Kiedy Zielone Serce bije najgłośniej – nasze największe chwały i te chwile, które zostają w sercu na zawsze!
no cóż... a pamiętam jeszcze ten mecz na olimpiadzie w 2004 roku z grekami, tyle że w innej dyscyplinie – piłka nożna była wtedy na trawie, nie na boisku, ale emocje takie same. było lato, myśmy w łódzkiej knajpie mieli tego dnia pokaz na wielkim ekranie, bo w polsce to nikt nie oglądał za dnia, wszyscy pracowali. pamiętam, jak mój stary, który był kibicem legii i nie znosił bawarczyków, stał potem w drzwiach i mówił „no dobra, ale 2:1 to jednak nie jest wynik na mistrzostwa świata”, a myśmy tylko pokiwali głowami i dalej śpiewali, bo niby co – radość miała swoje prawo. tamten mecz to były czasy, kiedy człowiek cieszył się tak po prostu, bez kombinowania, bez tik toków, bez „a co oni tam w metrixach powiedzieli”. było głośno, było ciepło, było wspólnie. i właśnie takie chwile zostają w sercu, bo to nie o punkty chodzi, tylko o to, że się razem było częścią czegoś większego.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Pierogi w sosnowieckiej knajpie, a tu nagle transmisja na trybunach... a pamiętam jak dziś, że akurat byłem na obiedzie u cioci Walencji, jej chłopaki wrzucili ten mecz na starym teleturnieju, myślałem że to jakiś film o Robocopie bo obraz był taki nijaki, ale jak padł ten pierwszy gol Robbena—kurwa, to ja wyskoczyłem z krzesłem tak, że popijany piwoszek obok oberwał mnie w udo swoja tacą... i co? nie przeprosił, tylko się uśmiechnął i powiedział "no wreszcie coś fajnego", a ciocia Walencja dalej dorzucała mi pierogi do talerza jakby nic się nie działo 🤬🔥 #ToByłZrywKrwi
Jeden klub, jedno życie ❤️
no właśnie, a ja wam opowiem coś z Allianzu, ale nie z tych nowych czasów kiedy to wszędzie full komercja i wygwizdywanie hymnu przez kibiców gospodarzy, tylko z tych prawdziwych lat kiedy jeszcze można było czuć, że siadasz nie na trybunie, ale w pierwszym rzędzie serca klubu. było to w połowie lipca 2013, już po finale ligii mistrzów, ale nikt nie spał — wszyscy zebrali się przed meczem towarzyskim z barceloną, bo wtedy takie spotkania miały smak niedzielnego popołudnia, a nie jakieś tam dzisiejsze telewizyjne spektakle. pamiętam, że rano w tramwaju dojeżdżałem z sopockiego piaszczystego na głównej, ludzie mieli szaliki na szyjach, a przy wejściu na stadion niektórzy mieli jeszcze krople deszczu na kurtkach, bo rankiem padało — no i te emocje, jakby ktoś komuś otworzył klatkę z gołębiami pod mostami gdańskimi, a te ptaki to były same złote medale.
pamiętacie, jak bayer zaczął ten mecz? nie no, nie zwyczajnie, tylko od razu — w pierwszej minucie robbeni prawie gol, później mandžukić zrobił taki wykop, że barça nawet nie wiedziała, co się dzieje. ale nasza defensywa... ah, ta defensywa, z lahmem na lewej stronie, który biegał jakby miał zegarek na życzenie — no i w 37. minucie ten moment: pas nie do mnie, w prawo, no i tamto uderzenie ribéry'ego... trafił w słupek, a piłka wylądowała prosto pod nogi mandžukicia, który jeszcze jeden raz posłał ją do siatki. nie było co liczyć — stadion eksplodował, ale nie tak, że podskakujesz na miejscu, tylko że dosłownie wszyscy, łącznie z tymi, którzy stali daleko za bramką, mieli wrażenie, że ziemia drży pod nogami. a ja stałem obok faceta z flagą bawarii, którego nigdy wcześniej nie widziałem, i on krzyknął mi prosto w ucho: „widzisz to? to jest zryw krwi, nie żaden rewanż za ligę mistrzów, to coś, co zostanie w naszych kościach!” i miał rację — bo to nie był mecz, to była wspólna krew, przelana razem na tym zielonym sercu. jeszcze przez tydzień w tramwajach ludzie śpiewali fragmenty melodii, a ja ciągle miałem ten zapach piwa i gorących kiełbasek w nozdrzach... no i tęsama, że niby nie ma się gdzie podziać, bo wszyscy są szczęśliwi i wszyscy są razem.
a dziś? dzisiaj albo siedzicie w domach przed telewizorami i komentujecie na tiktoku, albo idziecie na stadion jak na kolejny obowiązek — a ja tamtego wieczora w augsburgu, bo przecież nie w monachium pamiętam, że ktoś obok mnie płakał, bo zbyt dużo emocji dostał, i nikt się z niego nie śmiał. bo kibic to nie ktoś, kto tylko krzyczy — to ktoś, kto płynie razem z tłumem, i nawet jak woda jest głęboka, to wiadomo, że dopłyniesz.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
A ja wam powiem tak — jakbym brał teraz swoją córkę na pierwszy mecz do Allianz i patrzył, jak jej oczy robią się wielkie jak talerze.
Tamten zespół z 2013 roku to było coś, jakbyś wziął dziesięciu szaleńców, wsadził ich do jednego worka i kazał im biegać za piłką — ale nie w tym szalonym sensie, że się pozabijają, tylko że każdy z nich oddychał piłką. Robben, który nie biegał, tylko czekał na ten moment, żeby wcisnąć mocną prawą, Ribéry, który miał w sobie tyle dynamitu, że jakbyś go dotknął, toby cię odrzuciło. Lahm na lewej, który myślał szybciej niż ty jesz śniadanie, i Mandžukić, który miał tę psychologiczną siłę, że kiedy on szedł do uderzenia, to obrońcy już wiedzieli, że coś się stanie. To nie była drużyna w dzisiejszym rozumieniu — to było stado wilków, które czuły zapach krwi wroga.
Dziś? Dzisiaj mamy mistrzów, mamy gwiazdy, mamy kosmiczne transfery, ale... no cóż, jakbym stał na Allianz i patrzył na dzisiejszy zespół, to czułbym się trochę jak ten facet, co kupił nowiuteńki mercedes, ale zapomniał, jak to jest jechać nim bez autopilota. Tamten zespół grał tak, jakby na boisku nie było żadnych zasad, tylko pasja, instynkt i ta cholerna umiejętność, żeby się nawzajem rozumieć bez słów. Dzisiejszy? Jest bardziej... no wiadomo. Są umiejętności, są indywidualne błyśnięcia, są techniczne rozwiązania, ale ta magia, która sprawiała, że po meczu rano w tramwajach ludzie płakali ze szczęścia? Jej już nie ma. Bo dziś kibic to klient, a kibicowanie to produkt.
Pamiętam, jak mojego kumpla, co teraz siedzi z dziećmi na kanapie, kiedyś zobaczyłem przed meczem z Barceloną — stał sam pod trybuną północną, miał w ręku szalik z 2013 roku i mówił: „Widzisz, te chwile to nie są punkty, to są kawałki duszy”. I miał rację. Dzisiaj idzie się na stadion, żeby zobaczyć dobry mecz. Tamtego lata szło się tam, żeby przeżyć coś, co zostanie w pamięci na całe życie. I właśnie o to chodzi — tamten zespół nie bawił się w piłkę, on ją żył. Reszta to tylko mecze.
Kontekst bije gołą liczbę.
Akurat wczoraj gadałem z facetem, co był tamtego lata w Monachium — siedzieliśmy przy browarze koło dworca i nie dość, że miał na ręku bransoletkę z napisem "2013", to jeszcze pokazywał mi zdjęcie zrobione wprost z trybun północnych, gdzie w tle widać było, jak te flary ciągną się za lecącymi piłkami jak komety. No i opowiadał, że akurat w przerwie wszedł do kibica z flagą Bawarii, co miał na szyi stary medalion z finału LM z Borussią — ten facet płakał nie dlatego, że był smutny, tylko że czuł, że to jego ostatni taki mecz, bo no... późniejsze kontuzje i takie tam. A potem krzyczał razem z całą trybuną na udziałowców i gadał, że jakby mu ktoś zaoferował milion euro za ten medal z 2013, to by go nie sprzedał, bo to jest coś, czego żaden transfer nie wykupi. #ToByłZrywKrwi
no do licha, ależ wy mnie przypomnieliście o tym, jak to nasz stary piłkarz bawarczyków, ten dobroduszny bastian schweinsteiger, kiedyś powiedział podczas konferencji prasowej coś takiego: „gracie tak, jakbyście mieli za chwilę umrzeć, a kibice tak, jakby mieli za chwilę umrzeć z radości” — i miał cholerną rację, bo ten mecz na Allianz to był właśnie jeden z tych momentów, kiedy śmierć wydaje się czymś zupełnie nieważnym przy tym, jak się czuło, że serce bije tak mocno, że zaraz wyskoczy z piersi.
pamiętam tamten wieczór doskonale, bo akurat byłem na służbie — lekarz w izbie przyjęć, no i trafił się jakiś rozciągnięty mięsień u jakiegoś faceta, który przyszedł z kolei po meczu — i tak sobie gadał, a ja myślałem tylko o tym, że mój zegarek wisi na ścianie i tiktak, tiktak, a tamten facet wali się w pierś i mówi, że przez godzinę nie mógł złapać oddechu, bo cały czas krzyczał na trybunie. no i potem ten sam facet jeszcze długo mówił, że nie wie, jakim cudem 0:4 z Barceloną nie było dla nas problemem, bo przecież jak coś takiego się dzieje, to już nie ma znaczenia, kto wygra — liczy się tylko to, że jesteś tam razem z innymi.
i wiecie co? ja tamtego dnia wróciłem do domu późnym wieczorem, zmęczony, z bolącym gardłem i takim uczuciem, jakbym właśnie przebiegł maraton — tylko że nie biegałem, tylko stałem w tłumie i śpiewałem, a potem jeszcze o drugiej w nocy dostałem esemesa od kumpla, że mu się znowu przypomniał ten mecz, bo zrobił kolację i zapach kiełbasy obudził w nim wrażenie, że znowu jest na trybunie. to są te chwile, które zostają, bo nie chodzi o wynik, nie chodzi o to, że barça była faworytem — chodzi o to, że nagle zrozumiałeś, że jesteś częścią czegoś, co trwa wiecznie, choć wszyscy wiemy, że drużyny się zmieniają, zawodnicy odchodzą, ale tamten zryw krwi? on zostaje w kościach na zawsze.
i jeszcze jedna rzecz — tamtego lata w tramwajach nikt nie gadał o transferach, o nowych stadionach albo o tym, kto jest lepszy na tiktoku. ludzie po prostu mieli w sobie to przekonanie, że piłka nożna to coś świętego, coś, co łączy ludzi na dobre i na złe, i że jak już raz poczujesz ten smak wspólnej radości, to zawsze będziesz do niej tęsknił, choćbyś nie wiem jak nowy klubowy ambasador nie pokazywał ci świetlistego trybuny na instagramie.
A pamiętam jeszcze jak ja, świeżo upieczony „nowy Bawarczyk” (bo żelem się na włosy i włożyłem szalik pod kurtkę, bo się wstydziłem), stałem przed wejściem na trybunę północną w 2013 i facet z biletami naokoło mnie pyta: „Ej, młody, ty na pewno nie jesteś z Austrii, co?” A ja, dumny jak paw: „Nie, jestem z Gdańska, ale dziś to wszyscy jesteśmy bawarczykami!” No i facet na to: „Super, to idź do kibica z flagą, tam masz jeszcze jedną koszulkę w rozmiarze L, bo inaczej cię dziś ubędą” 😂🔥 I oczywiście za 20 minut już miałem koszulkę z numerem 17, a facet z flagą — pomagał mi wrócić do reszty, bo zapomniałem, gdzie jestem. #KtoMówiłZeJaJestemDorosły
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.