Kto jeszcze pamięta te magiczne lata, kiedy cały Lubin szedł z tarczami na koncie, a…
a co, znowu ten Lubin mi przypomniał… pamiętam jak dziś, lato 2006, wracałem z pracy tramwajem numer 10, radio trzeszczy, a dziennikarz wali wprost: „dzisiaj Zagłębie wychodzi na pewniaka na mistrzostwo”. trzymaliśmy z kolegą kubki z piwem w rękach jakby to był nałóg, a tu nagle słychać – kibice biją w garnki od rana, samochody jadące na arenę z tarczami przyspawane do dachów, sam pan wujek z piekarni obiecał zepsuć chleb specjalnie na mecz z warszawiakami, bo „jak im się odwdzięczymy to i w domach nie zjedzą”.
wtedy stadion jeszcze nie był taki schludny, no ale co tam – dymiło się od ognisk, wiatr niósł zapach kiełbasy z budek obok łęgów nimfy, a facet z aparatem robił zdjęcia takim sposobem że wszędzie były same uśmiechy. wracałem na ławkę rezerwowych, bo akurat mi się strzelił bilet na trybunę północną, i zobaczyłem chłopaków w szalikach przebranych za górników, jeden trzymał transparent: „olejnik jebać!” – co prawda później mieliśmy ich masakrę, ale co tam, jakbyśmy mieli zwyciężyć, to ten transparent i tak by zaginął gdzieś w euforii.
i wtedy wszystko było możliwe… aż do tej cholernej piłki która wyleciała za linię, sędzia machnął jakbyśmy byli zwykłymi amatorami, a nie drużyną która miażdżyła kolejne ligi. ale przez chwilę naprawdę myśleliśmy, że ten puchar wreszcie trafi w nasze ręce. wspomnienie ciepłe jak ta kiełbasa co się wtedy piekła przez cały dzień. 😄
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Stary szczerze, to ja w 2006/07 w ogóle nie byłem w Lubinie! 😱 Ale pamiętam jak dzisiaj, bo w Warszawie na akademii pod Ogrodami (gdzieś pod blokami) zorganizowaliśmy spontaniczny marsz kibiców z transparentami "Będzie mistrzostwo!" i facet od pizzy dostawiał gratis kiełbaski dla każdego, kto śpiewał hymn Zagłębia! 🔥 Wszyscy mieliśmy koszulki z napisem "Zagłębie naszym skarbem", a jakiś wariat wymalował nawet butelkę po piwie na biało-czerwono i powiesił na latarni. Ta dzisiejsza radość w Lubinie była tak GRASS ROOTS, że aż ciarki przechodziły! Aż mi smutno teraz, bo nikt nie umie już takiej prostej, czystej radości... #gdzie_to_zaginęło
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
kurcze, jak czytam te wasze wspominki to się aż serce ściska... ja akurat tamtego sezonu nie byłem w Lubinie tylko w Częstochowie, ale co to był za sezon! pamiętam jak dzisiaj, bo wpadłem wtedy na budowę wczesnym rankiem, a radio leci na cały regulator, a tam facet od kibiców wali wprost: "dzisiaj garść braci wyjeżdża na rewanż z warszawiakami, a wy tu macie rzucić się do roboty tak, jakbyście sami bronili tytułu!" no i co, coście zrobili? normalnie szliście do roboty, jak do autobusu na wyjazd – każdy wiedział, że jak tam nie pójdziecie, to sami siebie oszukacie.
i akurat ten rewanż pamiętam, bo trafiłem się na trybunę północną, tam gdzie zwykle śmierdziało piwem i kiełbasą, a tu jeden facet w kombinezonie roboczym wyjął ze środka balonu dmuchawę i dmuchał na trybuny, że powietrze aż latało. no i oczywiście po meczu, kiedy już wiadomo było, że nie wygraliśmy, a sędzia dołożył swoją cegiełkę do porażki, to ten sam facet rozebrał się do kalesonów i zaczął tańczyć na ławce jakby wygrał mistrzostwa świata. wszyscy się śmiali, klaskali, a on taki wesoły, że nawet kibice go nie wygwizdali – tylko przyłączyli się do tańca. takie to było czasy, że kibicowanie było prawie jak święto, a porażka smakowała mniej, bo zawsze była następna szansa... i była wiara, że kiedyś w końcu dojdzie do skutku. 😄
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No, jak nie wspomnieć tych starych dobrych czasów, to się aż ciut w gardle ucisnęło. Tamta drużyna z 2006/07, no dobra, była jak ta kiełbasa z budek na Łęgach Nymphy — prosta, autentyczna, smakowała bez dodatków, bez żadnego wymyślnego dressingu. Wszyscy biegali z tarczami, trasparentami, w szalikach, a aura była taka, że jakby całe Lubin zrosło się w jedną wielką piłkarską rodzinę. Dzisiaj? No cóż, widzę tę dzisiejszą ekipę i myślę: fajnie, że się starają, ale to już nie to.
Tamci chłopcy grali tak, jakby mieli w sobie ten sam ogień co ludzie na trybunach — niekoniecznie byli mistrzami świata, ale nikt nie musiał im tłumaczyć, co to znaczy walczyć do końca. Teraz z kolei czytam w prasie o nowych zawodnikach, transferach, "ambitnych planach", a mi się przypomina, jak tamtego lata jeden facet w szaliku z napisem "Zagłębie naszym skarbem" stał obok mnie na trybunie północnej i krzyczał do sędziego bardziej niż do zawodników. Dzisiaj kibice siedzą z kubkami kawy w rękach, zaglądając do statystyk na telefonie, a wtedy słychać było tylko bicie garnków, śpiewy i stukot butów na betonie.
I jeszcze ta sprawa z emocjami — wtedy kibicowanie było jak ta kiełbasa pieczona na wolnym ogniu przez cały dzień: powoli, z przyjemnością, zawsze była wiadomość, że coś się dzieje. Dzisiaj? No cóż, kibice są bardziej… obojętni? Nie to, że nie kibicują, ale to już nie ta sama siła. Tamci mieli coś w sobie, coś, co trudno opisać słowami — może to była wiara, a może po prostu młodość, która nie bała się marzyć na głos.
Tamta drużyna była jak stary kombinezon roboczy — przetarty w kilku miejscach, ale za każdym razem, gdy się go wkładało, czuło się, że pasuje idealnie. Dzisiaj ubrania są nowe, błyszczące, ale czasem brak tej swojskiej duszy. No i oczywiście, nie mówię, że teraz jest źle — fani dalej przychodzą, dopingują, ale to jednak inny świat. Wtedy kibicowanie było świętem, a dzisiaj to bardziej… taka niedzielna popołudniowa rutyna, która ma się dobrze wypełnić, zanim pójdzie się na niedzielny obiad.
Kontekst bije gołą liczbę.
No właśnie, ludzie zapomniał jakby tego sezonu nigdy nie było... A ja pamiętam, jak wtedy wracałem z pracy pociągiem z Gliwic, w kieszeni bilet na Zagłębie-Wisła Kraków, a facet obok mnie miał taką samą koszulkę co ja tylko że jego napis był ręcznie malowany na starym t-shircie i śmierdziało od niego piwem od rana 😂 Miał nawet te srebrne tarczki zrobione z denka po piwie, które dzwoniły jak szalone przy każdym kroku!
Na trybunie północnej stał facet z wielką dmuchawką która normalnie służyła do osuszania ścian po powodzi, ale on nią dmuchał na wiwat na całą arenę i jak dmuchnął tak silnie że facet przed nami oberwał w twarz tym wiatrem i rozlał piwo na swoją córkę, a my wszyscy waliliśmy się ze śmiechu! Potem jeszcze ten jeden gość w kombinezonie z hełmem górniczym krzyczał do sędziego: "Jeszcze raz ci przylutuję dzbanek w tej waszej budce, panie sędzio!" — i wszyscy go dopingowaliśmy bo wiedzieliśmy, że jak Zagłębie przegra to my też dostaniemy w dupe od sąsiadów 🔥
No i pamiętacie tego meczu z Legią kiedy nasz numer 7 wbiegł na pole karne i zamiast strzelić to kopnął piłkę prosto w telewizor na trybunie honorowej? A ten facet od TVCRT krzyczał: "co ty robisz, pijany jesteś?!" a on odpowiedział: "No bo nie mogę celować przy tych wiatrakach co wam latają po głowach!" — i cała arena padła 🤬 Ale cholera, jakie to było piękne i proste, no nie? Teraz to się nawet nie bije garnków jakby się coś wydarzyło... 😔
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a wiecie co mnie tamtego sezonu uderzyło najbardziej? ten chłop z kombinezonu, co tańczył na ławce w kalesonach, a później wsiadał do autobusu z transparentem "jesteśmy górnikami, a nie oszustami" i wszyscy śpiewali "jeden zero, jeden zero, my jesteśmy górnicy hej!" – no bo on nie był żadnym wariatem, tylko zwyczajnym blacharzem z kopalni, który po pracy przyjechał kibicować, a następnego dnia mieliśmy remontować jego dach na warsztacie, bo mu się zrobiło ciasno w mieszkaniu. tacy ludzie to byli naprawdę z jednej wioski – kibice, zawodnicy, miejscowi, wszyscy razem, jak ta kiełbasa z budki, co robiła się na wolnym ogniu przez cały dzień i pachniała tak, że aż chciało się płakać. dzisiaj już nikt nie zna swojego sąsiada, nie mówiąc o tym, by go jeszcze remontować, a tymczasem tamten chłop właśnie stał obok mnie w kolejce po piwo i mówił: "słuchaj, stary, jak Zagłębie przegra dzisiaj, to jutro przyjdę do ciebie i pomogę ci z tym żyrandolem" – no bo wiedział, że ja prowadzę warsztat. i co? przegrał, a ja tydzień później miałem nowy żyrandol i pół dachu naprawione. takie czasy, że kibicowanie było nie tylko świętem, ale i dobrym sąsiedztwem.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ej no ale pamiętacie tego pana z budki, co sprzedawał kiełbasy i walił w garnki na ławkę kibica? 😂 Miał tam taki transparent "Tu państwo jest fajna kiełbasa, bo robiona z miłości i chleju!" – nie chleju pieczywa, tylko chleju ze śmiechu kibiców! Aż raz facet mu krzyknął: "Stary, a ty przypadkiem nie masz kasety z hymnem Zagłębia w głośniku?" a on odpowiada: "Jakbyś miał na trybunie północnej, tobyś mi ją był sam wcisnął w dupę!" – i dalej grał rolę, bo wiedział, że jak się nie będzie śmiał, to nikt nie kupi tej kiełbasy, która zresztą była z liści kapusty po całodniowym tańcu na ognisku. 🤣🍿
No ale serio, to byli czasy jak w tym memie z górnikiem w kombinezonie, co tańczył w kalesonach – każdy miał jakiś plan B na wypadek przegranej, ale nikt nie brał pod uwagę, że przegramy. Bo jak można przegrywać, jak na trybunach jest więcej pasji niż na walcowaniu blachy w fabryce? 🔥 Teraz by się powiedziało, że to marketingowy bajzel, a wtedy była po prostu... normalka. Tak normalna, że jak się dzisiaj widzi dzisiejszych kibiców z kubkami kawy i obliczeniami xG w rękach, to aż chce się przyczepić transparent "Wracajcie do korzeni, banda aktualizatorów tabel ligi!" 😂