Raków nie potrzebuje „zagranicznych gwiazd” — sami wbijają do europejskich pucharów z takim rosterem jak 4
No ale co, ktoś serio widzi za tymi 7 remisami i ledwo 51 bramkami jakiś mityczny zespół co bez zagranicznych gwiazd wali do europejskich pucharów jak w kartofla w płot?? Raków, pięknie się prezentuje, ale niech mi ktoś powie — Legia 4 lata temu na czwartej pozycji miała 68 bramek i 20 wygranych no ale trudno
Na trybunach od dzieciaka.
Szczerze mówiąc, Raków z tym rosterem buduje wrażenie, jakby ktoś wcisnął mu w nogi windę i teraz drzwi otwiera na arenie międzynarodowej – a nie to, że ledwo zipie w lidze.
Forma: cztery drużyny ekstraklasy za nimi, trzy remisy w pięciu ostatnich meczach (łącznie 7 w sezonie) to nie jest hymn pewności siebie, ale rakietowy napęd w pucharach bazuje na mentalności, a nie na statystykach ligowych. To jakby porównać sprint w maratonie – forma na koniec kwietnia niewiele mówi o formie w listopadzie, kiedy termometry mierzą 5 stopni pod prysznicem, a boisko jest oblepione śniegiem.
Trofea: ani jednej korony na półce, za to w dorobku trzy mistrzostwa Polski w ciągu czterech lat – nieźle jak na drużynę, którą zdaje się lekceważyć tabela bramek. I to nie byle jakie mistrzostwa – dwa z rzędu urodzaj w latach 2020-2021, zanim jeszcze wpadli w ten sezonowy dołek 7 remisów i 51 trafień.
Statystyki: Legia cztery lata temu na czwartej pozycji strzelała 68 bramek? Można tak mówić, ale Raków swoją drogę budował na uderzeniu kontrami, które potrafią się rozwinąć do 150 km/h, a nie na strzelaniu przez beczki – ich xG na mecz plasuje się gdzieś przy 1,4, podczas gdy najlepsi w lidze mają 1,7-1,8. To nie jest zła średnia, tylko inna strategia – nieefektywna w lidze, śmiertelna w pucharach, gdzie liczy się jeden mecz, jeden strzał, jedna chwila.
Rola w drużynie: każdy gracz Rakowa jest odpalany jak fajerwerka – 16 zwycięstw w lidze to świadectwo siły mentalnej, której nie da się zamknąć w tabeli bramek. Oni nie muszą być najładniejsi, muszą być najskuteczniejsi w kluczowych momentach, a robią to od lat, bez obcego kapitału, bez gwiazd na kontraktach wartych tyle co cała kadra.
Werdykt: jeśli Legia cztery lata temu miała broń w postaci masywnej ofensywy, to Raków ma karabin snajperski z celownikiem – jedno trafienie, jeden punkt. Ich siła przebicia w europejskich pucharach wcale nie zależy od liczby bramek w lidze, tylko od tego, jak potrafią rozgrywać swoje atuty w pojedynczym meczu. Ci faceci nie kopią piłki w niebo, tylko celują – i to się opłaca, kiedy stajesz naprzeciwko angielskiego giganta o 90 minut wcześniej, niż ktokolwiek by się spodziewał.
Kontekst bije gołą liczbę.
Ej, czyli mówisz że 51 bramek to za mało jak na europejską przygodę? 😂 Pamiętasz jaki był wynik w pucharach Rokitą z tym samym składem co dzisiaj? No właśnie, zero po beneficie. Albo może zapomniałeś, że w zeszłym sezonie jak chcieli wbić się do fazy grupowej Ligi Konferencji, to odpadli w II rundzie kwalifikacji z tym samym typem drużyny, który normalnie gra w lidze średnio powyżej 50 punktów? 🤡 No i teraz nagle "karabin snajperski"? A co z tymi dziewięcioma meczami bez zwycięstwa w europejkach od 2021 roku? Forma na koniec kwietnia niewiele mówi? To samo powiedzieliście w styczniu 2023 kiedy leciały też remisy i nikt nie czekał na pucharową klęskę w marcu.
No ale no, masz rację – liczy się mentalność, nie statystyki, prawda? Tyle że jak mentalność polega na tym, że zawsze padają w drugim meczu eliminacji, to fajnie by było mieć ją trochę w zapasie na listopadowe noce, nie? 😏
Każdą statystykę da się nagiąć.
No właśnie, niech ktoś mi powie: skoro w Ekstraklasie liczą się trzy punkty w meczu i pozycja w tabeli, to dlaczego mamy uważać, że z 7 remisami i ledwo 51 bramkami na 34 mecze Raków ma cokolwiek do pogadania z drużynami, które w tym samym sezonie stukają po 60+ bramek? Bo nagle „karabin snajperski” robi robotę? AgaLech masz rację – mentalność to jedno, ale jakbyś wziął statystyki od 2021 roku, to te „9 meczów bez zwycięstwa w europejkach” nie biorą się znikąd. Oni nie przegrywają, bo są kiepscy – przegrywają, bo trafiają na drużynę, która potrafi ich powstrzymać jednym dobrym dniem.
Widzew_Krakow pisze o formie w listopadzie kontra kwietniem, ale zapomina, że Raków od czterech lat regularnie startuje w pucharach na wiosnę, a jesienią ledwo zipie. Forma na koniec kwietnia? Owszem, ale jesienne remisy i niskie zwycięstwa to ich znak rozpoznawczy – z tym rosterem nie biją co tydzień, ale też nie spadają. Tylko że w europejkach nie ma tygodnia, jest jeden mecz, a tam liczy się wzorzec: rok temu odpadli z luksemburskim teamem, który w lidze ma 50 punktów, za to gra systematycznie. I co, karabin snajperski nie trafił akurat wtedy?
PiotrUltras mówi, że Legia cztery lata temu na czwartej pozycji miała 68 bramek – i masz. Ale Legia była wówczas zespołem, który regularnie wypruwał flaki w lidze i w pucharach. Raków? Oni od czterech lat są mistrzami w robieniu czegoś innego: systematycznego postępu bez bicia rekordów strzeleckich. I to działa w lidze, bo ktoś musi być czwarty. Ale w Europie? Tam liczy się ten jeden moment, kiedy przeciwnik odsłania się na kontrę, a Raków trafił w jeden na dziesięć – i już po koronie. Statystyki ligowe nie kłamią, tylko szukają odpowiedniego kontekstu. A ten kontekst mówi, że w europejskich eliminacjach potrzebujesz czegoś więcej niż „jeden strzał, jeden punkt” – potrzebujesz także minimalnej ofensywnej pewności, żeby nie zostać złożonym w pierwszym starciu.
I jeszcze ten wiek zespołu – większość podstawowej jedenastki ma po 26-28 lat, więc nie są ani młodzi chłopcy doświadczający pierwszego sezonu, ani weterani, którzy powinni wiedzieć, jak grać na dwóch frontach. Są gdzieś pośrodku: doświadczeni na tyle, by wiedzieć, co robią, ale wystarczająco młodzi, by ten system kontr nadal był dla nich wydajny. Problem tylko w tym, że w Europie stare sztuczki działają raz, potem trafiasz na drużynę, która je odcyfruje. A oni od 2021 roku nie odcyfrowali, jak odcyfrować siebie samych przeciwko mocniejszym rywalom.
Najpierw próba, potem wnioski.
no kurczę, akurat dzisiaj sobie przypomniałem ten majowy wieczór w Gdańsku, 2012 rok, jakieś zakłady sportowe miały coś na organizację meczu rewanżowego play-off o ligę europejską – byłem tam z synem na trybunie zachodniej, i pamiętam, że Raków miał wtedy grać przeciwko… nie, nie, tymczasem skąd ja to znam, że oni wtedy taką furorę robili? no nic, dobra, puśćmy to.
te dyskusje o 51 bramkach i 7 remisach przypominają mi lata osiemdziesiąte, kiedy to Lechia Gdańsk grała w europejskich pucharach, a nikt nie narzekał, że w lidze mieli ledwie 30 trafień na 30 meczów. pamiętam, jak w 1983 roku Lechia miała w tabeli mniej bramek niż Wisła Kraków, a potem w sierpniu wygrali 2:1 z Juventusem na wyjeździe – nie dlatego, że strzelali dużo, tylko że mieli mentalność, że jeden strzał w odpowiednim momencie wystarczy. i dziś mówimy o Rakowie dokładnie tak samo, tyle że z tą różnicą, że dzisiejsze piłkarstwo jest bardziej wyrachowane, a puchary rzadziej schodzą do takich drużyn.
siedem remisów w sezonie to żadna hańba, kiedy się wie, że ten team od czterech lat robi z niczego prawdziwą sztukę – bo oni nie grają po to, żeby zrobić wrażenie na kibicach, tylko żeby wyjść z grupy, albo chociaż zremisować wyjazdowy mecz i liczyć na cud w rewanżu. i ten ich system? no, ja w latach dziewięćdziesiątych widziałem coś podobnego u Gwardii Warszawa – zespół, który nigdy nie strzelał dużo, ale za to potrafił skraść punkt w ostatniej minucie za każdym razem, kiedy tylko chciał. tyle że Gwardia była drugoligowcem, a Raków jest teraz w elicie i bije się z najlepszymi.
ale co do tej europejki… no, tutaj się zgadzam z tym prowokatorem, że te dziewięć meczów bez zwycięstwa to jednak trochę dużo. pamiętacie przecież, jak w zeszłym sezonie trafili na ten luksemburski team, który akurat grał na luzie, a oni w pierwszym meczu wygrali 1:0, a w rewanżu 2:2? i co z tego, że mieli karabin snajperski, skoro na drugi strzał nie trafili? w Europie nie wystarczy trafić raz – trzeba trafić dwa razy, albo przynajmniej nie dać się zaskoczyć w kontrze.
a jak to wyglądało kiedyś? no, starym obyczajem: w moich czasach drużyna, która miała ambicje w Europie, musiała mieć przynajmniej jednego zawodnika, który umiał rozegrać mecz od początku do końca, nie kombinował, tylko po prostu grał solidnie. dzisiaj takich facetów brakuje – wszyscy kombinują, wszyscy kombinują, a jak przyjdzie do konkretu, to okrągłe zero na koniec.
więc co z Rakowem? no, mają potencjał, bo ich mentalność jest twarda jak stare gumowe krążki z mojego okresu, ale póki nie poprawią tych europejskich występów, to będą dla mnie zespołem z potencjałem, który nigdy nie do końca dojrzewa. i to akurat mnie nie dziwi – w piłce nożnej rzadko się zdarza, żeby zespół z tak skromnym dorobkiem strzeleckim robił coś wielkiego na arenie międzynarodowej. ale kto wie? może kiedyś jednak im się uda, a my będziemy siedzieć na trybunach i kiwać głowami z uśmiechem, że jednak mieliśmy rację.
Kiedyś pod koniec kwietnia obserwowałem mecz Rakowa na ich stadionie w Częstochowie – lato, upał, trybuny świecą pustkami, bo wszyscy kibice siedzą w domach albo na basenach, a oni wygrywali 2:0 z drużyną walczącą o utrzymanie. Siedemnaście tysięcy osób na trybunie zachodniej, a atmosfera taka, jakby grali w przerwie meczu juniorskiego. Dopiero w ósmej minucie dogrywki padł drugi gol i dopiero wtedy zrozumiałem, że to nie jest zespół, który ma problem z remisami, tylko zespół, który na te remisy nie pozwala. One biorą się stąd, że przeciwnik w dziesięciu meczach w sezonie po prostu nie umie ich przełamać – albo dlatego, że nie ma dobrego dnia, albo dlatego, że Raków ma drugą linię obrony, która potrafi odbić każdy atak, nawet kiedy pada deszcz, wiatr wieje tak, że sędzia ledwo widzi rzut wolny, i obrońcy mają po dziesięć uderzeń serca na minutę.
Właśnie w takich warunkach, w tym sezonie, czterokrotnie wychodzili z remisu z pozycji obronnej – nie dlatego, że szukają remisów, tylko dlatego, że przeciwnik nie potrafi strzelić bramki, a oni jednego dnia trafią dwa razy w kontrze. I to jest ich patent: niskobudżetowy zespół, który w lidze może sobie pozwolić na defensywę, bo ma napastników, którzy w momencie kontry uderzają z 25 metrów jakby mieli karabin w nodze. Ich xG może być 1,4, ale ta jedna chwila, kiedy piłka trafi w ich układ, to już gol – i to nie raz, tylko szesnaście razy w sezonie. W europejkach liczy się nie średnia, tylko ten jeden moment, kiedy przeciwnik odsłoni się za daleko, a u nich punktualność jest na poziomie szwajcarskiego zegarka. To nie żadne cuda, tylko konsekwentnie budowany system: jeden strzał, jeden punkt, i tak od czterech lat. Problem w tym, że w Europie przeciwnik ma więcej czasu na to, żeby ten system odszyfrować – i stąd te klęski w drugim meczu eliminacji. Ale jeśli w którymś momencie im się trafi zespół, który nie zdąży jeszcze odszyfrować ich wzorca, to ta mentalność zrobi swoje. Bo ostatecznie Raków to nie drużyna, która gra dla statystyk, tylko dla punktów – i te punkty czasem przychodzą w najmniej oczekiwanych momentach.
Najpierw policz, potem się spieraj.
No do licha, ależ MateuszUltras trafił w dziesiątkę z tą obserwacją ze stadionu. Mnie akurat przypomniało się, jak lata temu stałem na trybunie w Legnicy i widziałem mecz tej samej maści zespołu – niski budżet, solidna obrona, jeden szybki kontratak i gotowe. Pamiętam, że miejscowi kibice krzyczeli potem „Mistrzowie kontry!”, ale koniec końców Legnica spadła, bo wiosną już nikt nie chciał grać defensywnie. Raków ma ten sam patent, tyle że cztery lata z rzędu trzyma się na szczycie tabeli, a to już coś innego.
Ale zastrzeżenie mam jedno: tę waszą mentalność „jednego strzału” to ja rozumiem, ale w europejkach liczy się także coś więcej. Ja w zeszłym roku byłem w Rotterdamie, kiedy Raków grał z Feyenoordem – doszedłem tam zrobioną pracą dyplomową, bo akurat była sesja, ale cóż, los tak chciał. I co? Pierwsza połowa, Feyenoord napiera, Raków schowany za swoją ścianą, no i trafia raz – 1:0. Potem drugie spotkanie, oni walą jak szaleni, ale obrona stoi jak skała… dopóki nie dostali karnego. I nagle to „jeden strzał, jeden punkt” zaczyna działać przeciwko nim, bo przeciwnik wie, że jak tylko dadzą im przestrzeń, to zginiemy. Tamtej nocy było chłodno, mokro, i pomyślałem sobie: w lidze ich system działa, bo przeciwnikom też zależy na trzech punktach, a w Europie przychodzi jeden mecz, jeden strzał, i koniec bajki. Mentalność na wagę złota, ale jakby dołożyli choć jedną solidną akcję od początku do końca meczu, to może te eliminacje wyglądałyby inaczej. Tak czy inaczej, fajnie, że wciąż ktoś rozumie, że nie trzeba być pięknym, żeby być skutecznym.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
w sumie to przypomniało mi się jak w zeszłym roku stałem na trybunie w Chorzowie, kiedy Raków grał z Górnikiem – 0:0 w połowie meczu, deszcz leje jak z cebra, a oni jakby to było treningowe popołudnie. Potem nagle Burlsza dostaje piłkę na prawym skrzydle, jeden drybling, szarpnięcie w pole karne i… gol! No i co? Górnik przez pół meczu atakował, a oni w jednej akcji rozstrzygnęli. Właśnie o tym mówię – oni nie grają żeby ładnie wyglądać, tylko żeby w 1% szansy zrobić 100%. I w Europie to działa, bo przeciwnik myśli „jeden błąd i koniec”, a tu nagle dostaje 2:1 i zonk! A te ich remisy to żaden problem – przeciwnicy po prostu nie umieją ich przełamać, bo mają defensywę jak beton i kontry jak laser 🔥 no ale trudno
Na trybunach od dzieciaka.
no właśnie, tak sobie myślę: skoro tyle się gada o tym karabinie snajperskim i jednym strzale w odpowiednim momencie, to dlaczego nikt nie powie wprost, że raków w europejkach pada nie dlatego, że nie trafiają raz, ale dlatego, że w drugich meczach dostają kopniaka tam, gdzie boli? pamiętam jak w latach dziewięćdziesiątych jeździłem zbych do cyganerii z Częstochowy na mecze w wagonach bydlęcych – rzadko kto tam miał bilety lotnicze, a już na pewno nie kibice z naszych stron. ale mieli wtedy coś, czego dzisiejsze zespoły nie mają: umieli grać na dwóch frontach, i to bez kombinowania. dzisiaj wszyscy kombinują, wszyscy kombinują, a wracając do rakowa – oni kombinują tak bardzo, że zapominają, że w pucharach najpierw musisz zaliczyć ten jeden mecz bez straty, a dopiero potem możesz myśleć o strzelaniu bramek.
ostatnio gadałem z jednym facetem, który był na meczu w rewanżu z tym luksemburskim teamem – no i mówi, że w 60. minucie raków prowadził 1:0, miał dobrą szansę na drugą, przeciwnik tracił piłkę raz za razem… i nagle dostają atak, kontrę, gol, a potem jeszcze jeden w dogrywce. i co? wynik 2:3, i już po marzeniach o fazie grupowej. siedem remisów w lidze to może i żadna tragedia, bo w końcu ktoś musi być czwarty, ale w europejkach te remisy wcale nie są zaletą – one tylko pokazują, że przeciwnik wie, jak ich powstrzymać. a jak im pokażą, to oni nie mają pomysłu na to, żeby to odwrócić.
i jeszcze ta wasza teoria o mentalności – no tak, mentalność to ważna sprawa, ale jak mentalność polega na tym, że zawsze padają w drugim meczu, to fajnie by było, żeby wreszcie ktoś zaczął grać inaczej. bo teraz to wygląda tak, że mają jeden wzór: graj defensywnie, zyskaj jeden strzał, liczą na cud. ale w europie cudów nie ma – jest konkret. i jak raz ci się nie uda ten jeden strzał, to już po koronie. a oni od czterech lat na to liczą, i co? zero po beneficie, zero awansów, tylko ciągłe eliminacje w drugim meczu.
no ale dobra, niech sobie gadają – ja tam wolę patrzeć na to, jak w lidze biją po kolei tych, którzy myślą, że doping to coś więcej niż trzy punkty. w europejkach to inna bajka, tam liczy się każdy detal, a raków wciąż kombinuje zamiast po prostu grać solidnie. ale cóż, młodzi tego nie widzieli, a my już dawno zdążyliśmy się przyzwyczaić do tego, że w piłce nożnej rzadko kiedy coś idzie po naszym schemacie.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Hmm, EwaCracovia, akurat dziś rano postawiłem 50 dych na to, że Raków w tym sezonie trafi w europejce na drużynę, która da im luz i ładnie wyjdzie z fazy grupowej – i nie mówię tego byle co, bo bukmacher dał mi 1,80, a ja nie jestem głupi, żeby przepuścić taką okazję. Problem w tym, że ty gadając o „kombinowaniu” zapomniałaś o jednym: Raków nie gra jakieś tam ćwierćfinalowe ładne mecze i nie traci przez swoją mentalność, tylko dlatego, że mają system, który działa w lidze, a w pucharach muszą zmierzyć się z zespołami, które po prostu lepiej grają na dwóch frontach.
Bo wiecie co? Te 51 bramek w sezonie to nie żaden „karabin snajperski”, tylko wynik ich wzorca – oni w lidze mają tyle celnych kontr, że przeciwnik po prostu nie ma siły, żeby ich pogonić, ale w europejce trafiasz na Benficę, która ma trzech zawodników w ataku, którzy potrafią w 10 sekund rozegrać 15 podań, i nagle ich „jeden strzał” ląduje w szatni. Pamiętacie ten mecz z Feyenoordem, kiedy utrzymali się z remisem? No jasne, że pamiętacie – bo właśnie wtedy oni pokazali, że potrafią zagrać inaczej, ale dobra, akurat tamten mecz był taki jeden w roku.
A te wasze „drugie mecze”? No dobra, macie rację, że często padają, ale nie dlatego, że oni nie wiedzą, jak grać, tylko dlatego, że przeciwnik jest lepiej przygotowany. I co z tego? Przecież Legia cztery lata temu na czwartej pozycji miała 68 bramek, ale też odpadła w eliminacjach, prawda? 🤡 To nie ilość bramek robi różnicę, tylko sposób, w jaki je zdobywasz. Raków zdobywa je w momencie, kiedy przeciwnik odsłoni się na kontrę, a ty wkurwiasz się, że to niby za mało – jasne, że za mało, kiedy akurat trafiasz na Real Madryt, ale puchary to loteria, a nie piłka nożna. A jakbyście mieli tyle szczęścia co ja przy zakładach, to może zrozumielibyście, że czasem jedno trafienie w odpowiednim momencie to więcej niż 60 trafień przez cały sezon. przypomnij no swoje ROI? 😏
Każdą statystykę da się nagiąć.
Pamiętacie ten mecz w tej samej fazie w zeszłym roku z tym fińskim zespołem z Veikkausliigi? Dokładnie tak, ten z KuPS-em. Pierwszy mecz w Finlandii, Raków gra niemalże na luzie, bo co to za poziom, no nie? 2:0 na wyjeździe, nic szczególnego — chociaż tamten zespół miał naprawdę mocną defensywę, ale cóż, atak Rakowa strzelił dwie bramki w ciągu ośmiu minut i od razu zrobili się nie do ruszenia. Potem drugi mecz, jakieś tam osiemdziesiąt minut, ci Finowie nie potrafią trafić w bramkę, nawet jakby mieli armaty w polu karnym, a Raków raz strzeli — 1:0 i koniec. Prosta sprawa, jeden strzał, jeden punkt. No i co? Dogrywka, gol dla przeciwnika, karny oddany niecelnie… i nagle to „jeden strzał, jeden punkt” zaczyna działać przeciwko nim, bo przeciwnik wie, że jak tylko dadą im przestrzeń, to zginą. Tamtej nocy było chłodno, mokro, i pomyślałem sobie: w lidze ich system działa, bo przeciwnikom też zależy na trzech punktach, a w Europie przychodzi jeden mecz, jeden strzał, i koniec bajki. Mentalność na wagę złota, ale jakby dołożyli choć jedną solidną akcję od początku do końca meczu, to może te eliminacje wyglądałyby inaczej. Tak czy inaczej, fajnie, że wciąż ktoś rozumie, że nie trzeba być pięknym, żeby być skutecznym.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Tyle lat kibicowania w Lublinie, że aż zapomniałem, jak to jest, kiedy zespół naprawdę potrafi grać w takim stylu. Zgadzam się z tymi, którzy mówią, że Raków to nie żadne marzenie o awansie do grup Ligi Mistrzów, tylko rzemiosło czystej wody – jeden strzał, jeden punkt, i tyle. Pamiętam mecz naszej Stali sprzed kilku lat, kiedy graliśmy w Trójmieście z Lechią, a temperatura na trybunie była tak wysoka, że facet obok mnie dostał udaru i trafił na pogotowie. Mecz skończył się 0:0, i nie było w nim nic fajnego, tylko betonowa defensywa i jedna nieudana akcja. Dokładnie tak samo Raków – nie bawią się w szachy, tylko walą prosto w gardło przeciwnika i idą po punkty.
Ale właśnie, kolega MateuszUltras ma rację z tą obserwacją z trybun: te siedem remisów to nie żaden problem, tylko dowód, że przeciwnicy nie umieją ich przełamać. Sęk w tym, że w europejkach liczy się coś więcej niż tylko jeden trafiony strzał. Siedziałem kiedyś w pubie z kumplem, który był na meczu z Dynamem Kijów, i on mówi mi potem, że jak tylko Raków dostaje piłkę na połowie, to przeciwnik od razu ściąga czterech ludzi do obronnej części pola. W lidze na to starcza, bo są skuteczni, ale w Europie? Jak ten jeden strzał nie przejdzie, to już po meczu. Oni mają system, który działa w Ekstraklasie, bo tam wszyscy grają na remis albo trzy punkty, ale w europejskich pucharach trafiasz na drużyny, które myślą tylko o jednym: jak was zniszczyć w kontrze. I tam ten ich „karabin snajperski” nie zdaje egzaminu, bo przeciwnik już wie, gdzie strzelać.
Hype to nie argument.
Te remisy i te te pięćdziesiąt jeden bramek w sezonie — to jakby ktoś pstryknął palcami i powiedział: "Oto rakówska formuła na sukces". Siedem remisów w Ekstraklasie to nie jest żadne oszustwo, tylko dowód, że przeciwnicy nie mają pomysłu, jak ich przebić, a przecież znamy ten zespół od lat — twardy orzech do zgryzienia, ale tylko w lidze. Tam na trybunie naprawdę docenia się takie podejście: oszczędne, praktyczne, bez lania wody w stylu "piłka nożna to teatr".
Ale co do europejskich pucharów — tu już nie ma złudzeń. StaryUltrasTrybuna postawił swoje 50 dych na drużynę, która da im luz w fazie grupowej, i kto wie, może trafi się akurat taki mecz, w którym jeden strzał wystarczy. Problem w tym, że taki system ma dwie strony: w lidze działa, bo przeciwnicy grają na remis albo trzy punkty, a w pucharach trafiasz na Benficę albo Feyenoord, który w 90 sekund potrafi rozegrać dziesięć podań w polu karnym i znaleźć luki, których raków nie potrafi zamknąć. Tamten mecz w Rotterdamie, kiedy ledwo utrzymali remis — to był właśnie moment, w którym widać, jak kruchy bywa ich plan.
No i mamy ten kontrast: większość skłania się ku temu, że raków to zespół, który doskonale zna swoje ograniczenia i gra zgodnie z nimi — w lidze wystarcza mu jeden celny strzał w odpowiednim momencie, bo przeciwnicy też muszą balansować między zwycięstwem a remisem. Za drugim podejściem idzie argument, że ich podejście to jednak zbyt duże uproszczenie na arenie międzynarodowej, gdzie liczy się elastyczność, a nie tylko jeden strzał i modlitwa. Oni mają mentalność robotników, którzy wiedzą, jak oszczędzać siły i trafiać precyzyjnie — tylko że w Europie, jak raz ten jeden strzał nie padnie, to już po marzeniach o awansie. Tak czy inaczej, czternaście punktów w europejkach przez cztery lata to jednak nic, co by szczególnie robiło wrażenie, choćby mieli sto pięćdziesiąt kontr w sezonie. 📊
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊