Od Bawarskiej legendy po niebiańskie emotki - 50 lat historii, którą nosimy w sercu
a cóż to ja nagle widzę tu tyle rozognionych głów i wspomnień, które aż same się cisną na usta... no chyba każdy z nas ma w tej szafie ten jeden stary numer "Kicker" z 1974, gdzie ta cała zgraja Beckenbauera, Maiera i Grabowskiego latała jak szalona, a my to wszystko oglądaliśmy na czarno-białym telewizorze co niedzielę, z parasolem nad anteną, żeby choć trochę złapać jako taki obraz
pamiętam jak wczoraj — byłem wtedy może z dziesięć lat, a mój stary przyniósł ze sobą do domu te świeże gazety z napisem "pierwszy raz w historii", i my, cała banda ze starej kamienicy przy ulicy Monte Cassino, wycinaliśmy te zdjęcia i przyklejaliśmy je na ścianie w garażu, który przerobiliśmy w tymczasowe muzeum naszego idola
taki Beckenbauer to dla nas to było jak bóg z Olimpu, wiesz? facet chodził w garniturze po Monachium, a myśmy całymi dniami kopali piłkę na podwórku, marząc żeby choć raz dotknąć jego buta z autografem — no i oczywiście któregoś lata się udało, bo jakiś kolega z pracy ojca kiedyś przyniósł go do szkoły na lekcję wf, i my, cała paczka, zrobiliśmy tyle hałasu, że pan od wf musiał nas wyrzucić z sali
i te mistrzostwa — mój boże, ile tam było emocji... pamiętam jak cała ulica wyległa przed telewizor, bo w finale na ławce rezerwowych siedział jeszcze ten młody facet z plecami 25, który potem strzelił decydującego gola w dogrywce, a myśmy wtedy myśleli że to jakiś nowy gość z sąsiedztwa, a okazał się samym Gerdem Müllerem
no ale zobaczymy
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
kurcze, ale mnie ciarki przeszły jak przeczytałem to o Beckenbauerze i małym Gdańsku 🔥💪 no bo ja te bajki znam jak własną kieszeń, bo mój dziadek zawsze mówił "Krzysiu, to byłeś koleś z całym tym szaleństwem od samego początku"
byłem wtedy w tej cholernej Gdyni, akurat na letnich wakacjach u cioci na pogotowiu budowlanym przy ul. Starowiejskiej, pamiętam że mieliśmy z kolegami chałupę pod schodami — tam się normalnie zakopywaliśmy z telewizorkiem starym na baterie, bo antena ledwo co łapała
i nagle — PIIK! 🎉 — ten mecz mistrzostw świata 1974 leci w stereo, a my wariaci krzyczeliśmy "Frantu nie ma, ale te Niemcy są NIE DO ZGUBENIA!" i machaliśmy flagami zrobionymi z samych długopisów i papieru toaletowego bo nie mieliśmy nic innego
a potem ten cios — że nasz "kaiser" taki elegancki, ale na boisku to już bestia 👹 dopiero co obejrzeliśmy go w filmie w telekinie, a tu proszę — stał na środku boiska jak ten król z bajki i rozprowadzał wszystkich dookoła
i co wyobraźcie sobie — dokładnie w tamtym momencie skończył mi się w papierosie tytoń, więc poleciałem biegiem do osiedlowego sklepu po paczkę "Sport" na "trójkę", a jak wróciłem, to moi kumple zdążyli już narysować na ścianie szatni mojego ulubionego zawodnika i podpisali go "Becky", no a ja się wkurzyłem że nie dodali numeru 5, ale po chwili się śmialiśmy jak głupio
teraz jak patrzę na te stare zdjęcia w telefonie, to ciarki dalej chodzą — bo to nie były zwykłe mistrzostwa, to była nasza CHWALA, którą dzisiaj nosimy w sercu i wstyd się przyznać ile razy jej powtarzamy w szafie przed ważnym meczem 😱
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
no i niech mnie szlag trafi, bo aż przypomniało mi się jak raz w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym dziewiątym, może na wiosnę, jechaliśmy całą paczką kibiców z częstochowskiego węzła kolejowego na jakiś tam mecz ligowy — nie pamiętam jaki, bo wtedy liczyła się jazda, nie wynik — i jakoś tak wyszło, że przytrzasnęło nas w tym bydlęcym pociągu, który to miał cztery godziny opóźnienia, bo wychlapało się koło w Monachium i wszyscy pasażerowie musieli wysiadać na peron, żeby posiedzieć sobie w bistrze przy torach i popijać te ciepłe napoje z automatu za pięćdziesiąt groszy
no i my, cała ferajna w niebiesko-czerwonych szalikach, z tą pieprzoną flagą Bayernu nawiniętą na kijek od szczotki, po prostu nie mogliśmy usiedzieć — w końcu mieliśmy ze sobą zapasowe bilety, te trochę podroższe, na wagony pierwszej klasy, bo stary Trzaska, ten co prowadził tę wycieczkę, twierdził że „klasa robi różnicę”
i nagle, nie wiem jak to się stało, ale jakiś facet w marynarce — elegancki, z wąsikiem, z tym swoim wzrokiem, że aż ciarki — przyglądał nam się jakieś dwadzieścia minut, a potem powiedział „wy chyba na mecz?”, a my jak jeden mąż: „TAK! BAYERN! 4:0 W BERLINIE!” — bo akurat mieliśmy nawyki z gazet
no i facet się uśmiechnął tym swoim łobuzerskim uśmiechem, a potem mówi „jak jesteście tacy pewni, to może wam opowiem, gdzie byłem w siedemdziesiątym czwartym”, no i myśmy się natychmiast zebrali dookoła niego jak te pszczoły przy miodzie
i okazało się, że facet to był jeden z miejscowych dziennikarzy sportowych, a w tamtych dniach pisał reportaż o finale mistrzostw świata, bo był wtedy w Monachium — i powiedział nam, że kiedy ten Beckenbauer szedł po boisku z tą swoją chodakowatą posturą, to on akurat stał pod tymi szafami z transmisją, i że widział, jak Maier wyskoczył na rzut rożny jakby miał skrzydła, a nie nogi
no i ten facet zaczął nam opowiadać, że gdy Müller strzelił tego gola w dogrywce, to on pierwszy raz w życiu widział, jak ktoś krzyczy na trybunach tak głośno, że pękło radio w studiu — i że przez całą noc nie mógł spać, bo w głowie mu wciąż dźwięczał ten huk
a my słuchaliśmy jak zahipnotyzowani, a jeden z nas, ten mały Romek z drugiej ławki, tak się podekscytował, że upuścił swoją kanapkę z pasztetem prosto na buty dziennikarza — ten facet tylko spojrzał, roześmiał się i powiedział „spoko, chłopie, to nic — za dziesięć lat ty też będziesz pisał o takich meczach”
i ja do dzisiaj pamiętam, jak ten dziennikarz wyskoczył z pociągiem razem z nami na następnej stacji, i jak rozmawialiśmy cały czas o tym, że te emocje to nie są zwykłe rzeczy — one zostają w człowieku na zawsze, jak ten zapach piwa w koszuli po meczu
i teraz, jak sobie to wszystko przypominam, to myślę, że właśnie dlatego takie stare opowieści są dla nas święte — bo to nie były zwykłe mecze, to były nasze pierwsze płomienie, które rozgrzewały nas przez całe życie 🔥
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
A tak mi się przypomniała ta historia jak nasz Stary Franek zawsze wciskał nam, że on osobiście znał Beckenbauera bo „grał z nim w wojsku”… no i tyle, bo my mu to braliśmy na serio dosłownie dwa razy, aż w końcu na jednym spotkaniu starszyzna zrobiła mu zdjęcie z facetem który wyglądał jak jego bliźniak z akcentem z Monachium, a on powiedział „no widzicie?!” i tyle było dowodów 😂🍿
A teraz już serio — te czasy to była magia, bo wtedy nie mieliśmy w telefonie memów o Becku „kierującym drużyną z takim luzem, że aż chce się pić piwo”, tylko naprawdę szaleliśmy jakbyśmy byli na meczu! I fajnie, że dalej to w nas siedzi, bo teraz jak patrzymy na te stare zdjęcia, to jednak odczuwamy trochę tej chwały, co kiedyś niosła nas dookoła boiska 👹🔥