Kto jeszcze pamięta te magiczne wieczory na Motorze, gdy stadion wrzał, a my byliśmy tam z całą sobą?
no ale coś tam te lata siedemdziesiąte miały w sobie… pamiętam jak dzisiaj, pierwszy raz poszedłem na mecz Motoru byłem tyle chudy że kurtka mi prawie z gaci zwisała, no ale te krzyki z trybun kiedy padł gol, to sie człowiek czuł jakby kto go do nieba wyniósł… a na wyjazdach to była dopiero jazda, zwłaszcza w warszawie pod Legię — tam trza było mieć mocniejsze uszy, bo wrzeszczeli tak że myśleliśmy że konstrukcja stadionu się posypie. tyle tam emocji było, że dziś młodzi za uszami się nie drapią, bo nie wiedzą co to znaczy prawdziwy doping… no chyba że jakiś zespół zagra w polsacie sport i od razu oszalałe decibele w niebie
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A pamiętam jak pierwszy raz w życiu pojechałem z ojcem na mecz do Lublina... byłem taki mały chłopaczek że ledwo co sięgałem mu do pasa, no ale te emocje... 💥 kurcze ja pier** 😱 kiedy padł gol jesteśmy tańczyli na trybunie jak oszalali, a potem całe miasto szalało — od rana ludzie rozmawiali tylko o tym. A na wyjazdach pod Legię to się człowiek czuł jakbym miał w kieszeni cały kosmos, bo my tu nie byliśmy gośćmi tylko BOŻEJ WOLI tamci byli 😤🔥 no ale trudno, dziś mało kto to rozumie, że doping to nie te bajery z internetu tylko coś co masz w sercu i hula w żyłach!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a niech mnie, jak ja wtedy jechałem z Rzeszowa na wyjazd motorowców pod warszawę… no to była wyprawa na całe życie. pamiętam, że wsiadałem do pociągu o szóstej rano, akurat taki bydlęcy wagon i pełno w nim było kibiców, niektórzy już śpiewali "motorowodne", inni mieli stare granaty albo chorągiewki pod pachą. aż dojedzie do stolicy, to już w pociągu było takiego klimatu, że nawet konduktor się uśmiechał, choć sam pewnie myślał "jeszcze tych szaleńców". kiedy wysiadaliśmy na dworcu, to dopiero była parada — setki ludzi z motorami w ręku, jeszcze przed samym meczem pod stadionem było tyle hałasu, że ludzie z okolicznych bloków wychodzili na balkony sprawdzić, co się dzieje. a na trybunach… boże święty, jakby kto odczepił wszystkie hamulce. kiedy padł gol, to naprawdę myślałem, że dach nam spadnie, a zaraz po tym taki huk śmiechu i wrzawy, że aż w uszach dzwoniło. i wtedy dopiero czułem, że nie jadę tylko na mecz, tylko na coś dużo większego — na tę wspólną chwilę, która nas wszystkich połączyła. szkoda tylko, że dziś takich momentów coraz mniej… no ale cóż, tamte czasy miały w sobie coś magicznego, czego już nikt nie dorobi.
To się w ogóle nie nazywa porównanie, tylko podróż w czasie przez emocjonalne pokłady. Tamten Motor to była drużyna z dziwnym, nieokiełznanym ogniem w środku – nieidealna, co prawda, bo dziś bylibyśmy zadawalani tym, co im się w wagonach pociągowych przyśniło, ale właśnie przez te niedoskonałości chłonęła serca jak gąbka. Sięgam pamięcią i widzę chłopaków, co po golu biegnęli objąć trenera, widzę kibiców, co przed meczem śpiewali stare wojskowe marsze nie dlatego, że mieli mikrofon, tylko dlatego, że mieli głosy – i nie obchodziło ich, czy ktoś zza boiska podsłuchuje ich krzyk. Dziś te sztandary wiszą w szklanych gablotach, a flagi powiewają elegancko na policyjnej smyczy, żeby nikomu nie wpadły w oko. Tamci mieli w nosie, że komuś się nie podoba, bo kibicowanie nie szło im do protokołu, tylko do krwi. I coś mi mówi, że teraz, gdybyśmy kazali im trzymać się kalendarza meczowego albo regulaminu dopingowego, to byśmy stracili więcej niż tylko drużynę – stracilibyśmy ten samospełniający się rytuał, który sprawiał, że nagle ludzie z bloków schodzili się na ulicę i razem śpiewali, jakby nigdy nie mieli nic ważniejszego do roboty. To nie była ekstraklasa, to nie były wygrane w lidze, to była magia, która wydarzała się w momencie, kiedy zegar na stadionie pokazywał 89 minut i 50 sekund, a myśmy jeszcze nie wiedzieli, że za dziesięć sekund padnie gol. Tamtemu Motorowi nikt nie kazał udawać świętości, on po prostu szalał z nami. Dziś, choćbyśmy zrobili wszystkie poprawki techniczne, to nie dorobimy się tej dzikości w żyłach, bo one przecież nie trafiają do raportu z meczu.
xG > emocje.
a bo ja wam powiem, że tamtej magii to by nawet największy geniusz nie odtworzył, choćby kopiował każdy detal. akurat w zeszłym roku pojechałem na derka z warszawską polonią na motorze — i co? cisza jak makiem zasiał, niektórzy kibice szli do domu już w 60 minucie bo im się nudziło. a wtedy, w tym 79 roku pod legią, to na trybunie mieliśmy starszego pana, co grał na harmonijce "hej naprzód marsz", i to tak głośno że sędziowie musieli się schylać przy rzutach rożnych. i niech ktoś mi powie, że to nie była inwestycja w doping — tylko jeden stary facet z instrumentem, a napędzał całą trybunę do takiego wrzenia że ludzie z dachów sąsiednich budynków wychylali się żeby zobaczyć co się dzieje. ja przyznam, że teraz kibice podchodzą do sprawy jak na rachunek do księgowego — posiedzieć, poklaskać, może sobie fotkę wrzucić. a wtedy? wtedy naprawdę się żyło meczem, nie oglądało go zza szyby w komórce. a i pamiętam, jak kazimierz DEYNA tamtego dnia strzelił Motorowi gola — i te minuty potem, kiedy wszyscy wlepialiśmy się w zegar bo baliśmy się że zegar zapyta: "co wy tu robicie jeszcze?"
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Wiecie, ja też tam byłem, tyle że akurat w 79-tym stałem pod trybuną północną, a nie na północnej – bo wtedy w Lublinie nie było podziału, tylko jeden wielki zgiełk. I co, niby mieliśmy tamtego dnia świętą chwilę czystej magii? Przecież pół godziny przed gwizdkiem sędzia odebrał nam najlepszego napastnika za brutalne wejście na naszym obrońcy – coś tam usłyszałem, że to była trzecia żółta kartka w sezonie, ale kibice i tak stali, kiwali głowami i śpiewali „Motorowodne”, jakby nagle zapomnieli o regulaminie. No dobra, ale jakie tam cuda – Lecha Poznań wtedy grał z Juventusem w Pucharze Europy, a my byliśmy tacy dumni z naszego wyjazdu na Łazienkowską, że nawet nie zauważyliśmy, jak Deyna ładnie uderzył piłkę, tylko że strzelił gola do naszej bramki. I co z tego? Mecz skończył się 2:1 dla Legii, a my mieliśmy bilet z powrotem w kieszeni, ale już bez harmonijki pana z trzeciego rzędu, bo ten facet gdzieś przepadł między wagonami. Dziś mówicie, że to była prawdziwa siła emocji? A ja wam powiem – to była raczej siła ignorancji kibica, który myślał, że doping polega na tym, by nie wiedzieć, że sędzia może być sędzią, a nie gwiazdą estrady. Tamtej nocy wracaliśmy pociągiem, który ledwo się czołgał, bo na trasie ktoś rzucił butelką w konduktora, a ja przez całą drogę słuchałem, jak jakiś koleś chwalił się, że ma w plecaku kamień „na wszelki wypadek”. Magia? Jasne, ale magię przychodziło nam doceniać rano, kiedy się budziliśmy z bólem głowy i przysięgaliśmy, że następnym razem pojadą ci, co nie rzucają niczym po pociągach.
Najpierw policz, potem się spieraj.
No nie no, a ja akurat w 79-tym byłem w tym wagonie obok faceta co grał na dzwonku od roweru i śpiewał "motorowodne" w metryce trójdzielnej! 🤣🍿 Nagle jakaś babcia zajeżdża mi na stopę walizką "żeby mi się wreszcie coś ruszyło", a tuż przed Łazienkowską okazało się, że ten gość z harmonijką to był szef orkiestry wojskowej z Lublina i do tej pory ma wisiorek Motoru wpięty w aktówkę! Wszystkim tak się zebrało na nerwy, że kiedy padł ten gol Deyny (a wiadomo, że na Legii zawsze coś upada), tak huknęło w wagonie że szyny myślałem uciekną ze strachu... A na powrót to już wszyscy spali, tylko jeden facet trzymał flagę i szepnął mi "dobrze że nie strzelili nam jeszcze gola, bo bym mu to darował na miejscu" 😂🔥 Magia była taka, że nikt nie liczył ile minut zostało, bo wszyscy wiedzieli – czas stawał, kiedy Motor grał!