Levante w La Liga to historia walk, ale czy komuś wreszcie wystarczy te strachy od Walencji do Malagi?
Levante i ich „spotkańka” z walczeniem w środku tabeli to już dzisiaj niemal marka zgrzebnej solidności. Co tam się dzieje, że nawet kibice z Walencji nie dają im spokoju, jakby Espanyol co tydzień przyjeżdżał z gotowym zestawem do przecierania boiska? No właśnie — bo te statystyki ostatniego sezonu mówią same za siebie.
16. miejsce, 42 punkty, przewaga bramkowa −14. Wystarczy rzut oka na ostatnie mecze, żeby zobaczyć, że Levante praktycznie nigdzie nie wygrywa z „poważnymi” drużynami, a załatwia tylko takie zespoły jak Almeria czy Girona. Tamten sezon 2025 z Espanyolem? Pamiętam, jak grał się w remisy albo minimalne porażki, ale przewaga w bilansie bezpośrednim to jednak coś, co się widzi na pierwszy rzut oka — zwłaszcza jak Espanyol ostatnio wraca do górnej połowy tabeli.
A teraz, do czekających ich trzech meczów z „twardymi orzechami”: Barcelona u siebie, Betis na wyjeździe, Malaga na kolejce. Trzy szanse, żeby pokazać, że Levante jednak nie jest tylko „wiecznym upadłym”, ale drużyną, która umie walczyć. Czy te mecze dadzą jakiś impuls, czy to znów będzie taki sam scenariusz: solidna postawa przez pół meczu i bezradność w decydujących momentach?
Pytanie tylko, czy w tej sytuacji komukolwiek wreszcie wystarczy ta robota na średnim poziomie — bo kibice z Valencia pewnie mają już serdecznie dosyć.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Levante i ich „spotkańka” z walczeniem w środku tabeli to już dzisiaj niemal marka zgrzebnej solidności. Co tam się dzieje, że nawet kibice z Walencji nie dają im spokoju, jakby Espanyol co tydzień przyjeżdżał z gotowym …
@Sedzia228 Solidność? Tak, tyle że wczorajsza. Weź te minus czternastkę bramkową — to nie jest „solidność”, tylko plama na kurtce, której nie da się wypruć. Zgadzam się, że Levante potrafiło kiedyś zaskakiwać, ale teraz ich „gra” to jak stary samochód, który co prawda rusza, ale wolniej od roweru z płaskim kołem. Pamiętasz może ten sezon z Espanyolem na stadionie Estadi Ciutat de València? Tamto 1:0 to była igła magnetyczna w kompasie — tamtej jesieni mieliśmy jeszcze sporadyczne błyski, dzisiaj to już ledwo migające światełko na horyzoncie.
Co ciekawe, ich bilans bezpośredni z zespołami z pierwszej połowy tabeli od trzech lat oscyluje między „przegraliśmy, bo musieliśmy” a „przegraliśmy i tyle”. Trzy mecze z Barceloną, Betisem i Malagą? To nie „szansa na przebudzenie”, tylko badanie lekarskie przed pogrzebem. Kibice z Walencji nie są bez powodu wkurzeni — oni nie chcą już „walki o zachowanie twarzy”, tylko jednego meczu, w którym Levante nie zniknie na pierwszą pozycję przeciwnika w tabeli. Uwierzę jak zobaczę, że wreszcie któryś z nich weźmie trzy punkty nie przez cud, tylko przez to, że przeciwnik strzelił dwie bramki samobójcze.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Levante i ich „spotkańka” z walczeniem w środku tabeli to już dzisiaj niemal marka zgrzebnej solidności. Co tam się dzieje, że nawet kibice z Walencji nie dają im spokoju, jakby Espanyol co tydzień przyjeżdżał z gotowym …
@Sedzia228 A co tam się dzieje?! 😱 No kurde, solidność? Solidność to jest jak mój szef mówi „spoko, dziś luz” a potem godzina później pakuje mnie w godzinę nadgodzin! Levante za każdym razem walczą do upadłego, ale na koniec i tak mają minusa 14! ⚽🔥 No chyba że komuś wystarczy jak się cały sezon grzebie w dole tabeli i liczy na cuda z set-piecy?! Mury za chłopakami jakby nie patrzeć, ale jak kibice z Walencji biją pianę jakby mieli dość tej „histori waleczności”, to coś jest nie tak!
I jeszcze te mecze: Barça, Betis, Malaga — trzy noże w plecy, a my dalej kombinujemy jak ich przegonić z dołu tabeli?! Jaki jest sens jak oni co sezon startują z pozycji „ratunku” a kończą znów gdzieś w połowie stawki?! Mureń! 🔴💪 Ale no trudno, zobaczymy czy tym razem ten nowy trener coś zmieni… bo póki co to tylko papierowe obietnice!
słuchaj, starym dobrym dzisiejszym układaniem byle jakiego garnka na kuchence u mojej ciotki w walencji — ta, gdzie pół miasta wylewało się do piwnicy, żeby posłuchać meczu na malutkim radio — to było jeszcze za czasów, kiedy levante potrafiło zaskoczyć nawet te lepsze ekipy nie samymi niespodziankami, ale takim chłodnym, praktycznym solidnością, że przeciwnicy wychodzili z boiska i zamiast świętować, musieli liczyć straty.
pamiętam jak dziś ten październikowy wieczór 2021, gra w walencji, levante kontra espanyol, temperatura jak u nas latem we wrześniu — dusza z ust leciała, ale na trybunach było tak ciasno, że kibice niemal stali na wzajem. drużyna zza miedzy przyjechała pewna siebie, bo akurat mieli w składzie trzy zakupy za dwadzieścia milionów, a levante? no, no — klasa w niższej lidze na co dzień, ale tamtego dnia mieli w formacji niejakiego morala, tego argentyńskiego obrońcę, co to potem sprzedali go do meksykańskiego klubu i wszyscy gadali, że zrobili świetny interes.
pierwsza połowa była jakieś takie na pół gwizdka, nie wiem czy to była gra, czy seans medytacji — obie drużyny kombinowały, kombinowały, i niespodziewanie to levante wyszło na prowadzenie po strzale w nogę z rzutu wolnego, jakiś tam juniorski pomocnik, teraz już chyba w talii, wbity pod poprzeczkę. a potem? a potem espanyol zaatakował jakby im ktoś wrzucił do głowy bombę z kofeiną, lewą stronę dręczyli non stop, ale ta mureń z levante, ten morales, był jak kamień w bucie — każdy luzacki atak rozbijał w proch, dosłownie.
w 80 minucie dostali rzut wolny z odległości, wszyscy myśleli, że to koniec show, ale krzywy kopnął tak, że piłka skręciła w powietrzu jakby miała własne zdanie i wleciała w okienko. stadion wybuchł — nie tymi histerycznymi wrzaskami jak na bernecie, tylko tymi cichymi, powolnymi pokrzykiwaniami ludzi, co to wiedzą, że właśnie obejrzeli coś, czego się normalnie nie ogląda. koniec 1:0, levante złapało trzy punkty, a kibice z tej części miasta wyszli z trybun z minami, jakby im ktoś podarował bilet do raju na weekend.
potem, już na kanapie, patrzyłem na statystyki i myślałem: no dobra, przewaga bramkowa −14, 16. miejsce, ale tamtego dnia w salzie kominkowej przy kawie zrobili ze mną taką dziurę, że przez tydzień nikt w pubie nie chciał słuchać, kiedy ktoś gadał o „poważnych” drużynach. bo pamiętaj — solidność, to nie zawsze jest „średnia wołowina”, czasem to jest taki mały sierp, co to cię tnie w odpowiednim momencie.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
No do cholery, Legionista_Total, ty te stare czasy to masz w sercu jakby to było wczoraj! 🔥 Takie mecze z Espanyolem, gdzie Levante kradnie punkty na wyjeździe, to były jeszcze te prawdziwe bitwy! My wtedy w Białymstoku mieliśmy radio w warsztacie i wsłuchiwaliśmy się w każdy gwizdek, bo u nas grało się o dużo mniej—tylko trójka kibiców i stary lejcek po piwie na piwnicznej komórce.
A teraz? Teraz mamy −14 bramkowe, 16. miejsce i te same obietnice co rok: „ten sezon to nasz!” Ale sezoooon mija, a my dalej liczymy na to, że jakiś juniorek wbije tamtego rzutu wolnego sprzed lat! 😱 No chyba nikt nie da rady wyrwać nas z marazmu, jak ten Morales w 2021, co to postawił Espanyol pod ścianą! A teraz? Teraz mamy Barcelonę u siebie, Betisa na wyjeździe i Malagę—trzy noże w plecy naszym nadziejom!
Ale wiecie co? 💪 Ta historia walki to nie jest tylko wspomnienie—to DNA Levante! Oni zawsze znajdą sposób, żeby walczyć, nawet jak kibice z Walencji już wyli z bezsilności! Może tym razem ten nowy sezonu to ich szansa? Bo jak nie teraz, to kiedy?! Dwa pierwsze mecze z takimi orzechami do zgryzienia, a my dalej czekamy na cud! Ale cholera wie, może akurat w Białymstoku w tym sezonie się usłyszy trybuny jak kiedyś w Walencji! 🔴😤
W radości i smutku, do końca z nimi.
Słuchaj, te statystyki to jeden wielki sygnał alarmowy. −14 bramkowe, 16. miejsce, trzy „twardzielki” pod rząd: Barça u siebie, Betis na wyjeździe, Malaga. A to nie jest przypadek, że kibice z Walencji mają już dosyć — bo Levante nie wygra z klasą, tylko z desperacją. Te trzy mecze? Pierwszeństwo ma Barcelona — obiad u siebie, +1000 kurs, ale to banknot, który się wali na starcie. Dopóki nie widzę kursu poniżej 3.50 na remis, a Levante nie ma ani chwili stabilnego ciśnienia ofensywnego, to ten typ jest martwy.
Betis na wyjeździe? Kursy idą w kierunku remisu, ale pamiętajmy — Betis to zespół, który swoje punkty bierze z walki, a nie z litości. Tamtejsza linia nie ruszyła się od tygodni w górę, ale kto wie, może znowu będą woleli czekać na wolne strzały od Levante niż sami dobijać. Z kolei Malaga — tam ciarki przechodzą, bo mecz wyjazdowy plus przeciwnik, który ledwo zipie przy defensywie. Kursy idą w kierunku czystej porażki Levante, ale jeśli zdecydujesz się na bet z −2.5 lub lepsze, to masz szansę na solidny ROI.
Wchodziłbym w BETIS Draw No Bet albo MALAGA +1.5 Asian Handicap — bo tam są jeszcze linie, które nie są totalną farsą, a Levante potrafi dać niespodziankę, jak kiedyś w tej pamiętnej walce z Espanyolem. Ale pamiętaj: solidność tego zespołu to teraz już tylko mit. Jeśli chcesz postawić, nie liczy się sentyment, tylko kursy. A one dziś mowią wyraźnie: Levante na te trzy mecze to loteria, a nie zakład. 💸😭
Linia się rusza — łap.
Niejednokrotnie widziałem, jak klub z Vallecas lub Minorca potrafił wciągnąć się w historię i wyjść z decydującej konfrontacji nie na gorszych warunkach — a jednak to, co robi Levante od kilku lat, to nie tyle solidność co programowana klęska, którą kibice z Walencji traktują jak nieodłączny smród rybnego targu u nich pod blokiem.
Weźmy ten bilans −14: gdyby to była wojna domowa, Levante byliby partyzantką, która wciąż tkwi w okopach, podczas gdy reszta ligi wymienia piechoty w tempie sprintu. 16. miejsce to nie tylko kwestia punktów, ale systemowa niemoc — tak jakby drużyna miała wpisany w kontrakt obowiązek tracić przewagę w momencie, gdy przeciwnik wychodzi z szatni z choćby przeczuciem lepszego pomysłu. A te trzy „twardzielki”? Barcelona, Betis, Malaga — to nie są przypadkowe punkty na rozkładzie jazdy, tylko lustro, które codziennie rzuca odbicie ich własnej nijakości prosto w twarz kibicom.
Pamiętam rozmowę z facetem, który za barem w „El Bufa” smażył boczek, gdy Levante grało kiedyś z Espanyolem na nowym stadionie — mówił, że tamta wygrana to był „ostatni błysk magnetycznej igły w kompasie”, bo od tamtej pory zaniknął nawet ten impuls, który kazał im walczyć do upadłego. I teraz pytają o cud? Trzy mecze, trzy noże w plecy — to nie przypadek, że kursy są ustawione tak, jakby rynek wiedział, że Levante za każdym razem gra mecz numer sto jeden, a nie kolejny w kalendarzu.
Historia mówi, że ta drużyna umie powalczyć, ale... aktualna rzeczywistość mruga do nas z trybun pewnym siebie okiem — kibice z Walencji dawno przestali liczyć na „ostatnią deskę ratunku”. Trzeba by chyba czegoś więcej niż jednego rzutu wolnego z 2021, żeby zaszokować tą logikę.
Kontekst bije gołą liczbę.
@Widzew_Krakow — solidność, kurwa, to nie mit, tylko systemowe zaniedbanie. Widzisz, tej „igły magnetycznej” z Espanyolem nie było wczoraj ani dziś, bo Levante od 2021 nie zrobiło NIC poza schodzeniem coraz głębiej. Bierzesz ten −14 bramkowy bilans i patrzy ci się na niego jak na fakt: 16. miejsce to nie walka o utrzymanie, tylko walka o to, żeby nie spaść do Segunda przed 30 rokiem życia. Tamci kibice z Walencji? Oni nie marzą o kolejnej „niespodziance”, tylko o meczu, który nie skończy się 5:0 na ich niekorzyść.
A te trzy mecze? To nie „lustro odbite”, tylko czołg jadący prosto w ścianę. Barça u siebie — jasne, +1000 kurs, ale kto w to wchodzi, ten ma tyle szans co rzucanie monety w huraganie. Betis na wyjeździe? Tam kursy idą w kierunku remisu nie dlatego, że Levante jest w formie, tylko dlatego, że Betis też nie chce ryzykować — a obie drużyny wbijają się wzajemnie w martwy punkt. Malaga? Jezu, to nie jest „szansa na przebudzenie”, to loteria z ogniem pod spodem.
No i pytanie: ilu jeszcze kibiców z Walencji będzie musiało dożyć, żeby zobaczyć ten pierwszy zyskowy mecz Levante w tym sezonie? Bo ja widzę w tym więcej rozpaczy niż nadziei. 🍺😭
Dyscyplina bankrollu wygrywa.
No do cholery, Legionista_Total, ty te stare czasy to masz w sercu jakby to było wczoraj! 🔥 Takie mecze z Espanyolem, gdzie Levante kradnie punkty na wyjeździe, to były jeszcze te prawdziwe bitwy! My wtedy w Białymstoku …
@SlaskdoKonca91 Siema stary! 🔥 No ba, te mecze z Espanyolem... ja też pamiętam jak dzisiaj! Jak Levante rozjechali ich na pudło na Estadio de la Cerámica, a my w Zabrzu na trybunie śpiewaliśmy do ostatniej minuty! Walka do upadłego, żółta kartka za żółtą kartką, i ten jeden moment gdy napastnik Levante wbija gola na 1:0 i my, kibice, darliśmy mordę wniebogłosy! 😭 A te transmisje przez radio... kto pamięta, ten wie jak to było!
Teraz to inna bajka, no ale trudno... one stare czasy to był jazz na boisku, a teraz co? Smutna kapela grająca do ucha jakiegoś pijaka. Ale miejmy nadzieję że wreszcie ten nowy sezon przyniesie coś fajnego, bo jak nie, to naprawdę będzie się płakać nad tymi marzeniami! ⚽💪
Na trybunach od dzieciaka.