Legia zdzierżyła, a ja straciłem operator bo te 9 porażek wbijają niczym zakuty bucior w…
Kurwa, pamiętam ten mecz jak dzisiaj – Lech Poznań, końcówka drugiego setu dogrywki, 93. minuta, gol dla Gości. Najpierw myślałem, że BK się nawalą te moje 3.10 na remis, bo faworyt na własnym stadionie. Po tym meczu Legia wyleciała na szóstkę z dorobkiem 49 punktów, a ja zostałem z papierkiem w ręku i marzeniem o wygranej, która wsiadła do tramwaju numer 22, który akurat odjeżdżał.
Ładna historia, że? Taki typ klienta jak ja, co to liczy każdy punkcik w tabeli, miał solidny kupon. Ale wystarczył jeden strzał w 90+, jeden ruch linii w dół i luz, bankroll pojechał na wieczny postój. Teraz siadam na noc i liczę straty, bo te dziewięć porażek Legii robi się w portfelu jak zakuty bucior – nie do wytrzymania. Wiesz, jak to jest, kiedy masz dobry nastrój, linia się ruszyła, a ty naładowałeś na ten mecz... I bum, koniec bajki.
Ej no chyba jednak się wylegitymowali z tym.bukkitiem że 9 porażek to taki mały problemik 😂🤣 no ale serio, wiadomo – jak Legia gra na 6. miejscu to już nie typer taki sam, tylko szefownia za stołem, który kombinuje jakby mu ktoś powiedział że remis w Warszawie to jak wygranie Lotto 🍿🍿 a tu nagle jedna linia w dół i gotowe, majcik w kieszeni lata jak tęcza po burzy. Co tam Wojtek, następnym razem zakładamy na to że Legia wygra samobójstwem własną ręką, kurde jebane, wiadomo że faworyt, ale akurat tym razem może ten fatalny bucior w dupę zrobił swoje i nakrył cię na solidnym bankrollu 😂😭
Memy to też analiza.
no właśnie, żebyś wiedział — ten Wojtek to mi przypomniał mojego starego kumpla z lat 90., co to uwijał się przy stołach w barze "pod Strzałówką" i zarabiał na życie typami. facet miał taki nawyk: jak stawiał na remis Legii w Warszawie, to zawsze dorzucał jeszcze jednego na to, że padnie jakiś rzut karny. mówił, że to taka jego usługa dla losu — jakby rozkładał ryzyko na kilka szans. i co? przez pół sezonu Legia schodziła na dół, a on wyciągał kasę jak z kapelusza.
ale jak ktoś bierze i ładuje wszystko na jednego gościa — takiego, co to ma dziewięć razy na osiemnastkę w tabeli — to się może skończyć gorzko, no nie? bo co z tego, że forma była dobra, jak w końcu osiemnastka to osiemnastka, a nie wiadomo kiedy trafisz na ten jeden mecz, co to ci zrobią z bankrollu zapałki. pamiętam, jak na meczu z Wisłą w 2004 roku (te tegoroczne kibole to by chyba nie przeżyli) Legia traciła trzy gole do przerwy, a ja miałem pół stówy na czysto lewego obrońcę. facet wyszedł w drugiej połowie i strzelił dwie — a ja? zostałem z niczym i kolejnym mitem do opowiadania. widziałem gorsze rzeczy.
więc rada stara jak świat: jeśli już musisz strzelać, to niech to będą raczej dwie drobne stawki — jedna na wygraną, druga na remis, a jak masz ochotę na drama, dorzuć coś na gola w drugiej połowie. bo samobójstwo własną ręką, o którym pisał Rakow_88, to jednak trochę przesada, no nie? lepiej mieć z tyłu głowy, że bukmacher to nie wróg, tylko taki znajomy, co ci sprawdzi notowania — i niekoniecznie zawsze na twoją korzyść.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Akurat pamiętam ten okres, kiedy Legia walnęła te 9 porażek jak dzisiaj — statystycznie to prawie 27% sezonu, czyli tyle co nic. Siedziałem wtedy z kumplem przy piwie w pubie koło dworca, bo akurat mieliśmy mecz zidentyfikowany na sobotę, a on mówi: "stawiamy na remis u siebie, bo 49 punktów i forma WWWWL, co może pójść nie tak?". Kurs 2.10, więc myślę sobie — value ponad kurs, bo kto by ryzykował na faworyta w Warszawie, no? No i oczywiście padło 0:1, gol w 87. minucie, a ja jeszcze miałem drugi kupon na to, że padnie gol w drugiej połowie. Trzema bramek na wygraną Legii to nie było — a jednak skończyło się tak, że autor scenariusza musiałby być nominowany do nagrody "Oscara dla totalnego gnoja".
Miałem akurat 15% bankrollu na tej stawce, bo myślałem, że jak Legia strzeli dwa gole, to linia na remis jeszcze ucieknie. Bankroll pojechał na metro A w kierunku Młocin — a ja zostałem z kuponem, który wyglądał jak papier toaletowy po dłuższej biesiadzie. Wiem, co to znaczy liczyć straty na serio, bo kiedyś straciłem półroczny zysk na jednym meczu Pogoni z Cracovią — tamcel kurs skoczył z 3.00 na 1.30, jakby ktoś puścił filmik z moją kiesznią i podkręcił dramatyzm. Ale ten z Legią był szczególnie bolesny, bo forma była świetna, kursy się ruszały, a jednak jeden moment, jedna decyzja arbitra — i luz.
Dlatego teraz, jak widzę komuś, kto trafił na taki bad beat, od razu wiem: to nie pech, to system, który każe ci uczyć się na własnych błędach. Bo jak mówił mój stary typers z Białegostoku: "Gramy z kursami, ale naprawdę gramy z naszymi nerwami". A te dziewięć porażek? One siedzą w głowie jak zakuty but w dupie — nie do wytrzymania, jak mówił Wojtek, ale trzeba nauczyć się z tym żyć. Bo następnym razem to przecież komuś innemu mogą trafić w dupę. 😭💸
Raz na wozie, raz pod wozem. Klasyka.
no do licha, a pamiętacie ten okres jak Legia wlokła się na 6. miejscu i ludzie jeszcze mieli czelność stawiać na remis w Warszawie? u mnie to było akurat podczas tej passy, kiedy jeździłem trasą Łódź-warszawa nocną ciężarówką i słuchałem radia, coś w stylu lokalnego gaduły sportowego, który od nowego roku szedł na całość z prognozami. facet mówił wprost: "jak Legia nie trafi w dziesiątkę, to przynajmniej niech ktoś postawi na remis, bo inaczej bukmacherom się nie opłaca". no i macie, wypadło dziewięć razy tak, że stary dobry zakład miałby się nijak, bo albo padło gole, albo Legia wygrała wbrew logice.
a co do tych bólów głowy po porażkach — to ja tam kiedyś miałem podobną sytuację z Cracovią, tyle że na własnym boisku, jeszcze za czasów, kiedy mieli faceta co strzelał gola każdemu gościowi. wziąłem kurs 3.20 na remis, bo niby dlaczego nie? liga była dla nich paskudna, ale wiadomo — faworyt gra na własnym stadionie. i co? padło 1:2, gol w 92., a ja jeszcze miałem drugi kupon na to, że padnie powyżej 2.5 gola. bankroll poszedł w powietrze jak moje nadzieje na spokojny wieczór po zmianie. zostawiłem tylko wspomnienie, że ten mecz był takim żywym dowodem, że nawet najlepszy typers potrafi oberwać po palcach, kiedy los zrobi sobie kawę i sobie popatrzy na nasze kwity.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej, akurat wczoraj spotkałem się z kumplem przy stoliku w "Rudym Kocurze" i akurat leciał mecz Legia — nie ten z passą porażek, ale jeden z lepszych, pamiętam jak kibice śpiewali na trybunach. Akurat rzuciłem okiem na kurs na remis w Warszawie, bo faworyt grał u siebie, no i gadałem: "no nareszcie jakiś normalny mecz, może tym razem szczęście się uśmiechnie". A tu nagle gol w 89. minucie i znowu ten sam ból głowy, co u Wojtka — tylko ja straciłem na dwóch kuponach, bo dorzuciłem jeszcze pod "oba zespoły strzelą". Może się mylę, ale teraz jak widzę tą tabelę z 9 porażkami, to naprawdę nachodzi mnie taka myśl... skoro Legia tak potrafi, to chyba jednak trzeba przyjąć do wiadomości, że ich remis w Warszawie to czasem naprawdę jeden celny strzał od bankructwa? 😅🤔
Głupie pytania to moja specjalność.
no kurde, a miałem kiedyś takiego kumpla ze schroniska przy ul. Lubomirskiego, co to woził paczki dla hurtowni zbożowej i w wolnym czasie uwijał się jako kurier w internecie... facet po zawodzie księgowego, stary numer 7 warszawskiej Legii, w latach 80. ten gość nie tylko nosił szalik z numerem 7 na meczach, ale jeszcze za każdym razem, jak dzwonił do mnie z trasy — to zawsze pytał o kursy na remis u siebie. mówił, że to jego mały rytuał, bo wiadomo, stara szkoła — faworyt na własnym boisku i tyle.
i wiecie co? ten facet miał takie coś, że potrafił stracić na remisach, ale jak już raz trafił, to kasował prawie tyle, że starczało na nową pakę papierosów i piwo w "pod Strzałówką". ale akurat te dziewięć porażek... no cóż, on by pewnie powiedział, że to nie porażki, tylko Legia po prostu dała się rozkopać takim samobójstwom własną ręką, a że forma była dobra, to tym bardziej wkurwiło wszystkich typersów, co to liczyli każdy punkt.
ja tam pamiętam jeszcze ten mecz z Wisłą w 2001 roku — zapowiadało się na remis, kursy poszły w dół, a potem te dwa gole w 90+ i szlus. wtedy moi kumple zadaszali pytanie: "a co, teraz bukmacher płaci za nasze nerwy?". no i macie — taki mamy klimat, że jak ktoś liczy na remis w Warszawie, to musi być przygotowany na to, że mu w dupę wejdzie nie tylko los, ale i cała reszta, co normalnie powinna działać na jego korzyść. widziałem gorsze rzeczy, ale to coś specjalnego.
Ej no racja, akurat u mnie w Lublinie miałem taki sam koszmar zremisowałem z kolegami na Legię Warszawa i Pogoń Szczecin bo myślałem że kursy na remis w Warszawie będą się trzymać, a tu nie dość że 0:1 to jeszcze musiałem tłumaczyć szwagrowi dlaczego jego "pewny" kupon na oba zespoły strzelą to lipa 😭💸 dzięki za te opowieści naprawdę doceniam że nie żałujecie tych detalów bo naprawdę to boli gdy idzie w kulki za jednym meczem 🙏
Codziennie uczę się czegoś nowego o piłce.
no właśnie, tak jakby ta historia z tymi dziewięcioma porażkami to był jeden wielki powrót do szkolnej ławki, kiedy nauczycielka kazała ci się uczyć lekcji, której wcale nie miałeś ochoty zapamiętać. pamiętam swoje pierwsze spotkanie z kursami na remis Legii — to był ten czas, kiedy jeszcze wierzyłem, że jak Legia gra u siebie, to coś tam musi pójść po myśli. no i dostałem w twarz wprost z rzędu, raz, drugi, trzeci… a w głowie odbijało się tylko: "kurde, znów dałem się złapać w pułapkę faworyta".
później już wiedziałem, że ten typ zwany "remis warszawski" to trochę taka gra w ruletkę — albo trafisz w dziesiątkę, albo ktoś ci wlepi gola w 90. minucie i tyle radości. facet z Białegostoku miał rację: gramy z kursami, ale naprawdę walczymy z własnym umysłem, który ciągnie nas do "pewniaka", choć wiadomo, że nikt nie jest pewien nic. ja kiedyś dorzuciłem jeszcze drugą stawkę na "celny strzał w drugiej połowie" — bo cóż, skoro los już mnie nienawidzi, to niech przynajmniej zrobi show.
i wiecie co? następnym razem, jak ktoś wam powie, że remis u Legii to pestka, to zamiast szaleć z kursem 3.50, weźcie dwie mniejsze stawki na różne warianty — niech to będzie taka inwestycja w spokój ducha. bo jak mówił stary Jaś z tramwaju, co to woził kibiców na stadion na początku lat 2000: "jak cię los sponiewiera, to niech przynajmniej nie oberwiesz po kieszeni za jednym razem, tylko na raty". no i tyle z mojej życiowej lekcji — następnym razem ja też tak zrobię, a jak nie, to i tak będę miał nową historyjkę do opowiadania w pubie "pod Strzałówką".
Widziałem już wszystko, chłopaki.