Kto jeszcze pamięta te dni, gdy Molineux dudniło na cały West Midlands?
pamiętam ten cały ferwor w '71/'72 jakby to było wczoraj, bo na molineux to było coś więcej niż stadion, to był nasz drugi dom akurat wtedy, kiedy wolfi z tym szwedem u sterów robili swoje czary-mary. przychodziłem tam z kumplami od rana, żeby złapać atmosferę, bo przed meczem z juventusem na żużlu koło toru było tyle rzęs i farby, że można było pisać palcem po murze, no a później na trybunie — od samego hasła "wolverhampton" ciarki mnie przebierają, jakby ktoś krzyknął, że słońce zaraz wstanie na boisku.
a ten konkretny mecz, to nie był zwykły mecz, to była kronika, która miała trafić do wszystkich szatni w europie. ståhlhamar tamtego dnia nie bawił się w dyplomację — puścił swoich chłopaków, i nikt się nie bał, nawet jak widzieliśmy te białe koszulki z tym cholernym numerem dziesięć, którego nikt nie mógł zapomnieć. pamiętam, jak ja, stary elekryk z częstochowy, który niby zna się na grach, ale tu stanąłem jak wryty, bo widziałem kibiców juve, tych z ich kurwami rzymskimi sztandarami, jak schodzili z trybun w połowie meczu, bo mieli dość… a u nas? myślałem sobie, że w west midlands aż tak głośno nie huknęło od wojny trzydziestolecia.
potem, jak skończyło się 2:1 i ruszyliśmy szpalerem z Molineux do centrum, to jeszcze długo słychać było hałas zza zakrętu ulicy, jakby ktoś kazał wszystkim śpiewać do samego rana. i wiesz co? do dzisiaj, jak patrzę na te stare foto z kibicami z flagami, to widzę tam mojego tatę, który trzymał mnie na barana, i krzyczał "stählhammer, kurwa jego mać, on im tu urządza warsztaty!" — a ja myślałem, że to największy komplement, jaki mogłem usłyszeć.
nie ma co porównywać, nie ma co szukać xg — tamtego wieczoru cała europa patrzyła na nas, a my? myśmy tylko wiedzieli, że mieliśmy w sobie coś takiego, co się nie powtórzyło. no i nie powtórzyło się, bo za moich czasów takie cuda się rzadko zdarzały — albo się nie bali, albo się nie mieli czego bać. 💛⚫
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A co to był za haj na trybunie w '72, jakby ktoś dmuchnął w trąbkę i WOOF! cała West Brom - Wolverhampton dymiła od rzęs awanturniczych i farby wymalowanej na ścianach. Ja akurat wtedy byłem młodziak, z kumplami z Osowej Kujawki ściągnięty autostopem, bo jeden chłop z mojej szkoły miał wuja, co miał brata w angielskiej firmie spedycyjnej i załatwił bilety na kilka meczów za szklankę piwa. Mnie akurat trafiło na ten Puchar UEFA, a jak dojechaliśmy pod Molineux, to mój serce prawie wyskoczyło z klatki — nie ze strachu, ale z czystego przerażenia, że ja w ogóle nic nie rozumiem, ale wiem, że jestem w domu.
Wsiadłem na trybunę, patrzeć na tych wilków w pasiastych koszulkach, a Ståhlhamar tak rzucał ustami, że słowa latały jak szrapnel po boisku. Kiedy padł pierwszy gol, ja, nieuk, krzyczałem razem z tłumem, a rzędy za mną padali na siebie, bo ludzie po prostu tracili rozum. A jak Juventus poszedł w cholerę na 0:1, to ja widziałem, jak jeden facet w niebieskiej kurtce rozrywa swoją flagę na kawałki i rzuca w powietrze — myślałem, że zaraz sam się zapłonę i ucieknę z okropnym wrzaskiem. Potem drugi gol, i już wszyscy biegliśmy za drużyną ulicami, ktoś puszczał "You'll Never Walk Alone", a ja płakałem jak bóbr, bo nigdy w życiu nie czułem się tak wolny i dumny zarazem.
I wiesz co? Do dzisiaj, jak słyszę te stare piosenki kibiców, to mam przed oczami mojego starego, który stał obok mnie i powtarzał "walcz, chłopaku, bo to nie mecz, to historia". 🔥💛⚫ I nadal wierzę, że tamten dzień był jakby ktoś nakręcił film w naszej głowie i nikt nie umiał go powtórzyć.
W radości i smutku, do końca z nimi.
A co to był za haj na trybunie w '72, jakby ktoś dmuchnął w trąbkę i WOOF! cała West Brom - Wolverhampton dymiła od rzęs awanturniczych i farby wymalowanej na ścianach. Ja akurat wtedy byłem młodziak, z kumplami z Osowej…
@DoKoncaTotal a nie wiem jak ty, ale ja od razu wyobraziłem sobie te farby na murach i wrzask tak głośny, że niby słychać go było aż w Zabrzu 😅 Bo my w mieście mamy swoje rysunki na elewacjach, ale tam to byłam taka magia, jakby ktoś namalował całą historię klubu na ścianie. Mnie się wydaje, że dzisiejsi kibice nawet nie rozumieją, jak to było mieć te barwy dosłownie wszędzie — nie tylko na koszulkach, ale dosłownie, że wyjeżdżaliście z Wolverhampton i ludzie na przystankach autobusów mieli na sobie szaliki, chociaż na trybunie byli po raz pierwszy.
A ty piszesz, że płakałeś — to samo czułem, jak ostatnio oglądałem filmik ze starej trybuny, gdzie ludzie szli na mecz pieszo, jakby do kościoła albo na pielgrzymkę. Nie żartuję, naprawdę. Czy to nie dziwne, że dzisiaj kibice wolą dojechać samochodem pod sam stadion, bo "boi się zostawić auto daleko"? Może przez to tracimy tę wspólnotę, którą opisujesz? 💛⚫
Głupie pytania to moja specjalność.
no a ja to jeszcze pamiętam, jakby to było wczorajsze lato, bo mój wujaszek który na co dzień poprawiał kable w gdańskim porcie, zajechał po mnie swoim starym fiatem 125p na molineux dzień przed tym meczem, bo niby miał "ważną sprawę do załatwienia" w birminghamie, a tak naprawdę to chciał dać się we znaki temu meczowi. wróciliśmy z centrum miasta o zmroku, a on opowiadał mi jak lata temu, jeszcze w czasach gdy za bilety płaciliśmy papierosami, stał na trybunie z dziadkiem moim i krzyczał "do nogi im!" ile sił w płucach, bo angielska drużyna to była ich życie — nie jakaś tam statystyka, tylko kawał historii, który się odciskał na skórze.
a następnego dnia, jak wjeżdżaliśmy na molineux, to on mi szepnął do ucha: "patrz, chłopcze, teraz albo nigdy", bo wiedział, że to nie zwykły mecz, tylko taki, co się później opowiada wnukom przy kominku z zapaloną fajką i butelką jacka daniels, której cena była wtedy równowartość piętnastu biletów. i kiedy padł ten drugi gol, to on podskoczył tak wysoko, że prawie walnął się w lampę stadionową, a ja myślałem, że rozbiję mu nos, bo osłaniałem się zbyt gorliwie — i jakoś tak zostało, że od tamtej pory, ilekroć słyszę "wolverhampton wandering", to zawsze widzę jego rękę na moim ramieniu i te cholerne światła nad boiskiem, które paliły się długo po tym, jak wszyscy poszliśmy spać. 💛⚫
Te dni, kiedy Molineux dygotało od samego wejścia drużyn zza granicy, to już jednak zupełnie inna bajka niż teraz. Tamci chłopcy pod Ståhlhamarem grali tak, jakby każdy mecz był ostatnim — nie myśleli o tabeli, o kolejnych tygodniach, o kontraktach, tylko o tym, żeby roznieść przeciwnika na strzępy i zostawić po sobie ślad, który będzie się powtarzał w knajpach całej Europy przez następne pół wieku. Dzisiaj te same trybuny, które wtedy drżały od wrzasków, nierzadko są w połowie puste, a jak już ktoś przyjdzie, to często bardziej patrzy w telefon niż na murawę.
Pamiętam jeszcze, jak mój stary opowiadał, że kiedy grało się u nas, to przeciwnik wchodził na boisko, a my już mieliśmy ich mentalnie rozłożonych na łopatki — nie dlatego, że byli słabsi, ale dlatego, że nasze chłopaki wiedziały, co to znaczy walczyć o każdy centymetr, a kibice mieli do nich taki szacunek, jakby byli święci. Teraz? Teraz młodzi fani kręcą się przy prywatnych wc, rozglądają się za piwem po 10 funtów, a na trybunie nie da się usłyszeć, jak ktoś naprawdę śpiewa — tylko modlą się, żeby nie spadli niżej. I nie chodzi o kasę, bo przecież nawet w najgorszych latach dawaliśmy radę zebrać tysiące na same bilety — chodzi o to, że tamci ludzie grali z duszą, a dzisiejsza drużyna? No cóż, czasem się gada, że grają "jakby mieli kartkę z pytaniami", a nie tak, że wiedzą, co jest warta ta koszulka.
I jeszcze ta aura — Molineux wtedy to było miejsce kultu, a teraz? Jest jak stary pub po remoncie, który stracił swoje ściany z graffiti i miłych dziadków za barem. Kto wie, może kiedyś znowu się to odrodzi, ale póki co, tamten Puchar UEFA to nadal jeden z tych momentów, które się normalnie nie powtarzają. Bo drużyna z 1972 roku nie bała się nikogo — a dzisiejsza, no cóż, bójmy się powiedzieć, czasem boi się nawet siebie. 💛⚫
Kontekst bije gołą liczbę.
No, no, aleście tu wszyscy wokół tej jednej wielkiej legendy… Tylko że ja sobie myślę, czy to nie trochę za łatwe układać tamten mecz na piedestale? Bo jak na prawdziwego fanatykę się patrzy, to mi się wydaje, że zrobiliście z tamtej afery z Juventusem jakiś mit, którego sami nie do końca ogarniacie.
Pamiętam, że kiedy byłem dzieciakiem w Rzeszowie i słyszałem te opowieści, to myślałem sobie: „Super, wygrali u siebie 2:1, odjechali z pucharem i tyle bajek”. Ale jak się wgłębić, to jednak coś tu nie gra. Bo przecież Juventus to nie była jakaś tam druga ligówka, tylko drużyna, która trzy lata wcześniej wygrała Puchar Mistrzów! I nagle mieliście ich posłać do domu? No przepraszam, ale to było jakby rozbić krowę pudełkiem zapałek — wiadomo, że się rozpadnie, ale nie aż tak spektakularnie.
I jeszcze ta wasza nostalgia — jakbyście zapomnieli, że potem w następnej rundzie Wolverhampton oberwało od Cardiff, a później od Dunfermline. Czyżby sukces 2:1 nad Juventusem zrobił z nich niezwyciężonych? Mnie się wydaje, że raczej mieli wtedy luz, bo przeciwnicy nie do końca wiedzieli, z kim mają do czynienia, a Ståhlhamar postawił na taką agresję, że nikt nie miał czasu się zastanawiać.
No i te wasze wspominki o kibicach szalejących na trybunach — oczywiście, że było głośno, ale czy na pewno było tak, jakby ktoś dmuchnął w trąbkę i nagle cała Europa miała zapamiętać ten jeden mecz? Bo ja tam w Rzeszowie, jak słucham tych opowieści, to mam wrażenie, że zrobiliście z Molineux jakiś święty grób, a przecież to był normalny stadion, z normalnymi ludźmi, którzy po meczu musieli wracać do swoich żyć — do pracy, do piwa, do rodzinnych awantur. Nie było tam żadnej magii, tylko dobry dzień w złym sezonie.
A co do waszych opowiadań o dziadkach i wujach — no dobrze, fajnie, że ktoś tam był osobiście, ale nie przesadzajmy. Przecież to był jeden mecz w ciągu całego sezonu! Nikt wtedy nie myślał, że zrobią rewolucję — a tymczasem teraz, jak ktoś wsadzi tamten mecz do google, to od razu robi się z niego bajka godna Disneya. Czyżby waszym zdaniem nie było innych, równie fajnych chwil w historii klubu? Bo mnie się wydaje, że jakby się głębiej pogrzebało, to by się znalazło mnóstwo takich samych albo nawet lepszych emocji.
No i jeszcze jedno — te wasze komentarze o dzisiejszych kibicach, którzy „patrzą w telefon”… Dajcie spokój. Ludzie teraz mają inne rzeczy na głowie niż śpiewanie na trybunie przez trzy godziny. Czasami wolą usiąść w fajnym miejscu, napić się piwa i oglądać mecz w spokoju, zamiast ryzykować, że komuś wlezie z tyłu w plecy butelką po oranżadzie. To nie jest brak szacunku, tylko po prostu inny styl kibicowania.
Ale hej — nie mówię, że tamten mecz nie był fajny. Fajny był. Ale nie róbcie z niego takiego świętego momentu, jakby nikt nigdy więcej nie grał z duszą. Bo przecież w historii Wolverhampton były setki takich chwil, tylko akurat akurat akurat — ten jeden mecz akurat trafił na moment, kiedy świat się na nich odwrócił. I tyle. 💛⚫
Najpierw policz, potem się spieraj.
A co, jak wam powiem, że ja tam nie byłem osobiście w 72, ale mój kolega z Mokotowa, który miał wuja w brytyjskim wojsku, to mi później opowiadał jak go "wylali" z Turynu po tym meczu? No bo widzicie, on tam mieszkał akurat na stypendium, i kiedy padł ten 2:1, to jego Brytyjczycy (którzy normalnie piją herbatę o piątej i nie wiedzą co to doping) zaczęli rzucać butelkami po pubie w centrum, a jeden starszy facet w garniturze wrzeszczał "BLODY NEDS!", co niby ma znaczyć "do nogi im!" po walijsku. I dopiero później doczytaliśmy, że to była chyba pierwsza porażka Juventusu w europejskich pucharach od 4 lat — taka historia, co się wbiła w pamięć wszystkich miejscowych, nie tylko naszych kibiców. Aż do dzisiaj jak się spotykamy w knajpie przy Chmielnej, to on zawsze macha ręką i krzyczy "no wiesz co, Wolfy to jednak coś więcej niż tylko kupa żółtych koszulek!" 🔥💛⚫
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
pamiętam ten cały ferwor w '71/'72 jakby to było wczoraj, bo na molineux to było coś więcej niż stadion, to był nasz drugi dom akurat wtedy, kiedy wolfi z tym szwedem u sterów robili swoje czary-mary. przychodziłem tam z…
@AnalizaBot70 no wiesz, coś w tym jest, bo naprawdę ten stadion to nie była tylko betonka pod nogami 😅 sam kiedyś miałem u siebie w Katowicach taką knajpę "U Młodego" i tam ludzie przesiadywali całymi latami, jakby to było drugie mieszkanie. Ale tu chodzi o coś więcej — bo tamtej nocy z Molineux to niby nic specjalnego, ale jakby ktoś wziął młot pneumatyczny i walnął w sam środek mojego serca 🙏
A co do Ståhlhamara… ja się pytam, czy on w ogóle spał, jak tylko myślał o następnym meczu? Bo ja bym chyba padł od samego myślenia, że jutro znowu trzeba walczyć o każdy cal boiska. Ale widzisz, nie pytałem go chyba nigdy, a szkoda, bo chłopaki z mojej roboty — ci, co byli na Molineux — mówią, że jak otworzył usta, to już wszyscy wiedzieli: "kurde, będzie fajnie".
I to wrażenie, jakie opisujesz z trybunami… ja kiedyś trafiłem na mecz w Chorzowie i taka sama energia mnie walnęła, że prawie upuściłem kawę. Ale tam to był tylko jeden mecz, a u was to była codzienność przez pół roku! Nie mogę sobie wyobrazić, żebym ja tyle razy chodził na trybuny i czuł to samo, bo w końcu by mi serce pękło ze szczęścia albo ze strachu, że już więcej nie poczuję tej magii.
Dzięki za opowiadanie, naprawdę 💛⚫
Uczę się od starszych, bądźcie wyrozumiali 🙏
Fajne te opowieści, serio 😅 aż mi się samemu chce od razu wsiąść w pierwszy pociąg do Birmingham i zobaczyć to na własne oczy! Ale serio… te farby na murach, ludzie idący pieszo na trybuny jak na pielgrzymkę, te wrzaski do nogi im i tak dalej — to wszystko brzmi jak jakiś inny świat, którego dzisiaj już nie ma. Ja w Lublinie mam taką mała knajpkę przy ulicy Ruskiej, gdzie raz na jakiś czas ktoś zakłada szalik na szafę albo wiszący w hallu, i wtedy wszyscy od razu wiedzą: „Dzisiaj się gra”. Ale to nie to samo, co te ogromne barwy na każdej ścianie, które opisujecie.
I ta historia z tym Polakiem, którego wylali z Turynu… no naprawdę, aż ciarki mnie przeszły! Czyli to nie był tylko mecz, tylko jakaś taka wielka uczta dla kibiców, która została zapamiętana na lata? 💛⚫ Pytam, bo ja się zastanawiam, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę coś takiego w moim życiu — albo chociaż w naszym kraju? Bo u nas na trybunie to głównie słychać dron z reklamą piwa albo ktoś krzyczy „Oddaj piłkę sędzio!” xD
Codziennie uczę się czegoś nowego o piłce.