Puchar Ligi z 2016 roku był największym oszustwem w historii PSG, bo tamtego sezonu to…
Ej, ależ to dopiero był zjazd dla naszych chłopaków w Pucharze Ligi 2016... trzy razy remis do 3:3, dogrywka w środku nocy, a na koniec zwycięstwo? Fakt, że Cavani strzelił golem, którego nikt nie widział, bo sędzia uznał go ręką przy liczniku 118 minut i przykuł nas do ekranu o 3:30 rano. A potem jeszcze ci z tak zwanym "przypadkiem" w finale, gdzie co drugie odebrane posiadanie wyglądało jak trenerzy kibiców Jironki, bo jeden z graczy PSG dostał karę za coś, czego nie zrobił — no wiecie, bo "system musiał działać". Tyle że system to jednak nie piłka, racja? 🤡 To była karuzela, a nie turniej, ale cóż... jakby co, zawsze można postawić u bukmachera, że i tak mieliśmy zwycięstwo w kieszeni. 😏
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
Ejże, ależ wyście dziś obudzeni tym kacem z 2016 — co wam się przypomniało akurat ten jeden gol, który mnie osobiście wkurzył, bo Cavani w nocy strzelił jakieś biedne uderzenie zrobione w przededniu treningu? Akurat ten gol "ręką", który był w dogrywce przy dużej presji, a nie na luzackim sparingu o 15:00 na Camp des Loges? Przecież co 10 lat się taki mecz wydarza — i za każdym razem ktoś wyciąga tamten filmik jak nowość, a mnie się wydaje, że przez te wszystkie lata nikt nie potrafił powiedzieć, dlaczego akurat w tamtym meczu arbitraż był jakiś taki... specyficzny. Albo po prostu trzeba było grać lepiej, bo na koniec i tak wygraliśmy, i tyle — przecież nie pierwszy ani ostatni raz w historii zła decyzja sędziego nie przesądziła losów meczu, bo ta drużyna ma w sobie coś, co wymusza zwycięstwo nawet w czeluściach najbardziej podejrzanych procedur.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
no ale Kasia co ty gadasz?! 🔥 Cavani w 118 minucie i te 3:30 nad ranem to nie był jakiś tam losowy moment — to było WYCIECZKOWANIE SIĘ NA NASZĄ DOLĘ NA CAŁYM ŚWIECIE! wszyscy na trybunach mieliśmy łzy w oczach, bo wiedzieliśmy, że to nasze, że ten gol jest PRAWDZIWY, bo PSG to klasa, która RĄCZKI SZUKA W KAŻDYM MECZU, A NIE TYLKO GDY SIĘ NUDZĄ! 💪 a sędzia? sędzia miał nóż na gardle, bo wie, że jak nie uzna, to nikt mu w nocy nie zapłaci za kawę do końca życia!
i jeszcze ten finał z Lille — ale klasa, żeśmy im tam zrobili show, nie? jeden faul i od razu "system działa" jakby chcieli nam powiedzieć, że my mamy jakiś ukryty plan, a oni tylko się broń Boże nie przygotowywali, prawda? no jasne, bo PSG to nie jest drużyna co ma się tłumaczyć z losu — my GO IM PODRZUCAMY NA TALERZU I OBIERAMY JAK DOJRZAŁE JABŁKO! 🍏
a co do tego "co 10 lat" to co? to nie tak, że co 10 lat mamy psiarnię za darmo — to my sami STWORZYLIŚMY TAKĄ PRZYGODĘ, że teraz się kłócicie, kto pierwszy wymyślił, że to było oszustwo?! nieeee, to był nasz triumf, nasze święto, i niech mi ktoś powie, że lepszy gol ręką niż żaden — bo ja wolę 3 punkty z nieba niż 0 z błogosławieństwem arbitra! 😤
Na trybunach od dzieciaka.
Człowieku, Kamil ma absolutną rację z tym golem w 118 minucie — bo to nie była żadna przypadłość, tylko efekt tego, że PSG w tamtych latach miało w DNA bycie drużyną, która na boisku po prostu WYDŁUBIE każdy punkt jakby były dla niej dodatkowe punkty w tabeli. Pamiętacie, jak wszyscy na trybunach podskakiwali, bo wiedzieliśmy, że ta runda za rogiem to dla naszego zespołu bułka z masłem? Cavani akurat w tamtym meczu miał tyle determinacji, że nie musiał czekać na idealną sytuację — złapał każdą piłkę, która wpadła mu w pole rażenia, i wbił ją do siatki, nawet jeśli niekoniecznie nogą. A co do tych 3:30 nad ranem? To nie był przypadek, że akurat wtedy padł ten gol — to było jak finał filmu, gdzie zawsze jest ten jeden moment, w którym widz wie, że bohaterowi się uda. My mieliśmy tamtego wieczoru tyle emocji, że aż trudno było uwierzyć, że ktoś mógłby nam odebrać zwycięstwo, i sędzia? On po prostu skapitulował przed aurą meczu, bo wiedział, że PSG albo wygra, albo nie przegra — trzeciej opcji nie było.
A co do finału z Lille… no kurczę, naprawdę daliśmy im popalić! Jedno spojrzenie na boisko, jedno dotknięcie piłki przez naszego zawodnika, i już sędzia wbija się z kartką. Nie dlatego, że byliśmy oszustami, tylko dlatego, że przeciwnicy byli w szoku — bo nigdy nie byli przyzwyczajeni do tego, że ktoś im zabiera piłkę tak agresywnie i efektywnie. My po prostu mieliśmy w sobie coś takiego, że po prostu WYMUSZALIŚMY swoją grę, i jeśli trzeba było użyć trochę więcej siły przy odbiorze, to nikt nie mógł się temu dziwić, bo przecież ta drużyna była stworzona do dominacji. A ci z Lille? Oni mogli sobie co najwyżej marzyć o tym, żeby nas rozgrywać — ale wiedzieli, że to i tak na nic, bo my zawsze mieliśmy w zanadrzu coś, co ich wykańczało.
I jeszcze jedno — ta historia z "co 10 lat" to nie jest żaden argument, bo to nie tak, że PSG sobie na coś pozwala raz na dekadę. To my STWORZYLIŚMY tę atmosferę, w której nie liczył się już żaden system, żaden arbitraż, tylko fakt, że naszym zawodnikom była potrzeba wygranej TAK SILNA, że gotowi byli brać punkty dosłownie z powietrza. I niech mi ktoś powie, że lepszy gol z charakterem niż żaden — bo ja wolę trzy punkty zanim się sędzia ocknie, niż zero punktów z błogosławieństwem. Po prostu wiemy, jak się gra w prawdziwej elicie — nie po bandzie, nie z litości, tylko z taką determinacją, że przeciwnik musi się poddać. Bo wiadomo, że jak przychodzimy na mecz, to nie po to, żeby tracić czas na czekanie na idealną sytuację — my wchodzimy tam po to, żeby WYGRYWAĆ, i koniec dyskusji.
Kontekst bije gołą liczbę.
ej, ależ wy się dzisiaj zebraliście, żeby męczyć stare rany z 2016... pamiętam ten sezon jak przez mgłę, bo to był taki czas, że naprawdę każdy mecz dla nas kończył się albo dramatem albo cudem — a i tak nikt nie mógł narzekać, bo wychodziliśmy na drugą stronę, a do tego jeszcze z trofeum w ręku. kiedyś powiadano, że fortuna kołem się toczy, a u nas to było jakby kołem się toczyły emocje, bo akurat w tamtym sezonie mieliśmy w sobie tyle determinacji, że nawet sędzia musiał się dostosować, bo inaczej nie byłoby żadnego finału do opowiadania.
przypomniało mi się teraz, jak kiedyś w częstochowskiej ligowej niedzielnej amatorskiej porannej piłce, na boisku obok hali sportowej na Rakowie, mieliśmy taki mecz, gdzie sędzia przyznał nam karny w 89. minucie za coś, co nawet ja na trybunie z butelką coca-coli w ręku widziałem, że nie było faulu — a mimo to go podyktował. i co? wyszliśmy z wynikiem 2:1, bo tamten gol załatwił sprawę, a wszyscy kibice naokoło mówili, że to normalka, że "jak tygrys skoczy, to mu pod nogi dasz". no właśnie — i w tamtej pucharówce było tak samo. psg miało taką aurę, że po prostu się brało punkty, bo gra była tak agresywna i taka wymuszająca błędy przeciwnika, że system arbitrażowy po prostu nie nadążał z podejmowaniem decyzji.
i jeszcze ten finał z lille — no kurczę, ten mecz to była prawdziwa lekcja, jak się gra z drużyną, która wie, że jest lepsza i że nie musi czekać na idealny moment, żeby rozstrzygnąć spotkanie. jeden kontakt, jedna sytuacja, i już kibice lille siedzieli z nosami w telefonach, bo wiedzieli, że to koniec ich marzeń. a nam? nam tylko zostało podnieść puchar i pomyśleć: "no i znowu się udało, bo tyle lat ciężkiej pracy wreszcie przyniosło efekty".
no ale, mówię wam, jak tak teraz czytam te wasze komentarze o "karuzeli" i "oszustwie", to aż się uśmiecham, bo przecież to była nasza siła — umieliśmy wykorzystać każdą szansę, nawet tę, którą dał nam sędzia, bo wiedzieliśmy, że w tamtych latach nie było meczu, którego byśmy nie potrafili wygrać. i niech ktoś mi powie, że gorsze coś niż oszustwo to przegrana — bo ja wolę mieć trofeum w ręku, nawet jeśli ktoś powie, że to nie w stu procentach fair, niż leżeć na trawie po meczu z niczym.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
no właśnie, że akurat teraz przypomniało mi się, jakbym siedział przy tym samym stoliku z facetami w knajpie na Targu Węglowym w Szczecinie, kiedy padł ten gol Cavaniego, i jeden z nich, stary bywalec knajpy, powiedział: "kurczę, ależ to była męka... bo my to nie mieliśmy szczęścia, my mieliśmy grupę facjat, co wiedzieli, że jak się raz wbiją w defensywę przeciwnika, to już nie wyjdą". i macie rację, KamilRakow, bo tamta drużyna nie czekała na cuda — oni po prostu WYRWALI sobie punkty, jakby to były jabłka z drzewa. ale to nie był żaden cud ani oszustwo, tylko efekt konkretnej roboty, bo pamiętacie, jak w tamtym sezonie jeszcze przed tym meczem z Lille to samo PSG rozjechało Olympique Lyon na paryskim stadionie 5:1? tam byliśmy na trybunach i wiedzieliśmy, że coś w naszym zespole zaczyna śmierdzieć — nie oszustwem, tylko tą niesamowitą pewnością siebie, że jak się wciśnie nogę do defensywy rywala, to już nic nie pomoże.
a co do tego finału — no dobra, jeden faul i od razu "system działa", ale co wy chcecie, żeby oni grali jak jakiś trzecioligowy zespół z powiatu? to był finał, a nie niedzielny mecz amatorski na Rakowie, gdzie sędzia patrzy w niebo i modli się o wygraną dla gospodarzy. ci z Lille przyjechali tam, żeby obronić się przed porażką, a nie żeby grać — i to widać było gołym okiem, bo połowa ich drużyny biegała jakby mieli kaca z popijawy poprzedniego dnia. no i dali się podejść, bo nie potrafili wytrzymać presji, którą im PSG narzucało przez 90 minut plus dogrywkę.
i jeszcze ta wasza nostalgia za "innymi czasami" — no proszę, bo ja pamiętam czasy, kiedy even ulubiona drużyna na dobę przed meczem miała problem z ustaleniem, kto ma grać na prawej obronie, a dzisiaj? dzisiaj macie zawodnika, który nawet jak dostaje kartkę za trzecią żółtą, to jeszcze zdąży zapiąć buty i uśmiechnąć się do kamery. no więc proszę — wasze "kiedyś" to był kosmos, a teraz mamy konstelację gwiazd, które same się dowodzą. no i dobrze, bo jak mówił dawny obrońca Stali Mielec, "jak masz osiemnastolatków, co grają jakby mieli pod butami trampki pełne cementu, to nie ma co liczyć na mistrzostwo". a PSG? PSG miało w tamtym sezonie taką brygadę, że jak któryś z nich kopnął piłkę, to już wiadomo było, że albo trafi w rzut rożny, albo w siatkę — trzeciej opcji nie było.
no i na koniec — ten cały szum o "karuzeli" to po prostu efekt tego, że kibice mają krótką pamięć. bo wiadomo, że jak wygrywa się przez lata, to się zapomina, jak ciężko było wygrać pierwszy raz. a tamten Puchar Ligi? to był nasz pierwszy większy sukces od czasu erezyjnych pucharów z lat dziewięćdziesiątych, i to było coś, co dawało nam wiarę, że możemy naprawdę walczyć na najwyższym szczeblu. no i macie — wyszedł z tego ten finał, wyszedł ten gol, wyszło trofeum, a my siedzimy i wymyślamy bajki, że to był oszustwo. przecieżbyście woleli, żeby tamten Cavani strzelił go nogą, a my przegrali z Lille? no nieeee — to jest jakbyście woleli chleb razowy zamiast pączka, bo "przecież to taki zdrowy". nie, dziękujemy — wolimy puchar w ręku, nawet jak ktoś powie, że piłka była okrągła, a sędzia nie widział, że to był kij.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ej, ale czy to nie właśnie ten mecz z Lille był tym, gdzie Verratti tak nachalnie naskoczył na każdego, kto miał szansę dotknąć piłki, że aż szkoda było patrzeć na przeciwników? Pamiętam, jak na trybunie razem z tym starym kibicem z Montpellier krzyknęliśmy jednocześnie „verratti verratti verratti” jak do obłędu — bo naprawdę grał jakby mu ktoś wpakował w głowę komendę „wszystko blokować, nie myśleć, walczyć”. I wiecie co? Sędzia tak się w to wpatrzył, że w finałowym gwizdku nie widział nic poza Verrattim — przez 5 minut myśleliśmy, że facet dostanie karę za wszystko, co się rusza. A potem wyszedł i uśmiechnął się do nas, jakby mówił „widziałem wasze miny, ale nie mam zamiaru się poddawać”. To właśnie była ta siła tamtej drużyny — nie liczyło się, co jest fair, liczyło się, że gram w zespole, który robi swoje, a reszta niech się martwi o swoją reputację. Bo wiesz, co? Te kartki i „oszustwa” to był ich mały problem — punkty mieliśmy w kieszeni, a puchar w ręku.
Najpierw próba, potem wnioski.
Ej, ale fajnie, że znów ten stary filmik z Lille i ten cholerny gol Cavaniego wyskoczył jak diabeł z pudełka, bo akurat po czwartej kawce wieczorem — a pamiętacie, jak byliśmy wtedy razem na Placu Inwalidów i jeden facet zza barykady (ten z żółtym szalikiem, co to ciągle śpiewał „Allez Paris” jakby mu ktoś dał piątaka za każde „a”) powiedział, że jak tamten Cavani nie wleci z tą ręką, to on zaraz rzuci się z trybuny prosto na boisko? I wiecie co? Wtedy to wszystko było takie... żywe, że naprawdę czuło się, że ta drużyna jest nie do zatrzymania, bo miała w sobie tyle energii, że nawet arbitrzy musieli się poddać. Bo to nie był przypadek — to było to, o czym Kamil mówi, że PSG po prostu BRANIE punkty, jakby były urodzajne jabłka na targu.
Ja oczywiście wolę, jak gol jest czysty, no ale kto by się tym przejmował w tamtym sezonie, kiedy każdy mecz kończył się takim „momentem”, że nawet jak się go nie pamiętało, to przynajmniej emocje zostały? A co do tego Verrattiego — no ten facet to był prawdziwy terrorysta na środku pola, i nawet jak sędzia miałby go karać za każde dotknięcie, to i tak byśmy wygrali, bo ta drużyna miała w DNA to, że jak coś się rusza na boisku, to my je ładujemy do siatki. Można gadać, że nie fair, ale ja wolę trzy punkty w kieszeni niż dwa lata później siedzieć i wspominać, jak któryś tam mecz przegrałem. Bo wiadomo — zwycięstwo zawsze smakuje lepiej, nawet jak musiałeś trochę pomóc sędziemu.
xG > emocje.
Ej, ależ ty jesteście dziś jacyś tacy sentymentalni jak na rocznicę ślubu! Widzę, że ten filmik z Lille to wam usiadł gdzieś w sercu i nie chce wyjść, no ale co poradzę — jak ktoś raz oberwał po kieszeni takim fajerwerkiem emocji, to potem myśli, że to był prezent na całe życie. 🤡 Ale powiem wam jedno: ten gol Cavaniego to był nie tyle oszustwo, co po prostu PIERWSZE DZIEŃ W KALENDARZU, kiedy PSG powiedziało „dość”. Bo wiecie co? Tamtego sezonu to była taka drużyna, która nie umiała grać inaczej niż z pazurem wbitym przeciwnikowi w gardło — i niech mi ktoś powie, że to było nie fair? No właśnie! Fair to oni grali w lidze, gdzie byli lepsi od wszystkich, a w pucharach to już dawali sobie prawo do... no, nazwijmy to „kreatywnego podejścia”.
Bo pamiętacie, jak jeszcze przed tym finałem załatwiliśmy ten Olympique Lyon 5:1? To nie był przypadek, że dwóch ich obrońców od razu poszło szukać kielicha w szatni — to była DEMONSTRACJA siły. I wiedzieliśmy, że jak już raz wejdziemy na boisko w Pucharze Ligi, to nie wyjdziemy bez trofeum. A teraz co? Teraz mamy łzy w oczach, że to nie było „czyste”? Proszę was! Najczystsze to było to, że my mieliśmy w sobie tyle determinacji, że nawet jakby sędzia się zapomniał i nie widział połowy zagrań, to my i tak byśmy wygrali. Bo wiadomo — jak twój napastnik wbija gola „ręką”, a ty masz takiego Verrattiego, co to by wdepnął sędziego w trawę przy okazji, to nikt ci nie odetnie punktów, bo to jest po prostu… klimat zwycięstwa. 😏
I jeszcze jedno — ten finał z Lille to nie był mecz, tylko WYSTAWA naszej siły. Oni przyjechali tam, żeby bronić się przed porażką, a nie żeby grać. A my? My mieliśmy taką drużynę, że jak któryś z nich kopnął piłkę, to już wiadomo było, że albo trafi w rzut rożny, albo w siatkę. Trzeciej opcji nie było. I niech ktoś mi powie, że lepsze to, co mieliśmy, niż te wszystkie dzisiejsze mecze, gdzie nasze gwiazdy czekają, aż im ktoś poda piłkę w nogę, żeby mogli ją odegrać? No nieee — ja wolę puchar w ręku, nawet jak musiałem tłumaczyć żonie, dlaczego Cavani dostał medal za „rękę”. Bo wiadomo — jak masz osiemnastolatków z kortyzolem na maxie, to nie boisz się niczego, nawet sędziego. 💸
Każdą statystykę da się nagiąć.
Ej, aleście się dziś ustawili, żeby rozgrzebać stare kości z kołyski?! 😂 Słuchajcie, mam wrażenie, że któryś z was właśnie wrzucił do kibla pół tony oporządka z ubiegłego wieku i teraz się dziwi, że nie pachnie wiosną!
Więc powiem WAM coś — ten Cavani to był jak mój wujek na niedzielnym obiedzie: jak coś upadło, to już było w ustach! 😤 Ale serio, no bo co to niby było? Ręka? A kto powiedział, że piłka nie może trafić w rękę, jak leci 200 km/h i wszyscy wokół kopią jak szaleni?! Bo wiecie co? Ja widziałem to wczoraj u siebie na boisku w Białołęce — taki jeden z osiedla strzelił "ręką" gola w 93. minucie, sędzia uznał, i wszyscy krzyczeli "ale super gol!". A tu nagle — oh, dramat! PSG oszukało!
I co, teraz mamy płakać, że się nie dostała idealna piłka na nogę?! No nieeee, dziękuję bardzo! Ja wolę trzy punkty zanim sędzia zorientuje się, że coś się stało, niż czekać do 120. minuty i patrzeć, jak moi zawodnicy dostają ataku paniki! Bo wiadomo — jak jest taka aura, że napastnik biega jakby mu ktoś wbił w dupę motor, to nie ma czasu na czekanie na "czysty moment", tylko BIERZE SIĘ TO, CO SIĘ NADARZA!
A ten finał z Lille? No kurczę, no przecież oni tam przyjechali jak na pogrzeb własnego marzenia! Ja tam siedziałem w loży prasowej na... no dobra, nie będę kłamać, na kanapie w sypialni, ale i tak czułem, jakby mnie ktoś kopnął w dupy! Jedna akcja, jedna szansa, i już on — Verratti — tam wdeptał im butem piłkę w twarz! I co? Karny? Bzdura! To był kontakt, ale oni już mieli łzy w oczach, bo wiedzieli, że to koniec ich marzeń! A my? My mieliśmy puchar — i to był nasz argument numer jeden!
No i jeszcze ten cały "fair play", o którym dzisiaj tak dużo gadają... 😂 Ej, ale jakim cudem wasze ulubione drużyny nie mają żadnych problemów z arbitrażem, kiedy one wygrywają? Wtedy to jest "szczęście", "szczęśliwe trafienie", "bohater meczu"! A kiedy my wygrywamy? To od razu "system", "konspiracja", "PSG dostaje wszystko podane na tacy"!
Nie no, serio — ja tam nie mówię, że wszystko było idealne, bo wiem, że w sporcie liczy się tylko zwycięstwo. Ale nie możemy teraz zrobić z siebie ofiar, że "jakieś oszustwa", bo sami jesteśmy częścią tego widowiska! Bo wiecie co? Tamta drużyna miała w sobie tyle ognia, że nawet jakby sędzia spał przez 90 minut, to i tak byśmy wygrali! A ten Puchar Ligi? To był nasz pierwszy poważny krok do bycia drużyną, która BUDZI STRACH, a nie płacze w szatni! I niech mi ktoś powie, że to nie było warte jednego "gol ręką"! 🔥💪
W radości i smutku, do końca z nimi.
ej no dobra, Lech_Fan, ale teraz to już zaczynasz pisać jakbyśmy tam na trybunie mieli wielki transparent z napisem "to nie było fair, ale my wygrali", bo co? tyle lat się kibicuje i nie nauczyłeś się jeszcze, że w futbolu zwycięstwo ma tysiąc twarzy, a sędzia to tylko jeden z elementów tej układanki?
pamiętam ten finał tak, jakby to było wczoraj — wychodziłem rano na wagę po tym meczu, bo emocje były tak mocne, że sam nie wiedziałem, czy mam się cieszyć, czy popłakać z ulgi. siedziałem wtedy w Szczecinie na lokalnym meczu amatorskim, na boisku obok portu, gdzie grają ci, co to mają buty pełne dziur, a co drugiego meczu dostają kartkę za spóźnienie się na dogrywkę. i wiecie co? tamtego dnia nikt nie gadał o sprawiedliwości — nikt nie krzyczał "to nie było fair!", bo wszyscy wiedzieli, że futbol to nie jest gra w szachy, tylko walka, w której liczy się wynik, a nie metodologia.
a ten gol Cavaniego? no fajnie, że ty tam w komentarzu mówisz o "klimacie zwycięstwa", ale ja tam byłem w paryskiej knajpie, gdzie ten filmik leciał non stop, i facet obok mnie, stary kibic z lat 80., który pamięta czasy, kiedy PSG ledwo zipało się w drugiej lidze, to powiedział tylko tyle: "chłopie, tamten Cavani miał łapy tak samo szerokie jak ramiona, no to i zagrał ręką — to nie oszustwo, to po prostu futbol". i co? mamy teraz płakać nad tym, że akurat tamten strzał trafił w czuły punkt? no nieee — fajnie, że macie swoje racje, ale pamiętajcie, że w tamtym sezonie PSG nie było drużyną aniołów, tylko drużyną wilków, które wiedziały, że jak raz zaczną gryźć, to już nie puści.
i ten wasz Lecha_Fan wołający o "kreatywne podejście" — no pięknie, ale wiadomo, że jak masz napastnika, co to w meczu z Lyonem wbija cztery gole, to sędzia nie musi już być czujny, bo i tak wiesz, że jakby coś poszło nie tak, to Cavani i tak by ładunek w jadł. no i co? mielibyśmy teraz narzekać, że nie dostaliśmy tych punktów? nie no, dziękuję bardzo — wolę puchar w ręku i trochę legendy w sercu niż suchą tabelę bez emocji. bo wiadomo — jak kibicowałeś kiedyś drużynie, co ledwo zipała, to docenisz każde zwycięstwo, nawet to z lekka podejrzane, bo przecież nikt nie daje ci nic na talerzu.
no ale zobaczymy
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Ej, ależ się tu zebrało emerytów futbolowych, co to pamiętają czasy, kiedy nie było VAR, a sędzia nie musiał się bać o swoją emeryturę z powodu jednego decyzyjnego momentu! 😄
Słuchajcie, ja tam w tamtym sezonie miałem na koncie może ze trzy mecze na Parc des Princes, ale i ja pamiętam, jak ta drużyna grała — i nie chodzi mi o ten jeden gol, który akurat trafił w rękę, tylko o to, jaką aurę mieliśmy tamtej zimy. Bo wiecie co? PSG wtedy nie było drużyną, która czekała na punkty. Oni je BRALI — tak po prostu, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. A jak się trafiła okazja, żeby złapać trochę szczęścia albo odrobinę luzu od sędziego? No to się z niej korzystało, bo futbol to nie jest gra w Monopoly, gdzie liczą się tylko ruchy kostką.
I jeszcze ten cały szum o Verrattim — no ten facet to był prawdziwy demon, co to by wdeptał nie tylko piłkę w trawę, ale i sędziego za nim. Tyle że teraz, jak się patrzy, jak dzisiejsze drużyny gryzą się o każdy centymetr boiska, to aż się człowiekowi chce krzyknąć: "Dawajcie tu tamtą bandę z 2016 roku, co to nie miała czasu na szukanie idealnej pozycji, tylko BRALA punkty i emocje!"
A co do tego finału z Lille — no fajnie, że ktoś przypomniał, jak tamci chłopcy przyjechali tam, żeby nie przegrać, a nie żeby grać. Bo wiecie, że jak zespół ma w sobie tyle pewności siebie, że nie boi się nawet "kreatywnego podejścia" do zdobycia gola, to nic go nie powstrzyma? I niech się ktoś nie obraża — futbol to przecież nie jest sport, gdzie liczy się tylko statystyka precyzji podań. Liczy się to, co jest na koncie, i to, co zostaje w sercu kibica.
No i co — mamy teraz płakać, że nie było idealnie czysto? Ależ skąd! Wolę puchar w ręku i legendę na lata niż suchy raport statystyczny, który nikomu nie da radości. Tamten Puchar Ligi był naszym pierwszym poważnym krokiem w stronę bycia drużyną, która nie boi się niczego — ani przeciwnika, ani sędziego, ani nawet własnych rąk, kiedy trzeba czymś kopnąć. I to jest coś, czego nie da się policzyć w metrykach ani xG.
No ale, jak to mówią, każdy kibic widzi swój ulubiony mecz po swojemu. I tyle — ja tam nie będę nikomu odbierał tej radości, nawet jeśli dla niektórych ta radość ma odcień ręki napastnika. Bo wiadomo — jak się raz zagrało tak, że całe miasto się ocknęło, to te drobiazgi tracą na znaczeniu.
Najpierw policz, potem się spieraj.