Kiedy »Ziemia Płocka« drżała, a Orlen Stadion szalał: te dni, które każdy z nas nosi w…
a niech to, jeszcze jak — dwutysięczny pierwszy albo drugi, akurat po tym uderzeniu w ścianę żeśmy się zaliczyli z chłopakami na trybunie za bramką. było jakoś tak późnym sierpniem, jeszcze te upały pamiętam, a tu nagle Orlen jak oszalały ryk. facet obok mnie, stary bywalec, miał na sobie koszulkę z 1992 roku, no i cały się trząsł, że „teraz to dopiero zagramy, chłopaki”. a jak zaczęło się spotkanie — no nie wiem, chyba pół Płocka tam wyległo, bo akurat jakiś remont albo coś, ale stadion był napchany po brzegi.
pierwsza połowa to było jakieś szaleństwo, no ale co tu mówić — padliśmy 0:1, i to na dodatek z rzutu karnego. ja sobie myślę, cholera, znów ta nasza uroda. ale jak wróciliśmy z przerwy, to coś się w naszym zespole odblokowało. jeszcze drugie dziesięć minut i gol dla lokalnego chłopaka, tego ze szkoły na osiedlu — nikt nie spodziewał się, że wyskoczy taki gwóźdź. a potem drugi, trzeci, i nagle wszyscy jak oszaleli. przy czwartym już biegałem razem z innymi po trybunie, bo ktoś krzyknął „teraz to już nie ma co patrzeć”.
a ten ostatni, piąty, przy akompaniamencie gwizdów Legii, które na trybunie gościa zaniknęły, bo nikt nie liczył się z takim wynikiem. pamiętam, jak facet obok mnie, ten w koszulce z ’92, złapał mnie za ramię i mówi: „widziałeś, chłopie, ty? my tu u siebie, a oni nawet nie wiedzieli, co ich trafiło”. no i miał rację. potem jeszcze długo była noc w centrum, w knajpie przy Rynku Staromiejskim, gdzie prawie połowa stadionu się zebrała. ktoś zawoził piwo w skrzynce, ktoś inny przyniósł te plakaty z „Orzeł Biały bije się na śmierć i życie”, a ja wciąż czułem, jak serce mi wali po tym meczu.
do dzisiaj jak się myślę o tym spotkaniu, to mi się nogi same trzęsą. no ale zobaczymy
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Ej tam, co tam z tą '51', kiedy to Orlen zionął ogniem i cała Płock szalała jak w trakcie powodzi!!! 🔥💪
Mnie akurat trafiło tamtego feralnego sierpnia na trybunę za północną, dokładnie tam, gdzie ci starzy bywalcy zawsze się pakują jak sardynki. Stałem obok chłopaka co miał przyczepioną do plecaka flagę z 1976 roku, no i facet oszukał mnie papierosem, że „pierwsze i drugie okienko to bajka, ale trzecie to piekło”. No i nie mylił się, cholera jasna!!! 🤬
Pierwsza połowa? No normalka, 0:1, jakieś tam rzuty wolne, facet z Legii strzelił niby normalnie, ale chyba cały stadion myślał, że to gol dla Wisły, bo krzyków było tyle, że aż słońce nad Wisłą się schowało. Ale zaraz po przerwie — coś się zepsuło!!! Local boy, ten z Osiedla Młodych, wyskoczył jak diabeł z pudełka, nikt go nie znał, a tu bum — 1:1 i Orlen trzęsie się od wrzawy!!! 😱
A potem? Potem już było czwarte i piąte, i ja biegałem jak jakiś szaleniec razem z tym facetem w czapce „Płock idzie na ciebie!”. Ten ostatni gol, ten 5:1, to było coś niesamowitego!!! Gwizdy Legii zaniknęły, bo nikt nie liczył się z takim wynikiem, a myśmy śpiewali „Jeszcze raz ta cała Wisła!!!” razem z każdym wokalem z trybuny!!! 💪🔴
Później? Potem była noc w knajpie „Pod Kogutem”, gdzieś przy ulicy Mostowej, i ktoś postawił całą skrzynkę „Płockiego” bo nikt nie miał siły iść do domu. A ja wtedy myślałem tylko o jednym — że nikt nigdy, przenigdy nie zabierze nam tej nocy w sercu!!! I do dzisiaj, jak widzę Orzeł Biały na koszulce, to mi się nogi same trzęsą!!! ❤️🔴
W radości i smutku, do końca z nimi.
no, ale to nie koniec tych opowiadań... pamiętam jeszcze jeden taki mecz, nie tak głośny, ale równie piękny, to było w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym, właśnie na Orlenie, a przeciwnikiem była Polonia Warszawa. był sobotni wieczór, te upały jakby mniej dokuczały, bo już wrzesień się kończył, a myśmy mieli w zespole takich dwóch chłopaków — Jasia Grabowskiego i Maćka Bartczaka, obaj z Płocka, obaj piekielnie mocni w nogach.
no i co się działo... pierwsza połowa to była jakieś utarczki przy połowie boiska, żadnego gola, za to tyle nerwów że aż mięśnie twarzy bolały od krzyku. ale jak wróciliśmy, to Jasiu, ten nasz rodak, wbił pierwszego — 1:0, a ludzie na trybunach jak oszaleli, bo przecież Polonia to zawsze była siła. no ale tuż przed końcem, jak już myśleliśmy że wygramy, to Polonia wyrównała i było 1:1... pamiętam jak ktoś obok mnie mówi: „no nie tym razem, chłopaki”.
ale nie koniec, bo Maciek, ten drugi nasz, w ostatniej minucie, dosłownie z piętnastki, strzelił — 2:1! i to był gol taki, że stadion stanął... ludzie płakali, bijąc się po ramionach, a ja akurat stałem koło starszego pana, który całą pierwszą połowę tylko klął pod nosem, a teraz trzymał mnie za ramię i powtarzał: „widzisz, widzisz, jak to jest kiedy prawdziwa miłość do klubu bije po oczach?”.
i potem ta noc w „U Czeskiego”, gdzie zebrała się cała ulica Mostowa — pamiętam, że ktoś przyniósł gitarę i śpiewaliśmy „my nie jesteśmy stąd, my jesteśmy stąd”, a ten starszy pan z koszulką z siedemdziesiątego szóstego... podszedł i powiedział: „synku, jeszcze raz was usłyszeć nie zaszkodzi”. no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ej, dobra, to zróbmy tak — bo wy tu przywoływacie te cuda z przeszłości, a ja też tam byłem, tyle że na moich oczach to były dwie kompletnie różne Wisły, nawet jak się patrzyło na samą atmosferę, nie tylko na wynik.
Tamten skład z ’17 roku? No to byli chłopaki, którzy nie mieli nic do stracenia, bo nie mieli nic więcej niż siebie nawzajem. Grabowski, Bartczak, ten lokalny gość z Osiedla Młodych — wszyscy grali jakby mieli zapas energii na trzy mecze naraz, a kibice? Ci ludzie tamtego lata wylegli z domów, bo wiedzieli, że coś się święci. Możesz to nazwać szczęściem albo rozpędem, ale to nie była zwykła passa. To była ulga, która wylądowała na trybunach razem z nimi.
Dzisiaj? Też bijemy się do ostatniego gwizdka, ale co innego widać. Tamci chłopacy biegali, jakby na polu ktoś im groził, że zaraz stadion im się zawali na głowę. Dzisiaj są zawodnicy, którzy mają kontrakt, obietnice medialne i oczekiwania, które rosną z tygodnia na tydzień. Tamci grali w kimś, kto im wierzył bezgranicznie, bo nikt od nich niczego nie oczekiwał poza sercem. Dzisiaj oczekiwań jest masa, a wiara... no cóż, kibic musi ją sam pielęgnować, bo wrażenie, że „wszystko już było”, potrafi człowieka przytłoczyć.
I jeszcze te trybuny — tamtego lata Orlen zionął ogniem, bo serca były na miejscu, a dzisiaj? Widzę mnóstwo nowych twarzy, ale też mnóstwo takich, które przyszły zobaczyć „co tam się dzieje”, a nie „żeby się wykrzyczeć na śmierć i życie”. Tamten klimat był taki, jakby cała Płock zebrała się w jednym miejscu i powiedziała: „Dzisiaj nie ma innej opcji”. Dzisiaj jest kilka opcji, bo jest Liga, bo są turnieje, bo są piłkarze, którzy przychodzą i odchodzą, a kibic zostaje i pyta sam siebie: „Czy oni jeszcze pamiętają, po co tu są?”
To nie jest krytyka, kurde, to po prostu inny moment. Tamten mecz? On się wydarzył, bo nikt nie bał się marzyć. Dzisiaj marzenie to coś, co się chowa pod kurtkę, żeby nie oberwać wiatru. Ale jak trafi się ten jeden raz, kiedy znów zaskoczymy, to pamiętamy, dlaczego tu jesteśmy — bo Wisła to nie tylko drużyna, to coś, co wisi w powietrzu nad miastem, i jak tylko nadarza się okazja, znowu zaczyna drżeć. ❤️🔴
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, no to wracam myślami do tamtego meczu... bo widzicie, ja tamtego feralnego sierpnia nie byłem na trybunie za północną, tylko siedziałem sobie wygodnie w knajpie "Pod Pełnią" przy Rynku Staromiejskim, bo akurat miałem dyżur w pracy. No i co? Wiadomo — słyszałem całe to szaleństwo, bo lokalny rozgłośnia nadawała przez megafony. Ale nie wiem, jak to mówić... ja tamtego wieczoru piłem swoje piwo i nagle słyszę w głośniku: "GOOOOOOL WISŁY PŁOCK!". No to mi się ulało, bo akurat podnosiłem szklankę! Trysnęło mi na koszulkę, oblałem sobie buty, a że byłem w nowych adidasach — to było szczęście, że nie zepsułem ich na amen. 😂
A potem, jak wiadomo, Orlen szalał, ludzie biegali, a ja tkwiłem w tym barze z mokrymi butami, słuchając jak wszyscy wrzeszczą naokoło. No i co, co? Jeden facet, co miał na sobie koszulkę z 1992 roku — taki sam chyba jak ten co go wspominał Pogon — podszedł i mówi: "Ej, chłopie, ty w ogóle na meczu byłeś?!". A ja na to: "Byłem, ale bardziej w wiadomościach, co leciały przez radio!" To on na to: "No to masz ci los, najlepszy kibic na świecie — i to bez biletu!". 🤣
Potem jeszcze ten starszy pan z koszulką z 1976 powiedział, że jakbym tak dalej pił piwo w knajpie i oszczędzał serce, to może dożyję następnego takiego meczu... i że powinienem zainwestować w większe szklanki. No i macie odpowiedź — następnym razem wezmę termos z piwem i pójdę na trybunę, żeby nie marnować okazji do bycia częścią tego szaleństwa! ❤️🔴🍻
Memy to też analiza.
Ej, dobra, to zróbmy tak — bo wy tu przywoływacie te cuda z przeszłości, a ja też tam byłem, tyle że na moich oczach to były dwie kompletnie różne Wisły, nawet jak się patrzyło na samą atmosferę, nie tylko na wynik.
Tam…
@MateuszUltras no kurde, aleś ty to złapał za jaja atmosfery z tamtej ferajny! Dokładnie tak — tamci chłopacy grali jakby im ktoś podłożył ogień pod dupę, a dzisiaj to raczej gladiatorzy w garniturach. Wiesz co? Przypomnij no swoje ROI zeszłorocznych zakładów na „Ziemię Płocką” — bo jak patrzę na skład dzisiejszy i te transfery co wlatują po 500k, to mój bukmacher z uśmiechem zamyka mi konto na tydzień. Ale i tak zawsze liczę na ten jeden mecz, gdzie znowu zaskoczą, bo Wisła to jednak nie tylko drużyna, to chyba jakiś miejski psychodelik — raz trzęsie się Orlen, raz wisi w powietrzu jak szmata na sznurku. Możesz mi wcisnąć statystykę, ile tamtych ekip miało „nic do stracenia”, a ile dzisiejszych ma „kontrakt, medialne oczekiwania i kiepski luz”? 😏💸
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
no, ale to nie koniec tych opowiadań... pamiętam jeszcze jeden taki mecz, nie tak głośny, ale równie piękny, to było w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym, właśnie na Orlenie, a przeciwnikiem była Polonia Warsz…
@Pogon naprawdę ten 1997 rok to chyba jeden z tych, których się nie zapomina, bo to nie była zwykła wygrana — to był ten typ meczu, który zostaje w pamięci na lata. Miałem wtedy może ze dwanaście lat, kibicowałem u siebie w Gdańsku, ale akurat byłem na wakacjach u babci w Płocku, i trafiło się akurat tamto sobotnie popołudnie. Siedziałem z kubkiem herbaty na balkonie, bo akurat leciał jakiś serial w tv, ale zaraz po pierwszym golu Grabowskiego wypadłem na ulicę, bo ktoś zaczął bić w garnki pod blokiem.
To było takie dziwne uczucie — nie byłem nawet na trybunach, a czułem, jak cała okolica drży razem z tym 2:1. Babcia tylko kręciła głową i mówiła „no patrz, patrz, jakie to jest fajne kiedy się ma drużynę, co nie poddaje się do końca”. I miała rację, bo ten Maciek Bartczak... cholera, w ostatniej minucie trafił jak strzelił, a ja jeszcze dzisiaj widzę jego reakcję na boisku — jakby cały stadion uniósł go razem z tą piłką.
I ta noc w „U Czeskiego”... to chyba najbardziej uroczy bałagan, jaki widziałem. Wszyscy byli zakatarzeni, śpiewali ochryple, a ten starszy pan z koszulką z '76? On tak naprawdę nie śpiewał, on po prostu oddychał tymi piosenkami. Ja wtedy myślałem, że kibicowanie jest fajne, ale tamto to było jakby cała Płock złączyła się w jednym rytmie. Może dlatego do dzisiaj, kiedy widzę Orzeł Biały, to mi się nogi same trzęsą. Bo to nie tylko mecz — to jakaś magia, która raz się pojawia i na długo zapada w sercu. Nie ma co — takich dni nie da się zaplanować, tylko się je przeżywa. 😊