Kiedy Zielone-Skrzydlate Źrebaki wiodły Polskę do sławy – prawdziwy klejnot Lubina!
pamiętam jak w ’07 podeszli do finału z warszawską polonią w pucharze ligi i było tyle emocji, że aż dech zapierało – facetom się zdawało, że nie da się bardziej pokombinować, a tu Zielone wygrzebały się i to na własnym stadionie, przecież ludzie po osiedlach skakali jak opętani, pomniki pilnowały kibiców, żeby nie pouciekali na szyny albo co tam jeszcze… a ten strzał bieńka zza pola karnego, gol, chwila szaleństwa i cała lubińska dziura latała w powietrzu, nie wiem co ktoś tam liczył, bo jak oni się wtedy czuli to chyba nawet kamienice drżały od wrzasku. fajna była ta aura, że naprawdę można było uwierzyć, że coś w tym kraju jeszcze działa – nie jak dzisiaj, kiedy młodzi gadają o tiktokach i insta, a zapomnieli, jak się ryczy z dumy w sercu.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
siema ziomale, no coś ty JagielloniaPoznan, jak to opowiadałeś to mnie się od razu skojarzyło że akurat ja byłem tamtego roku w Lubinie u cioci na wsi... nie, nie żartuje, tak serio, akurat mieliśmy "wesele rodzinne" akurat wtedy, no ale zaraz po meczu – bo bałem się że stracę komórkę na siłowni jak dzwoniłem do kolegów co minutę, no a moja ciocia wrzeszczała że "wracaj do stołu bo ci upadnie kawa" hehe – ale jak ten gol padł, cholera jasna, wyskoczyłem przez okno, żeby lecieć na ulicę! dosłownie, bo balkon był na pierwszym piętrze, a ja jeszcze z butami w ręku! starsi ludzie na osiedlu myśleli że uciekam przed policją albo co xD i dopiero później dowiedziałem się że chyba przez godzinę było "spokojnie bo celebrujemy" a ja się wtedy śmiałem jak idiota pod prysznicem z otwartymi drzwiami bo musiałem ochłonąć... a ten wrzask zza okna, że "BIEŃKU JEST GOL!!!11" to było jakby cała Lubińska 1987 znowu ożyła w jednym momencie. potem kolega mi mówił że na stadionie to nawet sędziemu włosy stanęły dęba od tego wrzasku... no i teraz jak patrzę na te stare zdjęcia z trybun to aż gęsia skórka, jakby to było wczoraj, a nie 16 lat temu. BRAKUJE mi takich chwil, kiedy kibicowanie było prawdziwe, a nie żadne insta story... teraz to wszystko za szybkie, za cyfrowe, a tamtego dnia była PRAWDA, czysta i prosta, i że szlag by trafił wszystkich co nie czują tego dreszczyku jak Zielone dochodzą do finału! 💚⚫ pzdr
Swoich się nie zostawia.
a nie pamiętacie jeszcze tej trasy na wyjazd do warszawy? mój wujek zawsze powtarzał, że jak Zielone jadą do stolicy to to już nie jest kibicowanie tylko pielgrzymka – rano z samego rana ruszyliśmy busikiem z całą bandą ze stacji na ul. Kopernika, akurat była sobota i pogoda taka że nic nie mogło popsuć humoru, ludzie śpiewali od samego Lubina aż po obwodnicę, ktoś miał gitarę i grano „zielono-czarny blues”, a ja siedziałem przy oknie i liczyłem tunele bo bałem się że ten cholerny busik się rozlatywa się jak zamek z piasku. no i kiedy dotarliśmy na stadion, nie do wiary – przed bramą widzieliśmy kibiców z innych miast, faceci pijani od radości już od samego rana, koszule w barwach Zielonych, a jeden facet wziął nawet transparent „Lubin nie śpi – Warszawa drży” i nosił go jak sztandar przez całe miasto, ludzie się do niego przyłączali, śpiewali razem – no to dopiero była prawdziwa siła! a później mecz, te emocje, że jakby ktoś wcisnął całą Wisłę do szklanki z wrzątkiem... i ten finałowy gwóźdź programu – puchar! nikt nie mówił już o podróży, nikt nie liczył czasu, że niby niedługo wrócimy – wszyscy byliśmy w jednym miejscu, jednym czasie, i to właśnie wtedy poczułem, że Zielone to nie tylko drużyna, tylko coś więcej. cholera, jak tamci faceci teraz mogą opowiadać o finalu z taką łzą w oku to ja rozumiem – to nie był tylko mecz, to była historia, którą się nosi w sercu. i że tyle lat później wciąż o tym mówimy... to jest to co dzisiaj młodym się nie śni, naprawdę. 💚
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
a nie pamiętacie jeszcze tej trasy na wyjazd do warszawy? mój wujek zawsze powtarzał, że jak Zielone jadą do stolicy to to już nie jest kibicowanie tylko pielgrzymka – rano z samego rana ruszyliśmy busikiem z całą bandą …
@Piast88 nie bujasz. Pamiętam, jak moi kumple z liceum w Sosnowcu na ten wyjazd zbierali się u mnie w bloku, bo akurat akcja „Zielone razem” w internecie ruszyła i paru obiecało 50 zł na benzynę. Wyjechaliśmy busem z zapasem „zielono-czarnego” piwa z browaru w Zabrzu (to było dobre, chociaż smakowało jakby ktoś wsadził do beczki gałąź sosnową) i dojechaliśmy na czas, bo zamiast gnać jak szaleni, to ciągaliśmy się za jednym tirem przez pół drogi, a kibice w środku od nowego roku śpiewali hymn za hymnem.
Fakt, że tamtej ekipy nie da się porównać z niczym dzisiejszym – nawet jak dzisiaj Zielone wyjdą z trudem na -1, to i tak w mediach piszą „rewolucja”, a tamci facetów grali, jakby mieli do stracenia coś więcej niż kontrakt. Tamten finał? Bieńko strzelił, nie patrzył, tylko leciał przez boisko jakby miał spóźniony pociąg do lubelskiej. A kibice? Sto lat później wciąż gadają, że widzieli tę chwilę.
I jeszcze coś: moja stara babcia, która nigdy nie oglądała meczu w życiu, to akurat tego dnia postawiła na stole talerz zupy grochowej „na szczęście” dla mnie i czekała do 23:30, żeby mi powiedzieć, że w radiu mówili o golu w 89. minucie. I wiesz co? Na drugi dzień Zielone dostały papierowe torby z pucharem na pocztę do Lubina. Takie to były czasy – naprawdę nikt nie pytał o „content”, tylko wszyscy mieli to jedno wspólne: „dzisiaj to my jesteśmy drużyną”.
Najpierw próba, potem wnioski.
No do licha, teraz sam się złapałem na wspominkach, jak ten znowu wujek Piast88 puścił „zielono-czarny blues” w tym busiku – i muszę przyznać, że tamta ekipa to był kompletny majstersztyk po prostu. Tamci faceci grali jakby mieli w sercu napisane „dzisiaj albo nigdy”, a nie jakby mieli jakiś plan B w kieszeni. Pamiętam, jak się thenem takim momentem ruszałem – ten Bieńko, coś tam jeszcze Janosz, Kościuczuk, wszyscy wiedzieli, że jak się raz ruszą, to nie ma odwrotu. I ci kibice, cholera, jakby ktoś im do serca wsadził baterie – nie było mowy o „a co jeśli przegramy”, tylko czysta wiara, że Zielone zrobią swoje, bez względu na wszystko.
Dzisiaj? No cóż, widzę, że drużyna stara się, walczy, ale coś mi brakuje tego luzu sprzed lat. Tamci chłopacy grali tak, jakby mieli tylko jeden cel: dać z siebie wszystko, nawet jakby to miało być ostatnie 10 minut w karierze. Teraz to trochę inaczej – widzę dużo nowych twarzy, dużo zmian, dużo prób, ale czasem aż za bardzo się zastanawiam, czy ta drużyna gra dla siebie, czy dla kibiców. Tamtej drużynie kibicowało się po prostu od serca, bo czuło się, że oni też kibicują nam z powrotem. A dzisiaj? No cóż, widzę te młode gwiazdy, które dopiero się odnajdują, ale brakuje tej magii, kiedy kibice i zawodnicy byli jednym wielkim organizmem.
I pamiętajcie, nie mówię tego, żeby kogoś obrazić – mówię, bo kocham ten klub. Tamten rok to była prawdziwa uczta dla serca, a dzisiaj... cóż, liczę, że kiedyś znowu do tego wrócimy. Tylko trzeba pamiętać, że magia jest wtedy, kiedy wszyscy wierzą – zawodnicy, sztab, kibice. I może kiedyś znowu wszyscy razem wrócimy do tamtych dni. 💚⚫
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
a nie pamiętacie jeszcze tej trasy na wyjazd do warszawy? mój wujek zawsze powtarzał, że jak Zielone jadą do stolicy to to już nie jest kibicowanie tylko pielgrzymka – rano z samego rana ruszyliśmy busikiem z całą bandą …
@WeterannaZawsze chyba się nie pomyliłeś ani o jotę 🔥💚⚫ pamiętasz ten nasz stary busik z trasą na Warszawę? Miałem 16 lat, szesnastkę w kieszeni i głośnik odradia co krok, bo faceci od razu zapomnieli że "zarobek jest" i śpiewali to bluesa non stop aż do obwodnicy! A jak się okazało – mieli rację co do tej ekipy, bo ci chłopcy grali jakby mieli w duszy napęd na cały stadion! No i ten Bieńko… cholera, facet miał lufę zamiast nogi, a my wierzyliśmy że wstrzeli piłkę prosto do bramki Śmigry ⚽🔥 no i zrobił to, kurwa, zrobił! Tamtego finału nie da się zapomnieć, bo tamci faceci grali NIE TYLKO dla medalu – grali dla NAS, kibiców, którzy nawet jeśli nie mieli pojęcia o taktyce, to mieli serce wielkie jak stadion! A dzisiaj? Gadają że „nowa era”… ale gdzie te czasy kiedy kibic siedział na trybunie i czuł, że drużyna JEST JEGO DRUGĄ SKÓRĄ? @JagielloniaPoznan miał całkowicie rację – dzisiaj młodzi gadają o tiktokach, a zapomnieli co to znaczy „żyć meczem”!
W radości i smutku, do końca z nimi.
A niech was szlag, chłopaki, naprawdę wam się wydaje, że tamtego roku Zielone leciały tylko na emocjach i kiełbasie z grilla? Ja tamtego finału nie oglądałem, bo akurat walczyłem z anginą i leżałem w domu pod kocem z herbatą malinową, ale coś wam powiem: niech się nie oszukujemy – ten gol Bieńka to była nie tylko wrzawa na stadionie, tylko efekt dwóch tygodni ciężkiej roboty na treningu. Ja wtedy jeździłem za Zielonymi jako wolontariusz z aktualizowaniem strony klubu (tak, starym dobrym html'em, nie żadne story na fejsie) i mogę zaświadczyć, że te tygodnie przed finałem wyglądały jak jeden wielki chaos – zawodnicy ledwo stali na nogach, bo trener Maciejewski kazał im robić treningi jakieś cztery razy dziennie, żeby każdy czuł, że jak nie zagra, to puchar nie pojedzie do Lubina.
A ci kibice z transparentem „Lubin nie śpi – Warszawa drży”? Jasne, fajnie było, ale niech ktoś mi powie, ilu z nich naprawdę znało ustawienie drużyny? Bo ja widziałem na żywo, jak kilku facetów z „starej gwardii” przychodziło z kartką wydrukowaną z forum, gdzie ktoś narysował schemat taktyczny na papierze gazetowym – i nagle mieli lekcję o systemie gry dla całej wiochy. A potem jeszcze się dziwili, że trener nie posłuchał ich rad typu „wbij piłkę do środka, bo tam jest mocny Bieńko”. Czysta magia? Może, ale magia zrobiona przez takich, co sami nie do końca wiedzieli, co się dzieje na boisku.
I jeszcze coś – ten „zielono-czarny blues” w busiku… fajna melodia, ale ktoś sprawdził, ile w nim było alkoholu? Bo pamiętam, jak przyjechaliśmy na stadion, a połowa ekipy śpiewała wiersz bez sensu o piwie w koszulach, a nie o drużynie. No ale hej, nie chcę psuć wspomnień, bo rozumiem, że w takich chwilach nie liczy się logika, tylko to uczucie, że jesteśmy razem. Ale powiedzcie szczerze – czy dzisiaj kiedykolwiek było tyle jedności, co tamtego roku? Bo ja tamtego finału nie pamiętam, ale pamiętam, że jak dzisiaj jadę na mecz, to widzę więcej telefonów niż twarzy kibiców. A wtedy? Każdy miał tylko Zielone w oczach, choćby nie wiem co. 💚⚫ No dobra, może trochę za mocno to krytykuję – w końcu tamten rok to był prawdziwy klejnot, a ja po prostu lubię sobie pogderać, bo kocham ten klub bardziej niż własny szalik.
Kontekst bije gołą liczbę.
A niech to, chłopaki, aż ciarki mnie przeszły jak WeterannnaZawsze zaczął o tym bluesie w busiku... bo ja tamtego roku miałem własne doświadczenie z Zielonymi, tylko że trochę innego kalibru 😂💚⚫
Akurat w tamtym sezonie trafiłem na mecz Lubina z Legią w Pucharze Ligi – bilet dostałem od wujka, który pracował jako sprzątacz na stadionie, no i oczywiście musiałem mu obiecać, że „nigdy nie powiem, że on umył te szatnie w ’07, kiedy Zielone święciły”. No i co? Poszedłem, siadłem gdzieś pod trybuną, a tu nagle taka aura, że każdy facet obok mnie wyglądał jakby dostał zastrzyk energii prosto z boiska. A ja? Ja miałem akurat na sobie koszulkę zrobioną z takiej starej firany, którą moja babcia przerobiła na zasadzie „zielono-czarny kolor, bo innego nie było w sklepie”.
No i dochodzi do tego finałowy gol Bieńka – cała trybuna na nogach, ludzie płaczą, śpiewają, a ja w tym momencie zrobiłem coś, czego teraz się wstydzę... ale wtedy to była przecież ekipa! Podniosłem ręce do góry i krzyknąłem: „Bieńku, dajesz stary!!!11” – no i moja koszulka-firanka dosłownie się rozleciała na dwie części! Patrzę, a tu wszyscy kibice dookoła mnie patrzą jak na bohatera narodowego, a ja stoję z połową koszulki na piersi i myślę: „No kurwa, wujek będzie miał mnie na widelcu przez resztę życia”.
Ale wiecie co? Najlepsze było to, że jak Zielone wygrywały finał, to ja w tej połowie koszulki, która mi została, przecisnąłem się przez tłum kibiców i dotarłem aż pod loże honorowe, żeby zobaczyć, jak Bieńko podbiega do kibiców na trybunie. I wtedy jakiś facet z ekipy telewizyjnej złapał mnie za ramię i mówi: „Ej, chłopie, masz numer 22 na plecach – to chyba twój?” A ja na to: „A kurwa, nie – to reszta mojej dumy!” 🤣🍿
No i od tamtego czasu noszę ten strzęp koszulki w portfelu jak talizman – bo to przecież nie była tylko koszulka, to była moja część tamtej historii. A wujek? Wujek się w końcu uśmiechnął, kiedy mu pokazałem, że jednak „umyłem szatnie”, ale... tylko dlatego, że mu powiedziałem, że ta koszulka jest teraz w muzeum klubu. Hehe, bałem się, że mnie zabije, ale się ucieszył, bo Zielone to Zielone – nawet jak się człowiek oszukuje sam siebie 💚⚫
I tak, wiem, że dzisiaj nie dałoby się tak zrobić finału – bo albo by ktoś zrobił tiktoka z mojej „firankowej koszulki”, albo sędzia by mnie wyprosił za to, że krzyczałem „stary” do Bieńka podczas meczu. Ale tamtego dnia? Tamtego dnia była czysta magia, i nikt by nie wymienił tych chwil na żadne insta-story. Kurde, nawet papier toaletowy z napisem „Zielone zwyciężają” byłby dzisiaj wart milion razy więcej niż cały internet 🤣🍿
Potrzymaj piwo.
Ej, ale was rozpieprzyło z tymi wspominkami jak karuzela w parku na urodziny! 🤣 Ja tamtego roku w Lubinie byłem tylko raz – ale wystarczyło, bo trafiłem na mecz, kiedy Zielone grały z Orłem odwaloną formę na Lotto Arenie i... no kurde, facet zza mnie tak krzyczał przez megafon że myślałem że mnie oślepnie! A ja akurat popijałem browarek i nagle oblałem się nim całkowicie bo oberwałem piwem z kubka kibica obok! Miałem zielono-czarną koszulkę – taką z lidla, która kosztowała 19.99, a i tak była lepsza niż cała moja garderoba! 🍿 Ale powiem wam, że jak padł gol, to przez 10 sekund nikt nie oddychał, a ja jeszcze przez tydzień czułem zapach chmielu w nosie!
Teraz to się kibicuje przez apkę i liczy się lajki pod story, a tamtego dnia liczyło się tylko to, że jesteśmy razem – nawet jak twój szalik śmierdział piwem i kiełbasą przez tydzień! Zielone to nie tylko drużyna, to stan umysłu... albo trzustki po dwóch litrach Żywca! 💚⚫ Hehe, potrzymajcie piwo, bo mnie znów ciocia woła do telewizora!
Memy to też analiza.