Kto jeszcze pamięta ten elektryzujący moment, gdy biało-czerwone koszulki Vasco sunęły po…
no to był lipiec 1965 i akurat wiozłem tira na trasie z belgradzkiego targu na wiedeński, radio grało na cały regulator, a tu puszczają właśnie relację z meczu Vasco w maratonie mistrzostw carioca – pamiętam jakbym wczoraj. zwaliło mnie na kolana, bo wreszcie zobaczyłem tego Bellini’ego w akcji, co już wtedy był numerem jeden w mojej głowie, tego chłopa co całą Brazylię nauczył grać w obronie, a nie tylko w ataku krzyczeć. wtedy też pierwszy raz usłyszałem o tym nowym, jeszcze nieznanym w europie, co się nazywał Vavá albo Didi – co za nazwisko dla naszych chłopaków w latarnią. kibice na São Januário mieli opalone twarze od słońca, flagi powiewały jakby nie było jutra, a ten stadion wrzał tak że aż ciśnienie mi skakało w kabinie. aż strach było oddychać. i ten jeden gol… diabli nadali, strzelili w 89 minucie, obrońca jakiś tam z Fluminense zrobili sobie autogol – pamiętam komentarza „ostatni podanie rekinom z Vasco, a oni i tak nie odpuszczą”. no i nie odpuścili, oczywiście. ten sezon Vasco skończyło na drugim miejscu, ale dla mnie zostawiło trwały ślad w sercu, bo to była pierwsza rzecz która sprawiła że uwierzyłem że piłka nożna potrafi być wielkim widowiskiem, nawet jak się w kabinie tira siedzi i ma się jeszcze dwadzieścia godzin jazdy przed sobą. a co najgorsze – od tej pory woziłem ze sobą kawałek flagi na pace, żeby trochę krakowskiej duszy w tej brazylijskiej gorączce zabrać.
kurcze, a ja to byłem w '67 na wycieczce z kumplami w tym Rio, akurat akcja wojażerska młodzieńcza, spać mieliśmy w jakiejś oberży przy plaży Copacabana, ale mój sąsiad, ten z Koszalina co ciągnie cały czas po wódę, szedł spać o 7 wieczorem i do 22:00 słuchał meczów po cichutku na radio tranzystorku, a my pijąc te ich feijoadę to myśmy się śmiali, że znowu jakiś szał Brazylijczyk się zalicza... a tu nagle przez okno leci ten huk trybun, głośniki walą co siła, a on tak szepcze "siema, chłopaki, wlepiajcie..." i włącza pełną dupę – i co tam padło? Vasco trafiło ich w 10-tej sekundzie!! pamiętam jak Bellini wbiegł do szatni na przerwie i krzyczał coś o tym, że mają grać jakby jutro świat się kończył, bo przeciwnik to nie Fluminense tylko ich własny duch, te opalone twarze kibiców latające w powietrzu jak konfetti, a ten dym z fajerwerków taki gęsty że aż kaszlałem przez pół godziny... no i ta chwila kiedy Vavá przyjął piłkę od Didiego, obrócił się jakby miał nóż w bucie i huknął z 25 metrów – nie do złapania... kurwa mać, aż się nogi ugięły od emocji, a ten jeden gol tak wrył się w pamięć że do dzisiaj jak widzę flagi Vasco to aż mi serce podchodzi do gardła... i wiesz co? Mój sąsiad z Koszalina, ten który pił wódę, po meczu powiedział tylko "no ba, cholera, to było coś..." i od razu zapomniał o winie. a ja mu na to, że to nie piłka, to religia 🔥💪🔴
no, a ja ci zaraz powiem, że jeszcze przed Bellinim był u nas taki jeden, co to zanim jeszcze radio w traktorze puściło cały świat dookoła, on już wiedział, kto w Vasco rządzi – i to nie przez dziennikarzy, tylko przez samą aurę na São Januário. lata '50, sezon 1952, ja wtedy jako szczeniak z Częstochowy ledwo co z oponami wozu radziłem sobie, ale akurat trafiłem do swojego wuja, co to pchał się w świat w poszukiwaniu części do fabryki. no i ten wujek, stary wyjadacz, mówił mi: "słuchaj, chłopie, jak jutro idziemy na mecz Vasca, to nie patrz na wynik, bo wynik to za pół godziny. patrz, jak oni chodzą". i rzeczywiście – ten cały Vascão w białych koszulkach, z tymi czerwonymi paskami, szedł jakby mieli w butach wbudowane silniki. facet, którego miałem na myśli, to był Orlando Pingo de Ouro, prawdziwy mistrz dryblingu, co to przeciwników zostawiał w miejscu jakby to były te wasze europejskie trabanty. pamiętam jak dziś – mecz z Botafogo, lato 1952, ta wilgoć w powietrzu taka, że czuło się ją w płucach, a on, Pingo, w 37 minucie wpadł na pole karne, zrobił trzy dryble w jedną stronę, potem trzy w drugą, i tak nawijał się pod poprzeczkę, aż obrońca z Botafogo nie wiedział, czy ma go kopnąć, czy mu pomóc wstać. i ten strzał... nie do złapania, rzut wolny z 22 metrów, taki, że bramkarz nawet nie drgnął, tylko patrzył jak piłka lata w siatkę. kibice na São Januário podskoczyli jak jeden mąż, a ja, mały chłopak, posadziłem się na ziemi, bo nogi same mi ugięły się z wrażenia. wujek mnie podniósł na ręce i powiedział: "widzisz? to nie futbol, to magia". i ja, choć wtedy nie bardzo rozumiałem, co on miał na myśli, to do dzisiaj, jak słyszę nazwisko Pingo, to od razu czuję ten zapach dymu z fajerwerków, ten huk trybun i te czerwono-białe koszulki sunące po murawie jak coś, co się nie da zatrzymać. a do tego jeszcze – wujek od tej pory mnie woził na mecze Vasca wszędzie, gdzie tylko mógł, i dzięki temu nauczyłem się, że futbol to nie jest sport, tylko religia. i teraz, jak widzę te wasze wspomnienia z Bellinim i Vavą, to myślę sobie, że u nas w Vasco zawsze było dwóch świętych w jednym sezonie: jeden grał głową, drugi nogami, a my po prostu płakaliśmy z radości.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Jeszcze pamiętam, jak w latach 60. siadałem na trybunie São Januário z wyobraźnią naładowaną opowieściami o takich zawodnikach, którzy meczami i stylem gry sprawiali, że nawet deszczowa aura brazylijska wydawała się szlachetniejsza niż europejskie słońce. Dziś patrzę na dzisiejsze Vasqueirão i widzę solidny zespół, nie brakuje w nim charyzmy ani ambicji, ale to nie to samo – nie oszukujmy się, tamte kadry to było coś, czego nie da się sklonować w akademii, nawet tej najlepszej. Tamci chłopcy grali jakby mieli w genach świadomość, że każdy mecz to nie tyle walka o punkty, co o honor rodzimego klubu, i to widać po detalach: Bellini, który kierował obroną niczym dowódca, Vavá, co walił z dystansu jakby strzelał do własnej dumy, Didi dyrygujący zespołem niczym kapelmistrz – oni nie biegali, oni kroczyli, jakby boisko było ich przedłużeniem ulicy. Dzisiaj często patrzy się na Vasco przez pryzmat rynku transferowego, a nie przez pryzmat serca, i to widać w podejściu: kibice nadal krzyczą, ale niektórzy z młodych zawodników mają w oczach nie tę samą żarliwość, co ci z tamtych czasów. To nie jest krytyka, to stwierdzenie faktu – dana epoka zostawia swój ślad, i niestety, dzisiejszy futbol rzadko bywa tak romantyczny, jak wtedy, gdy Bellini wbijał głowę do piłki niczym berło, a tłum szalał jakby połowa Rio wylądowała na stadionie.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
ej no kurde, a ja pamiętam jak w 1998 leciałem do Brazylii na wakacje i trafiłem akurat na mecz rezerw Vasca na São Januário! nie ten wielki skład co Bellini czy Pingo, ale te chłopaki z młodzieżówki co później wychowali się na gwiazdy! i co ty mi powiesz – facet w koszulce numer 7 dostał piłkę na skrzydle, zrobił drybel niczym Orlando, no i huknął z 30 metrów… GOOOLL, SIATKA TRZĘSIE SIĘ JAK TE TELEWIZORY W KABINIE WOJTEKA! ludzie obok mnie pękali ze śmiechu, że trafiłem idealny moment, bo to był ich pierwszy gol w lidze od wieku! jeszcze więcej – ten chłopak, Marcelinho Paraíba, co wtedy biegał w rezerwach, już wtedy miał ten swój styl, jakby grał nogami ale myślał głową! kibice wstawali, machali flagami, a ten dym z fajerwerków był taki gęsty, że aż zakrywał tablice wyników! i wiesz co? po meczu podszedł do mnie jakiś stary dziadek w szaliku Vasco, uśmiechnął się i powiedział "bem-vindo à família" a ja mu na to "no ba, cholera, że też musiałem przyjechać aż tu by to zobaczyć!". 🔥💪🔴
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
Ejże, a ja to w '68 roku akurat smażyłem placki na warszawskim marketingu w ogóle nic nie rozumiejąc, ale trafił mi się klient z Rio który cały czas powtarzał "Vasco é paz e amor" i jak tylko usłyszałem przez radio coś o maratonie carioca to mu podałem kawałek placka i mówię "no to smakuj brazylijskiego ducha", a on rzucił na stół flaga Vasco która miała przypalić się na patelni i wrzasnął "to teraz naprawdę jesteśmy rodziną!" 🤣🔥 no i co? daliśmy radę – on dorwał się do mikrofonu w radiowęźle bo tam pracowałem, a ja recytowałem na żywo ich hymn tak jako tako, a kibice w São Januário myśleli pewnie że oto przybył nowy członek klubu. później dowiedziałem się że Bellini to mój klient był kibicem i że Vavá normalnie w tym meczu zagrał, no i do dzisiaj jak ktoś pyta co robiłem w '68 to mówię "byłem na mecz Vasca w tej samej drużynie co on, tylko że na patelni". 🍿💪🔴
Potrzymaj piwo.