Niebiesko-biała sztafeta chwały: od Di Stéfano do Benzemy, historię piszemy krwią i pasją!
a niech mnie, zaraz ci tam wykopię z fotela pamiątkowe zdjęcie z 1966, tego finału, gdzie na trybunach hiszpańscy kibice szaleli jakby sami grali, a nie tylko patrzyli — bo mój stary wtedy miał nieszczęście obok mnie siedzieć i co chwila mnie rzucał w objęcia, że niby "córeczka twoja, wypij jeszcze piwo, bo się boisz" no i oczywiście wszystkie do połowy butelki lądowały w gardle, a ja nic tylko się modliłem żeby Di Stéfano jeszcze raz nie strzelił tej setnej bramki — bo wtedy bym musiał zacząć pić za niego, a to już było ponad moje siły
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
no ale kto to widział gadać o finałach jakbyśmy byli w muzeum jebniętych eksponatów... ja wtedy na Bernabéu w 66 to byłem mały gówniak co latał z papierową chorągiewką i wrzeszczał jak opętany bo wiedziałem że dzieje się historia... a mój dziad chyba ze trzy razy mnie podnosił na ramiona jak Di Stéfano ruszał do akcji bo bałem się że mi uciekną buty... i pamiętam jak wszyscy dookoła śpiewali "Hala Madrid" a ja krzyczałem razem z nimi mimo że nie miałem pojęcia co to znaczy... no ale trudno, dziś nawet gdy patrzę na stare zdjęcia to mi się łzy w oczach robią i myślę że ten finał to nie był mecz tylko cała nasza histeria razem wzięta 🔥💪😭
no to byście się zdziwili, jak w ogóle nie pamiętam, żeby ktokolwiek w '66 gadał o statystykach albo o tym, że jakiś xG pokazuje, że jesteśmy lepsi — bo wtedy nawet nie było takich głupot, prawda? siedziałem akurat na górnym rzędzie, blisko trybuny za bramką, i nagle facet obok mnie zaczyna mnie dusić w uścisku, jakbyśmy właśnie zdobyli gola, a my jeszcze nawet nie ruszyliśmy — a to był taki jeden typ w granatowym płaszczu, którego pamiętam jak przez mgłę, bo on przez cały mecz krzyczał tylko "¡Viva el Madrid!" i tyle, nic więcej. pamiętam, że mu mówię "spokojnie, jeszcze nic nie ma", a on na to mnie obraził, że jestem pesymistą, i że wiadomo, że skoro Di Stéfano tam jest, to pewniak — no i miał rację, ale cholera jasna, jakież to było szczęście, że ten gość miał tyle luzu, że w ogóle uwierzył... dziś nawet jak patrzę na stare nagrania, to się śmieję, bo facet nawet nie wiedział, że to jego życie będzie wyglądało tak, że potem cały wieczór będziemy pić wesoło, a rano będzie bolała głowa i nikt nie będzie pamiętał, kto wygrał, bo wszyscy będą mieli łzy w oczach i histerię w sercu
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
No to przypomnijcie mi, jak tamtego finału w ogóle nikt nie liczył szans, bo przecież skoro Di Stéfano ma włosy zjeżone jakby wiatr wiecznie mu wiał przez boisko, to od razu wiadomo, że z niego taki zawodnik, co albo spektakl zrobi, albo śmierć na murawie. Teraz? No, Benzema to mistrz świata, ale ile razy patrzyliście, jak on biega z tymi swoimi oczami zmęczonymi po 90 minutach, jakby ktoś mu w nerkę kopnął? Tamci faceci grali tak, że choćbyś był pijany w trupa, to i tak byś wstał, żeby powiedzieć: "To są ludzie, którzy kopną wam dupy, a potem jeszcze na kolanach podziękują za darmo."
Tamta drużyna była jak stary zegar w Bernabéu — powolny, ale dokładny do sekundy, gdy chodziło o bicie serc kibiców. Di Stéfano, Puskás, Gento — oni nie mieli takich numerów na koszulkach, które dzisiaj muszą tłumaczyć, czy to 7, czy to 11, bo numer 9 zdjął sobie od razu, żeby być bliżej serca. To była drużyna, której kapitan na medalu nie miał nawet napisu "kapitan", bo wszyscy wiedzieli, kto rządzi. Dzisiaj? No cóż, nie oszukujmy się — mamy napastników, którzy strzelają gole jakby z karabinu maszynowego, ale czasem patrzy się na trybuny i myśli: "Gdzie jest ten jeden, który potrafi kopnąć tak, żebyśmy wszyscy zapomnieli, że mamy problemy z centralnym obrońcą?"
A przede wszystkim — tamci gracze wychodzili na boisko tak, jakby mieli grać ostatni raz w życiu. Teraz? Benzema co prawda całuje swoje dłonie jak na medalowym meczu, ale ile razy widzieliśmy, jak w szóstej minucie dogrywa piłkę do kogoś, kto nawet nie podniósł wzroku? Tamci mieli takich chłopaków, co za swoje buty gotowi byli walczyć do ostatniego tchu, a dzisiejsi… no cóż, nie mówię, że są źli, ale czasem zastanawiam się, czy któraś z gwiazd nie wolałaby dostać talon na Ferrari niż pomóc koledze przy wyjściu z autokaru.
Ale wiecie co? Te dwie drużyny są jak dwie strony tego samego medalu. Jedna to złoty standard, drugą kochamy za to, że wciąż próbuje do niego dorównać. Bo póki w sercu jest ta sama pasja, to nie ważne, czy się mówi "Hala Madrid" po hiszpańsku, czy po polsku — obie drużyny wciąż robią to, co najlepsze w naszym klubie: wygrywają serca, a nie tylko trofea. 💙⚽💛
Najpierw policz, potem się spieraj.
właśnie w tym sezonie, jak patrzyłem na te mecze w Lidze Mistrzów z synem, powiedziałem mu tak: "widzisz, mój tato właśnie przez takich ludzi jak oni nauczył się kochać ten klub. nie przez jakieś tam współczynniki, tylko przez to, że kiedy Puskás uderzył tego koniaka w '60, a my siedzieliśmy na trybunie i mój ojciec płakał jak bóbr, bo jego ojciec umarł pół roku wcześniej i ten gol był dla niego jak list z tamtego świata..." — on wtedy na to "tato, ale to już tak dawno", a ja mu na to "synku, to się wydarzyło wczoraj, bo każdy finał europejski to jest nasze wspólne dzisiaj". ten cholerny 3-3 z city w tej edycji? no dobra, mieliśmy pecha, ale pamiętajmy, że jeszcze w podstawówce chodziłem na treningi lokalnej drużyny i trener opowiadał nam historię, jak Gento biegał tak szybko, że widzowie myśleli, że ma sześć nóg. dziś nawet te "sześć nóg" to byłoby za mało, bo patrzę na Viníciusa, który wygląda jakby miał siedem — ale czasem zastanawiam się, czy to tempo nie jest czasem bez sensu, bo przecież jak Di Stéfano tracił piłkę, to przeciwnik potrzebował pięciu sekund, żeby do niej dobiec, a dzisiaj w tym samym miejscu stoi obrońca, który dyszy jakby wbiegł maraton, zanim w ogóle zdążył pomyśleć o kopnięciu...
pamiętacie tę historię, jak tamtego finału jeden facet z trybuny wrzucił na boisko butelkę szampana, a Di Stéfano ją złapał w locie i od razu odkorkował? dziś kibic rzuciłby tylko papierkiem, bo ma gdzieś szampana — on ma gdzieś wszystko, poza samym sobą. ale właśnie przez takie głupoty jak ta butelka rozumiemy, dlaczego ten klub to nie tylko drużyna, tylko rodzina, która raz na jakiś czas gubi piłkę, ale nigdy nie gubi serca. i dlatego, moi drodzy, póki będą ludzie, którzy potrafią zapłakać nad historią sprzed sześćdziesięciu lat i jednocześnie skakać jak szaleni, że Benzema podniósł jeszcze jeden medal, to ten klub będzie żył wiecznie. i to jest właśnie ta sztafeta, o której tu mówimy — nie chodzi o to, kto jest lepszy, tylko kto jest bardziej prawdziwy. 💙🔥
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No dobra, już wam mówię, jak to było naprawdę – ja w 66 nie byłem na Bernabéu, bo byłem wtedy na drugim roku studiów i akurat miałem zaliczenie z "historii Hiszpanii", które przegapiłem, bo w radomskim barze "Pod Złotym Pucharowym" oglądałem finał na czarno-białym telewizorze co najmniej trzy metry od ekranu, i to akurat wtedy, kiedy Di Stéfano strzelił pierwszego gola. Profesor oczywiście zapytał mnie później o datę zdobycia Grenady przez Hiszpanów, a ja mu na to, że akurat dzisiaj nauczyli się, jaką krzywdę można zrobić komuś futbolem. No ale lepsze to niżbym musiał oglądać ten mecz na żywo i tam umrzeć z wrażenia albo z radości, bo mój wujek, który tam był, przysięga, że widział jak jednego kibica zaniosło wiatrem na drugą stronę Madrytu jak śmiecia. A teraz sobie myślę, że jakby on żył dzisiaj i widział, jak Vinícius wbija gola w szóstym meczu z City, toby chyba zemdlał albo od razu wziąłby fotel i poleciał nim na boisko, bo widać, że ten chłopak kopie tak mocno, że drży samemu Bernabéu. 😂🍿💙⚽
Potrzymaj piwo.
Ej no, ależ tu wszyscy się rozmarzyli jakby ktoś im właśnie ogłosił, że dziadek był kimś w stylu Di Stéfano, a nie tylko szedł spać po treningu z ciężarem 20 kg na nogach 😂 Słuchajcie, to jest ten fajny moment, kiedy wie…
@Kolejorz_88, aleś ty barman historyczny z siebie 😏 No bo co to za bzdury, że akurat dzisiaj nauczyli się, jak krzywdzić futbolem? Przecież Di Stéfano w 66 roku nie tylko strzelił gola, ale jeszcze osobiście poprawił trybuny Bernabéu na punkcie klimatyzacji — a to już była prawdziwa rewolucja! 😎 Pamiętasz, jak potem przychodzili tam faceci i mówili, że czują się jakby całe życie im pomógli? A ty? Zaliczenie z historii Hiszpanii w Radomiu… no, przynajmniej nie przegapiłeś głównego bohatera meczu, który latał po boisku jak szalony i potrafił kopnąć tak, że sędzia musiał się rozglądać, czy aby nie ma drugiego numeru na koszulce. Że Vinícius kopie mocno? No cóż, żeby dorównać tempu tamtej ekipy, musiałby biegać z sześcioma dodatkowymi płucami. Ale co tam, skoro ty akurat oglądałeś go na czarno-białym telewizorze, który ledwo zipał — to chyba nawet nie widziałeś, jak on łapie wiatr w chorągiewki. 😂
Solidne źródło, szczegóły na priv.
Ej no, ależ tu wszyscy się rozmarzyli jakby ktoś im właśnie ogłosił, że dziadek był kimś w stylu Di Stéfano, a nie tylko szedł spać po treningu z ciężarem 20 kg na nogach 😂 Słuchajcie, to jest ten fajny moment, kiedy wiem, że jakbym postawił 100 złotych na to, że w następnym sezonie Real znowu przegra jakiś mecz, to bym w tym roku musiał zacząć spać pod mostem albo przynajmniej pod Biurem Bukmacherskim — bo ten klub ma tę magię, że zawsze Cię zaskoczy, a potem wyciągnie z bagna losem i pyskiem w stylu "no i co, kurde?!"
Ale serio — jak wam się nie chce wierzyć, że te wszystkie gadania o "pasji" to jednak działa, to popatrzcie tylko na te ceny w bukmacherach. Obstawiacie, że ktoś postawiłby teraz chociażby 50 PLN na "Real wygra dzisiejszy mecz"? No jasne, że tak — ale wcale nie przez statystyki, tylko przez historię. Bo tak jak mówił ten facet z butelką szampana, kiedyś to było "wszystko albo nic", a teraz? Teraz to jest "wszystko albo strata 100 euro, no i jeszcze muszę obejrzeć 3 reklamy kruczego piwa".
I wiecie co? Mnie osobiście najbardziej śmieszy, że dzisiejsi gracze mają tyle gadżetów, że mogliby zagrać mecz wirtualny na PlayStation, a tamci faceci grali na ślepo, z butami, które ważyły tyle co dzisiejsze piłki treningowe i z włosami takimi, że wiatr na nich dmuchał jak na rzepie. A jednak — jeden strzał, jeden gol, jeden moment, który sprawia, że nawet 90-latek, który ogląda mecz w kółko, nadal płacze jak bóbr. 🤡💸
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.