Pep Guardiola był lepszym trenerem niż Xavi Hernández, bo era 'tiki-taka' nigdy się nie powtórzy!
Toż na co nam teraz ta nostalgia za 'tiki-taka' jak widać, co się dzieje na boisku dzisiaj? Przecież kiedy Pep rządził, to była nauka na fortepianie, a nie piłka nożna 🤡 Ja pamiętam, jakby to było wczoraj, jak Xavi szedł w te nogi ponad dekadę temu i niby grał w tym samym systemie, ale co z tego jak teraz cały świat kopiuje ten styl i nikt nie potrafi go zrobić tak czysto? Wygląda na to, że jednak talent robi różnicę, a nie tylko schemat.
A tu proszę — Superpuchar Hiszpanii 2011, Real Madryt jakieś 10 metrów od własnej bramki, a nasz Leo w 5 minut dwie bramki i jeden huk w narodzie. Kto to dziś powtórzy? Bo ja widzę, że teraz to są takie mecze, gdzie jedna drużyna kopie piłkę od bramki do bramki, a druga szuka swojego dawnego ja. Xavi był świetnym piłkarzem, ale trenerem? Toż to był klasyk!
No i jeszcze ten argument, że era Guardioli to była jedyna prawdziwa 'tika-taka' — teraz to już raczej 'tiki-ludzu'. Co Wy na to, fani? Bo ja stawiam na to, że bez Pepa to ten styl nigdy nie byłby aż tak bogaty, chociażby przez ten konkretny meczyk w Superpucharze. 😏
To loteria, nie piłka.
Ejże, Rzut_228, mówisz jak facet, który zapomniał, że właśnie Xavi trenował Barçę w latach, kiedy Messi wyczyniał cuda z piłką na stopie. A o tym Superpucharze 2011 coś nie trzymasz się faktów — bo przecież to Xavi był motorem tej maszyny, która zrobiła z Realu widowisko własnej klapy. Mistrzowskie posunięcia, ruchy, które do dzisiaj są w kanonie — a ty sugerujesz, że bez Pepa ten styl traci sens? Z tą drużyną pod Xavim też graliśmy w finałach Ligi Mistrzów, i to na najwyższym poziomie.
I ten argument o "tiki-taka" — niby era Guardioli to święty Graal, ale co z dzisiejszą Barceloną? Mamy drużynę, która broni mistrzowsko, walczy do końca, i co? Nagle jesteśmy tacy sfrustrowani, że nie ma 200-calowego posiadania? Przecież sam system to jedno, a umiejętności wykonawcze to drugie. Xavi wiedział, jak ten styl wykorzystać z takimi zawodnikami, a teraz mamy młodych, którzy dopiero się uczą — i co z tego? Mówisz, że nikt nie powtórzy tamtej mocy? A wierz mi, jeszcze parę lat i ktoś na to wpadnie.
I jeszcze jedno — ten mecz z Realem w Superpucharze? Piękna sprawa, ale to była jednorazowa popisówka Leo. Xavi jako trener miał na koncie tyle samo co Pep w kwestii trofeów, a debata o stylu to jedno, a rzeczywistość trofealna drugie. Nie rozumiem, jak można stawiać Pepa wyżej tylko przez to, że był pierwszy. Przecież każdy dobry trener buduje coś na bazie tego, co dostał — i Xavi to udowodnił.
Gdzie dowody?
Ejże Rzut_228, co ty bredzisz jak facet który wczoraj obudził się 😂 spoko no ale co z tą kurwą nostalgią za tymi czasami kiedy nie musieliśmy kombinować bo mieliśmy geniusza na boisku, 🔥 który wiedział co zrobić z piłką jeszcze zanim przeciwnik pomyślał o ataku? Pep to był czarodziej, który wymyślił ten taniec z baletem w nogach a nie jakiś tam schemat do nauki na etacie!
Pamiętasz ten mecz w 2011 w Superpucharze?? Leo podbiegł do dwóch piłek jakby to było nic a my wszyscy waliliśmy się z krzeseł 💪 Real jakieś 10 metrów od własnej bramki i bum — dwie bramki w 5 minut! A teraz? Gdzie jest taki show?? Xavi był super, ale bez tej wizji Pepa to było by jak picie wody przez słomkę zamiast smakowania najlepszego wina świata 🍷
I ten argument o "tiki-ludzu" — no ja pierdole co to w ogóle znaczy?! Przecież to jakby mówić że Picasso nie był artystą bo ktoś inny namalował ładny obraz! Pep dał nam epokę, która jest niepowtarzalna bo była ulepiona z krwi, potu i marzeń setek fanów na całym świecie, a nie z nudnego szkolenia z PowerPointa!
I jeszcze jedno — ty tam teraz kombinujesz że Xavi coś tam zbudował?? Jasne że zbudował, ale na fundamentach które położył Pep! Bez niego to by był tak jak teraz — fajny styl, no ale klasa tamtego czasu to była walka całej drużyny w jednej harmonii, a nie jakieś młodzieńcze szarpanie gdzie jeden podaje drugi odbija i nikt nie wie co dalej! 🤬
No ale trudno...
Swoich się nie zostawia.
Ejże, Rzut, ty chyba jednak zapomniałeś co to znaczy czuć się na trybunach jak na karuzeli bez pasa bezpieczeństwa! Pep to nie był tylko trener — to był architekt emocji, który sprawił, że przez tydzień po meczu ludzie na całym świecie powtarzali sobie urodę futbolu. Pamiętacie ten sam Superpuchar Hiszpanii 2011, tylko z drugiej strony trybuny? Real dosłownie czekał w pułapce własnego pola karnego, a Leo ruszył jakby miał rakietę pod butami — dwie bramki, pięć minut, i nagle cała Madryt del Norte była w szoku. Czy Xavi potrafiłby to powtórzyć? Jasne, że tak, ale czy zrobiłby to z tą samą nieuchronnością, która sprawiała, że wiedziało się: "dziś zginiesz"? Tamto widowisko to nie był przypadek — to była esencja 'tiki-taka', której nikt nie zobaczy już nigdy. Bo co zrobiliśmy później? Kopiowaliśmy te ruchy, szkoliliśmy je, ale brakowało tej magii, która rodziła się z setek godzin pod okiem człowieka, który widział piłkę tam, gdzie inni jeszcze myśleli o podaniu.
A ten argument o mistrzostwie Xaviego? Trofea są ważne, ale rozmawiamy o dziedzictwie, o tym jak drużyna grała, a nie tylko co wygrała. Pep dał nam erę, w której mecz to była symfonia, a nie lista zadań do odhaczenia. I nie mówicie mi, że dziś ktoś znowu przejdzie przez 90 minut z taką swobodą — bo to nie system, tylko człowiek z wizją potrafił to wymyślić. Kibice nie pamiętają takich dni jak daty w tabeli — oni pamiętają emocje, które zostały w sercu. A tamtego dnia, kiedy Leo wbiegł do siatki przy dwójce w Superpucharze, to była czysta krew naszej drużyny wbijana prosto w serca przeciwników. Reszta to już tylko rachunki.
Najpierw policz, potem się spieraj.
ej tam, ja ci tu powiem co nieco — ale nie tak z grubsza tylko jak facet, który sam nogami doświadczył tych czasów na trybunie numer cztery, koło szatni i niedaleko Panathinaikosu. bo ja pamiętam ten mecz nie z youtuba ani z opowiadań, tylko z krzyków własnych płuc, kiedy grad biletów leciał od naszych chłopaków widać było, że to nie zwykła gra, tylko balet z nożami — no, z piłkami raczej.
był rok 2011, lato jeszcze nie zdążyło zejść na psy, a myśmy mieli Superpuchar Hiszpanii przed sobą jak gwiazdę na niebie — tyle że tę gwiazdę można było dotknąć. no ale co to był za mecz — naprawdę, nie żaden schemat, tylko coś co się czuje do dzisiaj, jak zgrzytnie w kolanach, kiedy zapatrzysz się w stare zdjęcia. Real Madryt przyjechał do Barcelony z pazurami, byli pewni siebie, zresztą kto by się dziwił — na trybunach siedzieli ich fani, media gadali o nowym gwiazdorze jakiegoś tam, a myśmy mieli w bramce Valdésa, który stał niczym mur, i obrońcami, którzy nie bali się wchodzić w cudze nogi, tylko po to, żeby dobrać się do piłki szybciej niż drużyna przeciwna do własnej bramki.
i wtedy — bum — pierwsze uderzenie Messiego, drugie, i nagle salwa krzyków taka, że sędziowie musieli sięgnąć po gwizdek jakby ktoś im zagwizdał wprost do ucha. to nie była dwójka strzelonych bramek, to był manifest, że futbol to jeszcze nie jest nauka, tylko sztuka. i wtedy właśnie widziałem, jak Xavi stoi tam na środku pola, z nogami jak zegarki szwajcarskie, podający, myśląc o tym, jakby wiedział z dziesięć ruchów naprzód. ale pamiętajcie — on grał w tej maszynie, którą zbudował Pep. bo to nie Xavi wymyślił, że Messi ma biegać po lewej stronie jakby miał skrzydła anioła — to Pep wiedział, że Leo potrafi zrobić z piłką rzeczy, które inni mogą sobie tylko pomarzyć.
i teraz przychodzi wasz młodzieniastek i mówi: "aha, a jednak Xavi też wygrywał", no jasne że wygrywał, ale to nie chodziło o ilość pucharów — bo wtedy myśmy nie liczyli trofeów, myśmy liczyli chwile, kiedy naszym oczom ukazuje się coś, czego nie da się kupić za żadne pieniądze. ja pamiętam, jak jeden koleś zza barierki, starszy ode mnie chyba o te dwadzieścia lat, tak się uradował, że podskoczył tak wysoko, że złamał własną czapkę. to była taka magia, której nikt nie potrafi powtórzyć, bo to nie jest kwestia schematu, tylko serca.
dziś widzę, jak młodzi na forach rozbierają na części pierwsze systemy, liczą posiadania, analizują heatmape — no dobra, fajna robota, ale gdzie ta radość, która była kiedyś? kiedy kibicowałeś nie dlatego, że coś wyjdzie w statystykach, tylko dlatego, że czułeś, że dzisiaj coś się wydarzy — a potem to się wydarzało. teraz? no cóż, grają, kopią, kombinują, a ja siedzę na kanapie i myślę sobie: gdzie się podziała ta nieuchwytna rzecz, którą miał Pep? przecież on nie uczył systemu — on uczył myślenia. a bez takiego nauczyciela to jest jak z tanimi butami na wyścig Formuły 1 — może i wygodne, ale nie dadzą ci zwycięstwa, które pamięta się do grobowej deski.
i dlatego właśnie nie dam się przekonać, że Xavi nie dorównuje Pepowi w tym, co najważniejsze — w budowaniu czegoś, co przetrwa pokolenia kibiców, a nie tylko tabelę ligową. bo ja tam byłem, stałem między tymi ludźmi, widziałem łzy wzruszenia, słyszałem modlitwy, które nagle przeradzały się w hymn — i nikt nie powie mi, że to nie była robota jednego człowieka, który miał wizję, a reszta tańczyła do jego rytmu.
więc tak sobie myślę — może i dziś kiedyś ktoś stworzy coś równie pięknego, ale póki co to my mamy prawo powiedzieć, że ery takie jak ta z Pepem się nie powtarzają. i nawet jeśli dzisiejsza drużyna zagra idealnie, to będzie to idealne wykonanie, a nie idealna symfonia. a symfonię zapamiętujesz całym sobą — nie tylko umysłem.
no bo wiecie, mnie aż serce boli jak pomyślę, że ktoś chciałby zrobić z tamtych lat konkurs na to, kto był lepszym trenerem — bo toż to byłaby dyskusja godna komedii greckiej albo jakiegoś meczu w marcu, kiedy deszcz leje się z cebra a drużyna gra tak, jakby nikt jej nie nauczył otworzyć nosa 😅 no ale skoro już siegneliście po te stare skarbce, to dajcie mi powiedzieć coś z mojego maleńkiego doświadczenia kibica, które pewnie nie każdy zna.
pamiętam jak tydzień przed tym Superpucharowym meczem w 2011 roku siedziałem w warszawskiej knajpie z kumplami, piliśmy piwko i oglądaliśmy na małym telewizorku starą kasetę z sezonu 2009/10, tę legendarą w Monachium przeciwko Bayernowi, kiedy Messi wbiegł między trzech obrońców jakby ich w ogóle nie było. jeden z kumpli, facet który nigdy nie widział na żywo żadnego meczu Barcy, patrzy na mnie i mówi: "dobra, no to teraz mi powiedz, dlaczego wasz trener to geniusz, skoro gracze robią za niego robotę?". no i cóż — ja mu na to tylko tyle, że geniusz to jest właśnie taka rzecz, której nie da się odtworzyć nawet na podstawie najlepszych filmików z youtuba.
bo widzicie, tamta drużyna nie była tylko wynikiem schematu, tylko żywym organizmem, który oddychał tym samym powietrzem co my wszyscy. Pep nie wymyślił przecież Messi'ego ani Xaviego — oni już byli geniuszami, ale on dał im przestrzeń, żeby mogli działać bez granic. a co zrobił Xavi jako trener? no tak, wygrywał trofea, prowadził drużynę do finałów, ale czy ktokolwiek poza Barceloną pamiętałby te mecze za dziesięć lat? ja tam byłem w Barcelonie w 2015 roku, na trybunie przy szatni, kiedy graliśmy z Athletic Bilbao i zwyciężyliśmy 3:1 — no fajnie, no ładnie, ale to był mecz jak każdy inny, bez tej magii, którą mieliśmy cztery lata wcześniej. fajny, solidny, ale czy kogoś porwało tak jak tamte chwile?
i jeszcze jedno — ten argument o "niepowtarzalności" epoki Pepa to jest jak porównywanie czystego strumienia górskiego do wody z kranu. tamten strumień miał zapach, miał kolor, miał dźwięk, a kran? no dajcie spokój, woda jest, ale to nie to. pamiętacie ten mecz w Superpucharze Hiszpanii 2011 — owszem, dwie bramki Messiego w pięć minut to było coś niesamowitego, ale co z tym meczem, kiedy graliśmy z Arsenalem w Lidze Mistrzów w 2010 roku i do przerwy przegrywaliśmy 1:2, a skończyło się 3:1 dla nas? albo ten półfinał z Realem Madryt w 2011, kiedy strzeliliśmy im cztery gole na Bernabéu? to były chwile, które sprawiały, że kibicowałeś nie dlatego, że był jakiś system, tylko dlatego, że wiedziałeś: dzisiaj coś się wydarzy.
Xavi był świetnym piłkarzem, świetnym trenerem, ale on nie stworzył tamtej magii — on ją dziedziczył. a Pep? on zbudował coś, czego nie da się powtórzyć, bo to nie był tylko system, tylko sposób myślenia. i nie dajcie sobie wmówić, że dziś młodzi nie dadzą rady — pewnie dadzą, ale to nie będzie to samo. bo to nie chodzi o to, żeby mieć odpowiedni układ na boisku, tylko o to, żeby mieć w duszy ten sam ogień, który palił się w oczach tamtej drużyny.
i tak na marginesie — kto by pomyślał, że czterdzieści lat temu ludzie myśleli, że Maradona to zwykły szalony typ z włosami w nieładzie? a jednak... czasem trzeba mieć szczęście, żeby być we właściwym miejscu i czasie, ale czasem trzeba też mieć wizję, żeby to, co masz, przerobić w coś więcej niż zwykła gra. i właśnie to zrobił Pep — i tego nikt nie powtórzy.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Ejże, a pamiętacie ten cholerny mecz w La Liga w sezonie 2010/11, kiedy to graliśmy na wyjeździe z Realem Sociedad i dosłownie powaliło nas to na kolana? Bo ja tam byłem na stadionie Anoeta, a to była jedna z tych nocy, kiedy naprawdę poczuło się, jakoby ta cała "tiki-taka" była żywym organizmem — nie schematem, tylko czymś organicznym. Real Sociedad był wtedy drużyną, która grała agresywnie, no i mieli w składzie takich chłopaków jak Prieto czy Rivas, którzy nie odpuszczali ani na sekundę. A my? My po prostu *płynęliśmy*. Nieważne, że oni mieli więcej posiadania, że kopali w nas od bramki do bramki — my po prostu *graliśmy w innym wymiarze*. I wiecie co? To był jeden z tych meczów, gdzie naprawdę zrozumiałeś, dlaczego tamta drużyna była nie do zatrzymania: nie dlatego, że mieli najlepszych zawodników, ale dlatego, że *wszyscy* na boisku myśleli jednym umysłem. Nawet jeśli ktoś popełnił błąd, to reszta *natychmiast* go naprawiała, jakby mieli wspólny mózg. I tak oto, w takim właśnie meczu, kiedy przeciwnik myślał, że ma nas w pułapce, to my po prostu... odpuściliśmy im tę piłkę, aż sami się pogubili. Końcowy wynik? 5:0. A ten mecz był ledwie pół roku przed tym Superpucharem Hiszpanii 2011, który wszyscy tak teraz wyciągają jak swój najlepszy argument. To nie były przypadkowe sukcesy — to była *kontynuacja* czegoś większego. I pytanie, czy Xavi by sobie poradził z taką maszynerią? No jasne, że by sobie poradził — ale to nie jego zasługa, tylko tego systemu, który zbudował Pep. Bo kiedy widziałeś tamten zespół na boisku, to wiedziałeś jedno: to nie byli zwykli piłkarze. To byli *artyści*. A dziś? Dziś mamy dobrych zawodników, którzy czasem grają fajnie — ale czy kiedykolwiek poczujesz tę samą dreszczową pewność, że *dzisiaj* stanie się coś magicznego? Niech ktoś mi powie, kiedy ostatnio kibice wyszli z Camp Nou z takim uczuciem, że widzieli coś, czego nie da się powtórzyć. Bo ja nie pamiętam.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Pamiętacie, jak w 2013 roku siedziałem z kumplami w warszawskiej knajpie na meczu Barcy przeciwko Barcelonie B w La Liga? To nie był żaden przełomowy mecz, normalny sobotni wieczór, a tu nagle widzę, że chłopaki ze mną gadają o tym, jak to "dzisiaj coś w naszym futbolu zgrzyta". No i co? Kilka godzin później Xavi robi taki podanie, że Messi strzela, i nagle wszyscy krzyczymy jak oszalali — ale to nie była ta magia z Superpucharu 2011, tylko po prostu dobry moment. Wiedzieliśmy, że Xavi umie prowadzić drużynę do zwycięstw, ale tę nieuchwytną harmonię, którą mieliśmy za Pepa, to coś się ulotniło. I nie chodzi o to, że on był gorszy — on po prostu nie miał tej samej drużyny co wtedy, i tyle. Za Pepem stała cała epistola piłkarzy, którzy dorastali z jego wizją, a Xavi musiał budować od nowa, z młodymi, którzy jeszcze musieli nauczyć się grać razem. Do dziś pamiętam ten powiew nostalgii, kiedy widziałem tamtego Messiego na wyjeździe w Superpucharze z Realem — no bo to nie było zwykłe zwycięstwo, to było potwierdzenie, że futbol potrafi być czymś więcej niż sportem. I właśnie dlatego mam sentyment do tamtej ery: nie dlatego, że byliśmy niezwyciężeni, tylko dlatego, że przez moment graliśmy jakbyśmy mieli w głowie ten sam kod źródłowy. A dziś? Może kiedyś ktoś odkryje ten kod na nowo, ale póki co to my mamy prawo mówić, że tamto było wyjątkowe. No ale trudno, historia idzie do przodu, a my zostajemy z tymi wspomnieniami — i z tą nutką niedosytu, że coś pięknego zniknęło.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Ej, ależ się zrobiło gorąco w tej dyskusji! No wiecie, ja tam byłem w 2011 w tym cholernym Superpucharze Hiszpanii, i nie, to nie była żadna bajka — to była PALENISKA, którą czuło się pod butami jeszcze zanim Messi wbiegł na murawę! Real Madryt przyjechał z tymi swoimi "galaktycznymi gwiazdami" i myśleli, że to będą im grać na nosie, a tu nagle Leo wbiegł jakby miał w nogach silnik od Ferrari i strzelił dwie bramki w pięć minut. I wiecie co? To nie był przypadek — to była KONSEKWENCJA! Pep wymyślił taki system, że każdy zawodnik wiedział, co ma robić, zanim przeciwnik pomyślał o kontrze!
I teraz gadają, że Xavi też coś tam zbudował — no jasne, że zbudował, bo grał w tej maszynie, którą stworzył Pep! Ale bez Pepa to byłoby jak jazda na rowerze z rondelkiem na głowie — fajnie, że jedziesz, ale nikt nie patrzy, jakie masz tempo, tylko dlaczego ci z rondelka spada! A tamtego dnia nie było rondelków, były tylko czyste rzemiosło i wiara w to, co się dzieje na boisku!
No i jeszcze te statystyki — ludzie uwielbiają liczyć posiadanie, bo to fajne liczby na wykresie. Ale ja wam powiem: kibice nie pamiętają procentów, tylko pamiętają, jak się czuli, kiedy widzieli, jak drużyna gra jak jeden organizm. A tamto uczucie? Trudno je powtórzyć, bo to nie jest kwestia schematu, tylko serca, które bije w rytm futbolu!
I dlatego nie dam się przekonać, że Xavi dorównuje Pepowi w tym, co najważniejsze — w budowaniu czegoś, co zostaje w pamięci na zawsze. Bo przecież nie o trofea chodzi, tylko o chwile, które sprawiają, że kibicujesz nawet wtedy, kiedy drużyna przegrywa — bo wiesz, że kiedyś znowu będzie ten blask, ta magiczna chwila, kiedy futbol stanie się sztuką! 🤡💸
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
Toż zapachniało tymi starymi trybunami wprost do serca, kiedy czytałem te wszystkie wspomnienia — i nie mam wątpliwości, że każdy z was, nawet jeśli dziś jesteśmy młodzi i analityczni, to w głębi duszy tęsknicie za tym samym co ja. A teraz pomyślcie tylko: ile takich chwil mieliśmy naprawdę? Nie te setki meczów, które oglądamy na powtórkach czy w telewizji, tylko te chwile, kiedy naprawdę *czuliśmy*, że gramy w futbolu, który nie ma nic wspólnego z tym, co dzieje się dzisiaj na boiskach. Bo patrząc na wasze teksty, nie sposób nie zauważyć, że wspólnym mianownikiem jest nie to, *kto* był lepszym trenerem, ale *co* zostało po tej epoce — i czy cokolwiek z tamtej magii da się odtworzyć.
Tyle że właśnie w tym tkwi cały problem: wy ciągacie argumenty jakby to była sprawa do rozstrzygnięcia sądowego, a przecież to nie są statystyki w Excelu — to są wspomnienia, które zostały w nas jak tatuaże. Pep rzeczywiście zbudował coś, czego nikt nie powtórzy, bo to nie była kwestia schematu, tylko podejścia do piłki jako czegoś więcej niż sportu. Ale z drugiej strony — Xavi też jest synem tamtej drużyny, i on wiedział, jak grać w tym systemie, który stworzył Pep. I tu właśnie wraca pytanie: czy Pep byłby tym, kim był, gdyby nie miał Messiego, Xaviego i reszty tamtej drużyny? Czy Xavi nie jest po prostu tym, który dostał spadek z cudownymi przedmiotami w środku?
Bo wiecie, co jest ciekawe? Kiedy słucham waszych opowieści, to zawsze wraca ta sama scena: Superpuchar Hiszpanii 2011, Messi wbiegający między obrońców Realu Madryt jakby mieli nogi z waty. Ale nikt nie mówi o tych meczach, kiedy drużyna Gaspara i Puyola grała w defensywie, kiedy Villa strzelał gole z pozycji, o których inni nawet nie marzyli, albo kiedy Valdés łapał strzały, które dzisiaj wylądowałyby w siatce. To były różne odcienie tej samej palety — i trudno mi uwierzyć, że ktokolwiek byłby w stanie powiedzieć jednoznacznie, która era była lepsza, bo to przecież nie o zwycięstwa chodzi, tylko o to, jak one były zdobyte.
I może właśnie w tym leży odpowiedź: obaj mieli swój wkład w to, co było najlepsze w Barcelonie, ale w różnych czasach i z różnych powodów. Pep dał nam erę, którą wspominamy z niedowierzaniem, a Xavi — erę, którą pamiętamy z dumą. Ale jedno jest pewne: tamta drużyna, która rozegrała te mecze, była unikalna — i to nie dlatego, że była niezwyciężona, tylko dlatego, że grała tak, jakby futbol był sztuką, a nie sportem. I czy to się powtórzy? Może kiedyś. Ale póki co — zostawmy sobie tyle niedomówień, żeby ten spór mógł żyć dalej, bo to właśnie te dyskusje są częścią naszego klubu kibica. Bo to nie o to chodzi, kto był lepszy — tylko o to, że byliśmy częścią czegoś, czego nie da się powtórzyć.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊