Lech Poznań z 60 punktami na prowadzeniu — ale ta forma DWDWW to już jakiś żart, czy ktoś…
No, dzisiaj rano przeglądałem sobie historię Lecha od września i coś mnie szlag trafił. Ta "formułka" DWDWW niby brzmi na papierze nieźle, ale jak się patrzy na rozkład punktów w sezonie — to jest po prostu loteria z ukrytym haczykiem.
Weźmy ten bilans wyjazdowy: 8 zwycięstw na 17 spotkań, w tym dwa razy remis na wyjeździe w meczu z drużynami z dołu tabeli. To tak, jakby ktoś wziął pudełko zapałek, potrząsnął nim i powiedział: "No i wyciągnąłeś zwycięstwo przeciwko Radomiowi". A potem jeszcze dwukrotnie, w dwóch różnych miastach, nie potrafił wykorzystać punktu, który był na wyciągnięcie ręki. Z perspektywy statystyki to po prostu wrzucenie kuli w ruletkę — czasem trafi się szóstka, ale nikt nie obiecywał, że będzie na niej zawsze siadać.
I teraz to zdumienie, że są na pierwszym miejscu? Może więc nie cud, tylko zbieg okoliczności, który trzyma się dzięki temu, że konkurencja ma jeszcze większe humory niż oni. Bo 60 punktów to niewątpliwie efektowny wynik, ale jak się zestawi go z tym, że tylko 6 porażek — to aż dziw bierze, że ktoś w ogóle jeszcze wierzy w regularność tej drużyny. Przypomina mi to sytuację z inwestycjami: masz portfel akcji, które raz idą w górę, raz w dół, a na koniec sumarycznie jesteś na plusie. Tylko nikt nie mówi, jak dużo nerwów to kosztowało, żeby ten plus się pojawił.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Ej, ludzie, to jest chyba pierwszy raz w moim życiu, kiedy taka "dziurawa" formułka prowadzi zespół na prowadzeniu... ale jakim cudem oni w ogóle tyle punktów mają?! 😬 Te 6 porażek niby fajnie wyglądają na papierze, ale skoro tyle remisów i co drugie zwycięstwo to przypadkowe to jak to się trzyma kupy? Może mi ktoś wytłumaczy, dlaczego akurat teraz ta niepewność im służy? Bo serio, nie mogę pojąć...
słuchaj no, młody... przychodzę z gdańska, zatem trochę ten futbol znam od strony portowego chuliganerii lat 80-tych, gdzie jeden niepewny strzał mógł ci wywołać bóle głowy do końca życia. weź sobie wyobraź: ta ich formułka dzwdww to taka typowa polska "dobra, da się", czyli zwycięstwo w tym tygodniu, remis następnym, porażka za tydzień, drugie zwycięstwo — jakby ktoś grał w totka w koszulce piłkarskiej. pamiętam czasy kiedy stołeczna warszawska, dajmy na to, miała formułę rwrwwr i nikt się nie dziwił, bo wiadomo było: jeden mecz, drugi mecz, trzeci mecz — kto dziś wstanie lewą nogą.
lech tymczasem po prostu trafia w szczęśliwe dni: wygrywa u siebie z mocną drużyną, ale na wyjeździe wyciąga remis z Radomiem, który ledwo zipie — i znowu punkt w kieszeni. i co, nagle okazuje się, że osiemnaście meczów na wyjeździe to jednak nie jest taki straszny koszmar? a do tego te sześć porażek — same z mocnymi zespołami? to nie żaden system, tylko szczęśliwy numerek. oni nie grają w futbol, tylko w rosyjską ruletkę z piłką: czasem kulka wylatuje, czasem nie — ale jak już raz nie wypali, to koleś na trybunach dostaje zawału.
i jeszcze to gadanie o 60 punktach — fajnie wygląda na papierze, aż sam poczujesz jak twoja ciotka woła "ale w radio mówili, że lech wygrał!". a tak naprawdę to taki wynik jak balonik z helem: puszczony sam sobie, ciągle się trzęsie, lada chwila pęknie. i wtedy się okazuje, że te dwanaście remisów to nie żadna siła, tylko dowód na to, że konkurencja jest jeszcze bardziej rozbita niż oni sami. bo jak inaczej wytłumaczyć, że bytomianie potrafią przegrać z zagłębiem, a zaraz potem zremisować z... z kimś jeszcze gorszym?
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
ej, ale wy tu nieco przesadzacie z tą loterią i ruletką — bo przecież 60 punktów z 34 meczów to jednak nie jest taki mały kalendarz, żeby mówić o czystym szczęściu. weźcie sobie kogoś na przykład: za moich czasów, kiedy to legendarny "Żółw" zrobił z Lechem prawdziwą maszynę do punktów w domowych meczach, tam było podobne gadanie, a oni mieli na koncie więcej remisów niż zwycięstw na wyjeździe. no ale tamci chłopcy mieli jednego boga strzelców, którego teraz brakuje, i system obronny, który umiał dać radę nawet jak obrońcy mieli nogi z waty.
teraz to co? mają co drugie zwycięstwo u siebie, ale za to wychodzą z remisu na wyjeździe — i to jeszcze z tymi „słabszymi” drużynami, które nijak nie chcą dać się objuczyć. osiemnaście spotkań na wyjeździe i tylko sześć porażek, to nie jest taki znowu horror, zwłaszcza jak porównać do sezonu, kiedy to przyjeżdżałeś do Poznania i ledwo wychodziłeś z boiska z jakimś sensem. pamiętam mecz przy ulicy Bułgarskiej, gdyby nie jakiś tam cudowny odbicie nogą przez obrońcę, to i tak mielibyście smak klęski na języku.
ale ten cały „cud” to jednak bardziej kwestia kontekstu niż losowości. konkurencja naprawdę zachowuje się jakby miała wszy pod koszulką: bytomianie przegrywają z górnikiem, górnik z radomiem, radom ze... kimś jeszcze gorszym — i tak w kółko. w takim środowisku nawet gdyby Lech grał na zasadzie rzut monetą, i tak by był na czele, bo inni sami się kopali po kostkach. ale to nie znaczy, że oni grają idealnie — ciągnięcie formułki dzwdww to jednak dla mnie bardziej dowód na brak pomysłu niż na genialną strategię.
i tu dochodzimy do sedna: jeśli ktoś myśli, że ta niepewność ich trzyma na szczycie, to chyba jeszcze nie widział sezonu, w którym ktoś inny wyciągnie z kieszeni prawdziwą klasę i zmiotłby ich z boiska w dwie kolejki. póki co te dwanaście remisów to jednak nie punkty zebrane siłą, tylko dowód na to, że nikt nie umie wygrać dwukrotnie z rzędu, nawet jak ma przewagę. no i pytań o 60 punktów raczej nie powinno być — bo 62 gole strzelone, 45 stracone, to jednak nie jest bilans totalnego chaosu. ale czy to poważna siła? jeszcze nie, póki nie pokażą, że potrafią wygrać z kimś wyżej niż dziewiąty na liście. póki co to raczej taki sezon „jeden krok do przodu, pół kroku w tył” — i tyle.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽