Kto pamięta, jak zapierało dech w piersiach, gdy Arena Katowice trzęsła się od 'Górnika'…
pamiętam, jak w lato dziewięćdziesiątego czegoś tam przyjechałem do katowickiego — ten upał co się zrywał z chodników, a my młodzi, gładko ogoleni, z biletami w kieszeni koszuli i butelką coli w plecaku. staliśmy pod stadionem od rana, bo gazeta pisała, że tamten składy górnika to takie coś, co niedługo każdego wysadzi w powietrze. no i co? gdy wyszli z tunelu, ta piekielna rurka nad boiskiem zagrała, a myśmy myśleli, że zaraz podłoga nam się rozstąpi od tej wrzawy — niektórzy szli z gębami aż do szpitala, bo ciarki szły po grzbiecie. karwan tamto swoje mistrzostwo robił takim luzem, że kiedy dobijał piłkę do siatki, telewizja sieciowa jakby się sypała — kto pamięta, ten wie, że to był moment, w którym zrozumiałeś, że piłka to nie tylko gra, ale jakaś cholerna religia. a potem, gdy schodziłeś ze stadionu, nogi same niosły cię na przystanek tramwaju, a ty wciąż czułeś w kościach tę wibrację, jakbyś sam był częścią tej maszyny, co przed chwilą wybuchła
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Ejże, toż ja też tam byłem tamtego lata—kurcze, nie raz, nie dwa, bo do Katowic z Warszawy to ja latałem jak do matki 😱 a konkretnie na mecz z Widzewem, jakieś lato 93 czy 94 chyba... Byłem chłopem w szoku, jak mi się w głowie wryło to "WIEM, ŻE NIE WIEM", bo jak oni wtedy grali to xD to było coś jakby ktoś włączył elektrownię na tryb max mocy prosto w pierś! 🔥 Arena tak drżała, że sędzia wyjmował monetę żeby sprawdzić, czy jemu serce wciąż bije!
No a potem ten moment—Bartosz wychodzi, ta rura gra, a ja z tymi 500 walącymi się na mnie kibolami w środku, że myślałem, iż zaraz odfruniemy z trybuny jak te balony na festynie! I jak on wbija, że telewizor jakby padł na amen—sąsiad obok mnie uśmiecha się i mówi "No, chłopie, teraz to już się nie da normalnie oglądać żadnego meczu, bo nic nie będzie takie same" 💪 a ja mu na to: "Brakuje tylko, żeby stadion teraz poszedł w taniec, cholera!"
Do dzisiaj jak jadę tramwajem w Warszawie i widzę morze ludzi, to zamykam oczy i słyszę znów te okrzyki—kurcze, to była magia, a nie jakaś tam gra! W tamtym powietrzu wisiało coś, czego dzisiaj próżno szukać...
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
ah, a co dopiero mówić o tamtej niedzieli w grudniu 96, kiedy przyjechał do nas diabły z losu w postaci broniącej się drużyny z Radomia — ciarki mnie jeszcze dziś przebiegają, jak to wspominam. stałem na trybunie za bramką, tam gdzie zwykle tłoczyliśmy się z kumplami z kopalni, i wiem, że nie byłem sam, bo cały blok się trząsł od tych samych emocji co ja. ledwo sędzia gwizdnął na rozpoczęcie, a już było wiadomo, że dzisiaj pójdzie "pełna na maksa" — każdy podskok na trybunie, każde uderzenie w bęben, aż echo rozchodziło się po mieście jakby kościół dzwonił. no i ta chwila, gdy Karwan wbił swojego setnego gola w barwach górnika — nie, nie setnego, bo wiadomo, że on urodził się z tym numerem wpisanym w etui od piłki — ale tamtego dnia, pod nosem rywala, na własnym stadionie, w oczach kibiców co dusze oddaliby za jeden jego drybling... telewizor akurat akurat padł, bo akurat ktoś rzucił monetą wprost na ekran (prawdziwa historia, nie żart!), i wtedy my usłyszeliśmy tylko huk trybun, taki, że drżały okulary na twarzach najstarszych na trybunie honorowej.
a zaraz potem, jak szedłem przez Rynek, ręka w rękę z facetami co prawie mieli łzy w oczach, to czułem, że nie jesteśmy zwykłymi kibicami — byliśmy czymś w rodzaju tej samej krwi, tej samej ferajny co zawodnicy. pamiętam, jak jeden z kumpli powiedział: "widziałeś, jak on kopnął? to nie była noga, to był cały sektor A, który wyleciał w powietrze!" i wszyscyśmy się wtedy zaśmiali, ale naprawdę — każdy z nas miał w sobie tę moc, tę dzikość, którą dzisiaj próbuje się odtworzyć za pomocą neonów i sztucznej wrzawy.
i wiecie co? do dzisiaj, jak jadę przez Szczecin i widzę jakiś mecz w telewizji w knajpie, to zamiast patrzeć na ekran, patrzę na twarze obok — i jest tak, jakby mi czegoś brakowało, żeby ten dźwięk naprawdę poczuć. ta energia była żywa, autentyczna, nie wymyślona przez marketingi i kibolskie gadżety. szkoda, że młodzi tego nie widzieli — za moich czasów szło się na mecz z kolbą w plecaku, a nie z telefonem do tiktoka 😄
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ejże, ale porównanie to niełatwa sprawa, bo tamten zespół to było coś zupełnie innego niż dzisiejsze GKS. Tamci chłopcy grali jakby z ogniem w butach, a dzisiaj to raczej taka ładna, poskładana paczka pod parasolem, zamiast stado wilków wlewające się w mury stadionu. Pamiętam te lata, kiedy kibice byli nie tyle widzami, co uczestnikami — wchodziło się do Arena Katowice i od razu czuło, że drzwi trzymają się na szychcie, nie na elektromagnesach.
Dzisiaj? No cóż, atmosfera jest, ale taka jakby wpuszczona przez rurę wydechową zamiast huczącej rury stadionowej. Te same trybuny, ten sam plac zabaw, a jednak... tamci mieli w sobie coś takiego, że jak wychodzili na boisko, to powietrze dosłownie drżało. Wtedy każdy gol to była nie tylko liczba na tablicy, ale kopań w pierś, który zostawiał ślad na resztę życia. Dzisiaj zawodnicy są profesjonalni, dobrze przygotowani, ale czytając ich twarze po meczu widać raczej ulgę, że nie zginęli na boisku, niż tę dzikość, którą mieli ci z lat 90.
I jeszcze ta muzyka — tamci mieli te swojskie hymny, które szły prosto z serca, a dzisiaj to głównie takie „hajsowe” jingle, które odtwarzają na zapętleniu przez głośniki. Próbowałem ostatnio pogadać z kumplami, którzy byli na niedawnym meczu, i większość mówiła: „no było fajnie, atmosfera była, ale jakoś nie to”. Bo nie w tym rzecz, żeby było fajnie — chodzi o to, żeby było autentycznie, cholernie autentycznie, jak ta kolba w plecaku JagielloniiPoznan, która pamięta, jak szło się na mecz z myślą, że jutro pewnie będzie bolało.
Czasem zaglądam na stadion, patrzeć na nowych chłopaków, i myślę sobie: może niedługo coś się odmieni. Ale póki co, to tamci goście z lat 90. to był ten sam szał co dzisiaj Marciniak w bramce — nikt nie potrafi tak wciągnąć za sobą tłumu, jak oni wtedy. A dzisiaj to trochę tak, jakbyśmy oglądali dobry film w telewizji, zamiast być na nim na żywo. Szkoda tylko, że młodzi nie będą mieli okazji poczuć, jak to jest, kiedy Arena naprawdę drży.
Kontekst bije gołą liczbę.
a mnie tamten mecz w marcu 98 zbytnio zapamiętał, bo akurat leciałem z pracy do domu przez Katowice o tej godzinie co zwykle — ale akurat autobusu nie było, więc postanowiłem się przejść pod stadionem, bo co mi szkodzi, może zobaczę coś z daleka. no i trafiłem na takie coś, że nawet buty mi się same ściągnęły z nóg — całe miasto było w drodze na Arena, a ja szedłem pod prąd tym tłumem zapatrzony w niebo, jakby mnie ktoś pociągnął za ucho. na samym podejściu czułem już, że powietrze wibruje jakby niedaleko szła orkiestra wojskowa, tylko że zamiast werbli był ten cholerny ryk 'ole ole ole' od strony stadionu. aż mnie ręce same zadrżały, bo pomyślałem: kurczę, to nie jest mecz, to jakieś zebranie narodowe kibiców, a nie zwyczajna niedziela.
i wtedy zobaczyłem takiego starego faceta w kurtce, co stał zupełnie sam po drugiej stronie ulicy, wpatrzony w trybuny jakby na nich wisiał — nie krzyczał, nie machał, nic. dopiero jak przeszedłem obok, to usłyszałem, że mamrocze pod nosem: "panie, to są lata, kiedy się umiera za barwy, nie dla punktów" — i wtedy pomyślałem, że on ma rację, bo te emocje nie były żadnym widowiskiem, tylko czystą substancją, która nie miała nazwy, ale każdy wiedział, że to śmierć albo chwała, nie remis.
do dzisiaj, jak słyszę te stare nagrania z tamtych lat, to widzę tego faceta z tej ulicy — stoi tam jak skała, a myśmy w tłumie krzyczeli jak szaleni, a on tylko patrzył i uśmiechał się swoim zębom. i wiem jedno: ten spokój w jego oczach to była największa siła tamtego czasu, bo on nie musiał wrzeszczeć, żeby być częścią tej maszyny co ruszała się całym sobą no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ejże, ja tam w 98 roku akurat byłem w pracy — magazyniarz w którymś z tych chłodnych hal, co to się ledwo trzymają z dala od sezonu grzewczego, a tu akurat trafił się remis w derbach Śląska przez radio. Poszedłem do szefa i mówię: "Panie Andrzeju, ja dzisiaj wolny idę na Górnika, bo jak nie, to mnie coś pęknie" — a on na to: "Orzeł, ale co ty znowu? Przecież dziś jest czwartek!" No i co? Wszedłem do środka, a ten mój kombinezon nałożony — niebieski, brudny, z napisem "Silesia Logistyka" na plecach — i nagle zobaczyłem, że wszyscy kibice mają te same barwy, tylko one są na koszulkach, nie na ogarniach od worków z mrożonkami 😂
A potem ta rura zagrała, a ja w tym swoim brudnym uniformie stałem pośród 40 tysięcy facetów w niebieskim i myślałem: "Kurde, wreszcie jestem na meczu nie w roli dostawcy, tylko kibola" — ale i tak na koniec musiałem wracać do pracy, bo szef mnie uprzedził: "Jutro masz dostawę na 6 rano, nie zapomnij o tej szafie, którą trzeba odebrać z magazynu w Tychach" 🤣🍿 Czyli prawdziwa górnicza tradycja: święto z piłką, a jutro znowu wózek widłowy pod nosem! Ale warto było — ta wibracja z trybun to teraz mam w kościach raz na zawsze, nawet jak podnoszę ciężary w pracy. Kurde, jakbym cały stadion miał w krzyżu nosić za sobą!
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.