Od Złotej Jagi do tej chwili: jak Raków rwał siatki i serca, a my – nie odpuszczamy ani o krok!
kurcze, a pamiętam ten finał w warszawie z 2006 albo może 2007... no tak, puchar polski, chyba z orłem na trybunie, bo to było jeszcze w drugim ligowym sezonie, ale pamiętam te emocje jakby to było wczoraj. stadion pełny, młodzieżówka tam była, stare auta kibolskie pod stadionem, jeden facet sprzedawał kiełbasę i piwo z bagażnika starą furgonetką, cały blok kibiców wołał "na sto tysięcy!" zanim się jeszcze mecz zaczął. potem padło 2:1 i wszyscy biegli do kibiców tej drugiej drużyny, że niby ich „wygonili” z boiska, a myśmy stali i śmiali się że taki malutki klub potrafi dołożyć jednym z ekstraklasy. a teraz? no teraz mamy setki na trybunach, rozumiesz co mówię? i to cała Polska wie że raków nie odpuszcza. te czasy minęły, ale serce zostało.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
kurwa ale mnie serce ścisnęło jak sobie przypomniałem ten finał 2023... no stoi mi przed oczami jak dzisiaj! ja tam na trybunie K, ten największy pakiet, w czerwono-biało-czerwonym morzu, wiatr w dzwonie, a na horyzoncie niebo warszawskie takie smogowe... i nagle jakby niebo pękło 🔥💪 bo 50k kiboli razem krzyknęło "R-A-K-O-W!" jakby chcieli zrobić jeden wielki stentorowy głośnik... potem ten gol, ten jeden moment kiedy wszyscy ludzie podskoczyli tak, że aż ramię mi odbijało od facet obok... a jak ten dublet padł iszam wydobyli, to ci co mieliśmy w Warszawie mieliśmy wrażenie że walimy się na te schody bo emocje to jak fala tsunami 😱... kurczę EwaCracovia, masz rację, te stare auta i kiełbasa z bagażnika to było coś, ale teraz to już nie bajka, to prawdziwy mecz - całe miasto Częstochowa żyje Rakowem! no i te łzy... te łzy kibica który nie jest ani twardym facetem ani nijakim kibolem, tylko po prostu swoim chłopakiem w tym barwach... nikt nie wymyśliłby lepszego klubu 😤❤️🔴🔴
Na trybunach od dzieciaka.
a pamiętam ten 2019, półfinał pucharu z lechią gdynia — facet obok mnie w średnim wieku, normalny taki gość, ani młody ani stary, a wrzeszczy „zabijemy was!” pod nosem każdego gdańszczanina, że aż mi się włosy jeżyły. no i co? i potem padło 0:3, ale ten chłop nie wychodził z szatni przez pół meczu, stał przy ogrodzeniu jakby chciał wbiegł z powrotem na boisko i dołożyć im jeszcze raz. jakby to była jego ostatnia szansa być kimś ważnym w futbolu, ktoś warty pomsty. a my? myśmy po prostu w milczeniu stali, bo cóż tam do roboty było gadać — albo nas pogrzebią, albo my ich. i wtedy ten jeden gol, ten cholerny rzut wolny, i nagle wszyscy razem, cicho do tej pory, wrzuciliśmy się w jeden krzyk jakby ten facet obok mnie wrócił do życia. i wiem, że tam na trybunie była moja żona z synkiem na rękach, i on machał rączkami w takich barwach, czerwono-białych, i tak naprawdę to on później pytał przez cały tydzień „tato, kiedy znowu będą takie fajne kolory na meczu?”. no a teraz? teraz to ten sam malec lata po mieszkaniu z czerwoną chustą na szyi i kopie piłkę w ścianę mówiąc „ja będę w rakowie, zobaczysz!”. bo wiecie co? raków to nie tylko drużyna, to rodzinka która rośnie razem z nim, i ta historia akurat się jeszcze nie skończyła, no ale zobaczymy
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Boże, jak ten czas leci… Przecież to tylko wczoraj się wydawało, że Raków z tamtej Złotej Jagi, z tej cichej Częstochowy, która ledwo zipała w drugoligowych trawach, mógłby nam posłać bilet do siebie na herbatę i ciasto. Pamiętam, jak się wtedy dziwiliśmy, że ktoś jeszcze w ogóle wie, że w Polsce istnieje takie miejsce — częstochowskie osiedla, stare wozy pod stadionem, ten specyficzny zapach kiełbasy i benzyny zmieszany z chłodem nocy przed meczem. Drużyna była taka… swojska, wręcz rodzinna. Jak ci wujkowie, co na imieninach opowiadają stare kawały, a ty się śmiejesz, bo wiesz, że jutro znowu na ciebie huknie, ale dziś jeszcze cię noszą na rękach.
Teraz? Teraz to już nie bajka. To zupełnie inna liga emocji, inny kalibre ludzi. Tamte 2:1 w finałach — no dobra, nikt nie robił z tego wielkiej afery, ale chodziło o coś więcej niż o punkty. Chodziło o dumę, o to żeby pokazać: „Hej, patrzcie, my też umiemy”. A teraz? Teraz na trybunach stoi połowa Częstochowy, a drugą połowę chyba wołają stamtąd — zza Bałtyku, zza Tatr, zza Morza Czarnego. Tamci kibice byli jak starzy, dobroduszni sąsiedzi, którzy wiedzieli, że jak im dziś pójdzie źle, to jutro znowu się spotkają przy piwie. Ci dzisiejsi? To już nie sąsiedzi. To armia. Tak, armia, która ma swój sztab, swoje plany, swoje cele.
Ale uwaga — nie jestem tu po to, żeby tylko bujać w obłokach. Bo widzicie, tamta drużyna miała coś, co teraz, choćby się nie wiem jak starał, już nie da się w stu procentach odtworzyć. Tamci chłopcy grali z sercem takim, jakby mieli w piersi zegarek, który odmierzał tylko jedno: ile czasu zostało do następnego meczu. Byli wolni, luzaccy, czasem wręcz niezdarni, ale właśnie przez to byli naszymi chłopcami. Takimi, do których można było podejść po meczu i powiedzieć: „No, dziś was trochę poniosło, ale wiem, że jutro znowu będzie dobrze”. Oni nie musieli nic udowadniać. Grali dla siebie, dla miasta, dla tej specyficznej rzeszowskiej czy częstochowskiej duszy, która zawsze była trochę poza schematami.
Obecna ekipa? O, tutaj sprawa się komplikuje. Oni już nie grają tylko dla siebie. Oni wiedzą, że na nich patrzy cała Polska. Że w Warszawie setki kibiców wstają rano z myślą „dziś Raków”, że w Gdańsku, Wrocławiu, nawet w Berlinie są ludzie, którzy śledzą każdy ich ruch. To presja, ale też odpowiedzialność. Tamta drużyna mogła sobie pozwolić na wolny styl, na eksperymenty, na momenty, w których wydawało się, że dryfują. Oni muszą być precyzyjni, bo jeden błąd może kosztować milion marzeń kibiców. I dlatego czasem można odczuć, że tracą coś z tej pierwotnej, nieokiełznanej radości. Za dużo myślenia, za dużo analizy, za mało tej dziecięcej radości, która kiedyś pchała ich do boju.
Ale — i to jest klucz — to nie znaczy, że stracili serce. Wręcz przeciwnie. One są, tylko wyrażane inaczej. Tamci kibicowali z kieliszkiem wina, z papierosem w ustach, z uśmiechem na twarzy, który mówił „no dobra, przegapiliśmy, ale następnym razem się odbijemy”. Ci dzisiejsi kibicują z flagami w dłoniach, z pieśniami, które niosą się po całym stadionie, z determinacją, która czasem aż boli. Tamci byli jak stary album ze zdjęciami — piękny, ale zakurzony. Ci dzisiejsi to jak nowy, błyszczący laptop — pełen możliwości, ale czasem trzeba go trochę podładować.
I co z tego wynika? Ano tyle, że Raków jest teraz taki, jaki być musiał. Nie gorszy, nie lepszy — po prostu inny. Ta Złota Jaga nauczyła nas, że futbol to nie tylko punkty, ale historia, emocje, wspomnienia. Oni ją zapisali. A ci dzisiejsi? Oni piszą nowy rozdział. I może nie jest już tak sielankowo, może nie ma tej beztroski z kiełbasą z bagażnika, ale przecież nie o kiełbasę tu chodzi. Chodzi o to, żeby dalej rwać siatki. Tyle że teraz nie tylko częstochowskie, ale całej Polski. I to jest właśnie to, co sprawia, że nikt z nas nie odpuści ani o krok. Bo Raków to już nie jest tylko klub. To coś więcej. Coś, co się rozrasta, choćby się waliło i paliło. Bo kto raz wsiąknie w te barwy, ten już nie wyjdzie.
Najpierw policz, potem się spieraj.
nooo ale mi sie dzieje co się dzieje k**** 🔥💪 a tobie EwaCracovia akurat jak mówisz o tej kiełbasie z bagażnika to mnie aż ciachnęło w nos! bo kurde, ja sam w 2005 byłem w busie na ten wyjazd do warszawy na ówczesny puchar (a już ci gadali, że ten sezon to tylko 2liga) i facet co prowadził busa miał u siebie taką starą torbę z kawałkiem kiełbasy od znajomego, co niby „dziś świeża” — no i smród był taki że aż chciało się śmiać, bo połowa kibiców wyglądała przez okno jakby ktoś jadł gumę a nie kiełbasę 😂 ale jak potem padł ten 2:1 i wszyscy odwaliliśmy się od warszawskiej dziury, to ten sam facet otworzył flaszkę z tym swoim „napojem izotonicznym” i darował jej tyle że ludzie pod nosem mówili „brr… alkoholek na sucho?” a on tylko „spokojnie, to na ciepło!” — no i wszyscy potem staliśmy pod trybuną i jedliśmy ten chleb z tą kiełbasą bo co, mieliśmy ją zabrać do domu?! 😤
a teraz? teraz to ja wiem co czuł Pogon_1913 z tym swoim malcem — bo mój synek dwa lata temu w ogóle nie umiał powiedzieć „Raków” a teraz chodzi z numerem 10 i krzyczy „na bramkę!!!” przy każdym meczu co chwilę w telewizorze. i nie ważne czy w częstochowie czy w Gdańsku, bo jakiś koleś z jego klasy mówi „moja mama zrobiła szalik w barwach rakowa” — no i wiesz co? my nie gramy tylko dla punktów, my gramy bo to jest nasza cholerna wiara w to, że nawet jak przegramy to jutro znowu będziemy tam, z tą samą energią, z tym samym pieśniami, z tymi samymi emocjami. bo raków to nie drużyna, to jak rodzina która rośnie razem i nie ma sensu liczyć ile jej członków jest — ważne że jest ich coraz więcej 🔴🔴❤️
W radości i smutku, do końca z nimi.
ej, a pamiętam jak na finał 2007 w Warszawie jechaliśmy w takim autku, że drzwi od pasażera nie chciały się zamknąć i ten jeden gość całą drogę trzymał je ręką żeby nie odpadła 😂🚗 no i oczywiście na ostatnim parkingu przed stadionem zepsuł mu się silnik, bo akumulator był „trochę używany” (czyli miał tyle lat co numer na koszulce Preetzera)… no to się zebrała cała paczka, rzuciliśmy się na kopanie piłki po parkingu, śpiewaliśmy „Raków jest tylko jeden”, a facet z autem tylko pokręcił głową i mówi „spoko, ja wam bilety oddam, tylko przestańcie kopnąć raz jeszcze w moją maskę, bo i tak jutro muszę ją oddać na złom” 🔴🔴🔥 a potem jak padło 2:1 i wszyscy biegli do wyjścia, to on wyskoczył zza kierownicy z tym swoim „używanym” akumulatorem w ręku i krzyczy „wracam po was za pół godziny!”… i pół godziny potem faktycznie wrócił, bo dowiózł nas do pociągu o 23, a sam został na trybunach z butelką „napoju izotonicznego” który smakował dokładnie tak samo jak kiełbasa z bagażnika EwyCracovii 😂
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.