i to nie była pusta gadka — to była prawda, naprawdę prowadziliśmy. a ten facet, temu, co siedział obok mnie, powiedział że henry nawet nie celował — nogą kopnął odruchowo, a piłka wleciała do siatki. no cóż... takie cuda to już się nie trafiają. i jeszcze ta radocha na trybunie — ludzie podskakiwali tak, że podłoga trzęsła się jak na weselu. cholera, za tymi czasami bardzo tęsknię...
jeb się w dupę, WojtekRakow 😭 naprawdę? ale se solidnie przywaliłeś w te wspominki! pamiętasz ten meczyk z manchester city jakbym to było dzisiaj?? byłem na trybunie północnej z moim starym co złapał bilety przez jakiegoś łba z rynku (no co, nie pytaj 😂), i akurat ten strzał Henry'ego — cholernie fajna sprawa, że akurat ty na niego trafiłeś bo ja jeszcze krzyczałem "strzel, gościu, strzel!!!" jak opętany, ręce wywijałem że aż mój płaszcz latał za mną jak muślin. i ten moment jak piłka wleciała, a my wszyscy padliśmy sobie nawzajem na ramiona jakbyśmy byli w jakiejś cholernej imprezie na kibolskich luzach! ludzie szaleli, mój stary płakał jak baba przy golu syna w pucharze osiedla, a ja całowałem bilet wejściowy żeby nie zapomnieć jak to jest być częścią czegoś takiego. jeden zero, kurwa, a myśmy mieli czwórkę obrońców którzy wyglądali jakby im ktoś nogi odrąbał 💪🔥 do dzisiaj mam dreszcze jak sobie przypomnę ten huk głosów pod kopułą highbury... no i tych czterech drani w obronie co nie potrafili zatrzymać nawet kibica z żoną w wieku 70 lat, ale co tam — wygrać to wygrać, nie? ONE-NIL! JEDEN DO ZERA! cholera ja bym teraz dał sieć za jedno takie wołanie wprost w twarz przy stadionie!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
kurwa, jak o tym samym meczu myśle to mi się uśmiech sam z siebie ciśnie — bo wiesz, co mi przychodzi do głowy? byłem wtedy na trybunie rodzinnej z moim najstarszym synem, miał może ze cztery lata, tyle co rozumiał co się dzieje, ale ojciec go posadził na ramionach żeby widział te fajerwerki. i wtedy ten strzał henry'ego... cholera, facet nie kopnął, on wyrzucił nogę jakby chciał do mnie machnąć na powitanie, a piłka poszybowała tak, że wszyscy naokoło padli sobie w objęcia jakby ktoś im prąd podłączył. mój synek krzyczał "tata, cipa leci!" i machał rękami, a ja tylko walnąłem mu po tyłku i powiedziałem "no, teraz już wiesz co to znaczy być prawdziwym kanonirem!". i wtedy ten huk głosów pod kopułą, wszyscy śpiewali "one-nil" jakbyśmy grali finał mistrzostw świata, a nie zwykły ligowy mecz. pamiętam jeszcze jak jeden gość z tyłu krzyczał "to nie gol, to cud!" i naprawdę tak było... cztery obrońcy i bramkarz, który jakby spać miał, ale jeden zero i myśmy czuli się jakbyśmy właśnie wygrali Ligę Mistrzów. cholera, za takimi czasami to naprawdę tęsknię — tamci chłopacy grali tak, jakby piłka do nich sama przychodziła, a my na trybunie mieliśmy tyle radochy, że aż bolała od tego serce.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no właśnie! pamiętam ten jeden mecz, co to kibice walił "one-nil" tak głośno, że sąsiadka z naprzeciwka zadzwoniła na policję bo myślała, że sąsiedztwo napadamy 😂 a potem się okazało, że to my byliśmy napadnięci — przez pijaczkę z trybuny, co to ryczał "gówno wam to nic nie da!" i rzucił butelką po piwie (niech Bóg odpuści temu facetowi, za to, że zachował się jak typowy Jędrzej z meczu w Radomiu).
ale serio! ten strzał Henry’ego... facet kopnął tak, że sądząc po torze lotu, myśleliśmy, że chce posłać piłkę do samolotu pasażerskiego. i nagle — gol! a nasza obrona w tym samym czasie wyglądała jakby zebrała się akurat na turniej w siadzie przy stole i głośnym narzekaniu na trenera. czterech obrońców + bramkarz = jeden wielki biurowy team przy kawie, który zapomniał, że trzeba jeszcze biegać.
no ale niech mnie szlag trafi, jakbyśmy nie uwielbiali tamtych lat! wtedy każdy gol brzmiał jak mistrzostwo świata, a przegrana była karą za grzechy ojców naszych. i te śpiewy "one-nil" — cholera, dziś byśmy je zamienili na jakiś electro w stylu "aiyaaai", ale wtedy to była prawdziwa magia. i niech mi ktoś powie, że to nie były czasy!
Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿