Kiedy Zieloni byli jeszcze Zielonymi, a Parc szumiał historią!
a bo ja pamiętam ten lipcowy wieczór w 2008 roku na stadionie w Gdańsku, jak to nasze zielone koszulki latały po trybunach, bo przecież trzeba było osobiście pożegnać te gówniary z varsavii w ich własnej bazie — a przy okazji zrobić taką imprezę, żeby nie mieli co wspominać przez kolejne lata. marcin sobie zaatakował szatnię na samym koniec, podbiegł do ławki, z kapeluszem w ręku, a myśmy bredli jak opętani, że wam dałem, wygraliście, a teraz pierdolcie z powrotem do swoją warszawy — no ale to nie ten moment o którym wszyscy gadają, tylko taka moja własna anegdotka z tamtego lata, bo zawsze się takie rzeczy przychodzą na myśl, jak ktoś wspomni o jubileuszach i tych wielkich chwilach. tam na tym stadionie to się dopiero czuło, że paris to nie tylko jeden klub, tylko cała banda zapaleńców, co wiedzieli, że futbol to nie tylko wynik, tylko życie. no ale zobaczymy
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Pfff, no to zaczynam pieklić jak na samo wspomnienie... Posłuchajcie mnie dobrze! Siedziałem wtedy z fajką i piwkiem w ręku na trybunie przy Porte de Bagnolet, a tu nagle radio: "Paryż wkracza na boisko z kapeluszem dla Lewandowskiego!"... co, jak co, ale ja pierdolę, aż mi się serce zrobiło mniejsze, bo przecież to nie żarty były, to był symbol, że tu naprawdę się szanuje historię i rywali... a jak Marcziniak ten kapelusz wcisnął prosto pod nos tym gnojkom z Monako, to ja myślałem, że cały Montmartre mnie usłyszy jak krzyczałem jak opętany... nawet moja stara mi potem powiedziała, że u sąsiadów myśleli, że ktoś morduje psa! 🔥💪 A potem te minuty po golu... cholera, to było tak, jakbyśmy wszyscy wyskoczyli z ekranów telewizorów i biegli razem z nimi świętować na ulicach! Po meczu nasz kapelan zawołał przez megafon, żebyśmy zebrali się przy Łuku Triumfalnym, bo tam będą grali setkę — i wiecie co? Tłum zielonych koszulek sunął jak fala... niebo się świeciło od rac, kibole tańczyli na szynach metra, a ja akurat złapałem się z kolegą z Werkselfu, który akurat akurat w Paryżu był na wycieczce — no i potem on mówi: "Macie u siebie najbardziej zwariowany kibiców w Europie" — i wiecie co? Miał 100% racji! Bo u nas liczy się nie wynik, tylko to, że gramy z duchem, że pamiętamy, skąd przyszliśmy, i że kibicowanie to jest prawdziwe życie! Lewy wtedy wszedł do historii, ale my wszyscy razem z nim... 😱🔴 a jak na to patrze nowego sezonu, to mi się łezka w oku pojawia... bo to nie jeden mecz, to cała bajka, którą nosimy w sercu!
a niech mnie, a ja sobie teraz przypomniałem ten mecz w 2011 roku na Parc, jakby ktoś wiedział co się święci, a jednak nikt nie umiał wtedy takiego finału przewidzieć... siedzieliśmy z bratem pod trybuną Boulogne, w tym tłumie, co to ledwo zipywał od emocji, bo już trzy lata bez żadnego trofeum wisiały nam nad głową jak przeklęta chmura. a tu nagle padł gol Courtois'ego, ten ich obrońca wbija w dół z trzydziestu metrów, i ja pamiętam jak brata złapał mnie za ramię, że aż paznokcie mi wbili — a za chwilę te krzyki naokoło, jakby całe miasto dostało wreszcie swoją dawkę szczęścia. i niech mnie cholera weźmie, ale kiedy po meczu szliśmy piechotą w kierunku metra, to nawet ci obcy ludzie na ulicy wrzeszczeli "zjedliście ich!", i jeden starszy pan w berecie z napisem "psg" kiwał głową i mówił: "to już nie ten klub co dawniej, to coś więcej, to jak rodzinna impreza" — a ja mu od razu do gitary dorwałem, że akurat po tych latach bez niczego to było jak cudem odzyskane dziedzictwo... i jeszcze do dzisiaj, jak słyszę te stare piosenki kibicowskie w radiu, to od razu przed oczami staje tamten wieczór, zapach sera w rogalikach, papierosowy dym co latał między nogami, i ta histeria dookoła, jakbyśmy wreszcie odzyskali coś, co nasze. psst, a pamiętacie jeszcze jak wtedy świętowaliśmy aż do samego rana na Place de la République? tamten karnawał był jak odbicie tamtej chwili z historycznych ksiąg — bo przecież to nie tylko o wygranej chodziło, tylko o to, żeby wiedzieć, że zawsze jesteśmy razem, niezależnie od wyników... no, ale co tam gadać, kto pamięta, ten wie, a kto nie pamięta, niech się przygląda teraz — bo my dalej gramy z duszą, a niektórzy chyba zapomnieli, jak to się robi. 😄
Ejże, a co tam znowu porównywać, kiedy nie ma nawet co wyjść na dwór, bo zamiast zielonych tłumów to teraz same koszulki z reklamą psiej karmy... Tamte chłopaki grali jakby mieli w dupach ogień i jeszcze mieli do tego ten cały szacunek do samego siebie, no i do przeciwnika też — wiesz, te 60 sekund z Marcziniakiem, to była nie tyle grzeczność, co prawdziwa duma z bycia kibicem PSG. Dzisiaj to niby mamy milion euro w składzie, ale jak przyjrzeć się tym minom po meczu, to więcej jest twarzy, które wyglądają tak, jakby właśnie skończyli lekcje geografii, a nie dogrywkę o prymat.
A ten Parc! kiedyś to był taki nasz drugi dom, teraz to raczej muzeum, w którym co weekend podchodzi się do biletu, żeby popatrzeć, jak za pół ceny ktoś odbiera ci marzenia. Tamte lata to były nieustanne zaklęcie "jeden raz, a jutro cała Francja", dzisiaj to bardziej "jeden raz, a już jutro czekamy na gwiazdkę z Instagrama". Pamiętam, jak wracaliśmy z bratem z Boulogne, a w kieszeni dzwonił nam portfel od zapałek z napisem "Parc des Princes – stolica futbolu", bo bilety kosztowały tyle co bilet do kina, a emocji było za cztery. Dzisiaj ten sam bilet mógłbyś wylicytować na Allegro za cenę samochodu.
I te szaleństwa po meczu! Ulica się zatrzymywała, tramwaje stawały, a my biegliśmy przez całe miasto z flagami, które dawniej uszyte były w domowych warunkach, dzisiaj to raczej szyte przez projektantów, którzy w życiu nie widzieli meczu na własne oczy. Tamci kibice nie mieli butelek z piwem z ekologicznej certyfikowanej butelki, mieli zwykłe puszki, które można było rozdeptać nogą na płycie chodnika, i nikt nikomu nie robił zdjęć do Instagrama, bo nikt nie myślał o tym, że ma "content" — myśleli tylko, że ten moment jest ich, i tyle.
Ale to nie jest tak, że tęsknię jak za czasem, którego nie ma — po prostu widzę, że coś nam uciekło. Tamta drużyna grała z sercem, dzisiejsza gra z kontraktem. Tamci kibice byli rodziną, dzisiejsi są target group. I nie chodzi nawet o to, że dzisiaj się nie cieszymy — cieszymy się, ale jakby ktoś uprzednio zrobił nam badanie grupowe i powiedział, ile razy można skakać do góry w ciągu minuty, zanim zrobi się z tego content do TikToka.
Prawda jest taka, że kiedy patrzymy na te stare filmy, to nie widać w nich milionów, tylko ludzi. I właśnie tego brakuje dzisiaj najbardziej — nie boiska, nie gwiazd, ale ludzi, którzy po prostu kochają ten klub, a nie jego wycenę. Bo pamiętaj, psst, kto pamięta, ten wie, a kto nie pamięta, niech zobaczy archiwa… albo niech idzie zrobić sobie selfie z Mbappém na Łuku Triumfalnym, bo tam się dziś odbywa "prawdziwe kibicowanie". 😉🔴
xG > emocje.
Ej stary, to jak ja sobie przypominam te czasy, to mi się włosy na tyłku jeżą! Siedziałem wtedy z kumplami w knajpie przy Rue Oberkampf, bo akurat nasz lokalny browar miał promocję na piwo "Le Rouge" — no i co? No i że akurat w tym samym momencie radio wywala informację, że Marcziniak wbiegł na boisko z tym kapeluszem, a myśmy akurat pili piwo z kuflami, które sami sprowadziliśmy z mercado w Barcelonie, bo tam było taniej od kanapy kibica. No i co robimy? Zrywamy się jak opętani, biegniemy przez całe miasto z kieliszkami w ręku, machając flagami zrobionymi z poszwy od łóżka — bo akurat taka była nasza flaga, nie żadne designerskie gówno — i wrzeszczymy dookoła "To nie pijemy piwa, to pijemy historię!". A jeden facet w napisie "psg" na koszulce popatrzył na nas tak, że aż mu piwo się rozlało... no ale co tam, ważne że on też po chwili zaczął skakać! Aż tu nagle jedna pani starsza z balkonu zaczęła do nas rzucać bułki, bo myślała, że to jakaś demonstracja związkowa! 🤣 Fakt, że przybiegliśmy na Parc, a tam już nasz stary dobry Marcziniak stał z tym kapeluszem w ręku, i wszyscy wrzeszczeli "DAJ GO LEWEMU!", a ja akurat miałem na nogach klapki, bo buty zostały w knajpie... i jeszcze do dzisiaj jak zakładam klapki na imprezie, to wszyscy mówią "O, znowu ten kapelusz na boisku!".
Ale serio, stary, tamten czas to był taki moment, kiedy kibicowałeś nie dlatego, że twój zawodnik ma kontrakt wart milion, tylko dlatego, że kochał ten sam szalik co ty. A dzisiaj? Dzisiaj masz kontrakt wart milion, ale kibicujesz… no sam wiesz. Ale niech się ma! Przynajmniej my pamiętamy, jak to było naprawdę — i że najlepsze piwo pijało się nie z ekologicznej butelki, tylko prosto z puszki, którą można było rozdeptać nogą na płycie chodnika. Bo pamiętajcie: dawni kibice nie mieli contentu, mieli fajnie! 🍻🔴💚
Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿
@Kasia_naZawsze no właśnie!!! 😅 Ja akurat tamtego lata wracałem z Morzysławia, bo stary mnie puścił na weekend do ciotki w Paryżu — a tu trafiłem na taki sammaj, tylko że na Stade de France, bo akurat był finał pucharu. Siedziałem z kilkoma chłopakami z Lublina, co to przypadkiem wpadli na te same mistrzostwa co my, i wszyscyśmy mieli jakieś stare szmaty zawieszone na kijach od znaków drogowych, bo to była nasza flaga… No i tak się zastanawiam… 🤔 Bo przecież nawet nie pamiętam, ile dokładnie wtedy mieliśmy piw — czy to było 5, czy 7? — ale doskonale pamiętam, że po golu Lewandowskiego wszyscyśmy biegli w kierunku Łuku Triumfalnego, a na ulicy jeden facet rozdawał darmowe rac, bo akurat skończył pracę w składzie z fajerwerkami. No i te klapki… no bo ja akurat miałem takie niebieskie japonki, co to zwykle służyły do chodzenia do sklepu — i jeszcze do dzisiaj jak zakładam te japonki, to ludzie pytają, dlaczego je noszę. 😊 Może i nasi w knajpie przy Oberkampf mieli klapki, ale ja? Ja miałem japonki i butelkę Le Rouge, którą stary ukradł ze swojego kantorka w hurtowni napoi — nie powiem komu, ale trzymajcie się ode mnie z daleka! 🍻 Dzięki, że przypomniałeś, bo akurat wczoraj oglądałem stare filmy z tych czasów i pomyślałem… no właśnie, gdzie się podziała ta cała magia?
Ej, ludzie, jak czytam te historie to aż mi się ręce zaciskają od tych fajek i piw — bo ja tam byłem w 2009 na meczu z Lens, akurat jak PSG wygrywało 3:1, a ja obstawiłem w bukmacherce podwójny rezultat za 12.50 złotych. Wyszło mi 32 euro, ale jakie to było zadowolenie? Kupiłem sobie browarka na trybunie, pociąłem go z dwoma chłopami z Trybowego, których nawet nie znałem, a oni mieli flagę szyta własnoręcznie. Też tak pamiętacie, że kibice dawali radę poszyć coś na miejscu? Teraz to jak patrzę na dzisiejsze karnisze, to więcej jest designerskich ściereczek niż prawdziwej chemii. Raz się żyje, ale pamiętajcie — bankroll to podstawa! 💸🔥 I nie ważcie się narzekać, że dzisiaj nie ma radochy, bo jak nie macie historii w sercu, to w życiu nie złapiecie tej magii, co była kiedyś.