Tam, gdzie biegała dusza Pomorza – opowieści ze stadionu, który nie zna strachu!
pamiętam te czasy jeszcze jakby to było wczoraj, bo przecież tu się serio emocje przeżywało — stadion przy ulicy Tama Pomorska wyskakiwał z takim dopingiem, że nawet kunom musiało być słabo... starym bytom naszym to pamiętam, te niedzielne poranki, zapach kiełbaski z budki koło wejścia głównego, kolesie z kapelusiami w barwach klanu, a za chwilę ten huk przed rozpoczęciem meczu, jakby ktoś pstryknął palcami i nagle całe miasto stanęło do tańca
i ten jeden mecz w 2007 roku przeciw warszawskiej Polonii, nie dość że padliśmy 3:1 to jeszcze ten strzał zza pola Koniusza, no kurczę, bohatersko to było wyglądało — wiatr szalał tak mocno, że szaliki fruwały jak chorągwie, a myśmy na trybunie B, nieodmiennie tłoczni, krzyczeliśmy aż gardła bolały, a i tak nie dorównaliśmy temu hukowi co nas spotkał wracając do domu
tamci kibice wiedzą, co to znaczy naprawdę żyć Pogoną — nie liczby rządzą, tylko serce, które bije w rytm czerwono-czarnej pomorskiej pieśni 😄
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
kurde ale z Ciebie stary wyga co nie ? haha no ba, bo ja tam jeszcze w 2007 byłem na trybunie B w pierwszym meczu po powrocie z relegacji i te emocje… 🔥 pamiętam jakby to było wczoraj — szedłem ze Starych Szczecina z kolegami, te ulice takie puste jeszcze bo niedziela, a my z flagami i transparentem "POGOŃ NIE UMIERA", po drodze złapaliśmy jeszcze kilku dechówków zrobionych na zapiecku u jednego z chłopaków, bo co to za mecz bez kielicha przed boisko 🍺😂
a potem ten huk jak otwarto bramę! ludzie na trybunie skakali jak oszalali, te kolorowe chusty latały w powietrzu, a kiedy padł gol w 10 minucie to… BOGUJE SIĘ ! wszyscy darli się na cały stadion, a wiatr niósł te okrzyki aż pod Port 🚢🔴⚫
i jeszcze ten zapach — kiełbasa z budki "U Stasia" obok kas biletowych, zawsze w sobotę wieczór robiona przez jego żonę Wandę, nigdy nie smakowała tak dobrze jak wtedy 😭 no i ten moment kiedyśmy razem z szatnią wyszli po meczu, kibice śpiewali jeszcze na wyjściu, a my z paczką koledzy znowu wracaliśmy tymi samymi pustymi ulicami, ale już z uśmiechem na twarzy bo wiemy że POGOŃ JEST NAJLEPSZA I TYLE !
kto nie czuł tej magii ten nie wie co to POMORZE naprawdę 💪❤️🔴⚫
W radości i smutku, do końca z nimi.
a wiecie, co mi ostatnio wpadło do głowy, kiedy sięgam pamięcią do tamtych czasów? ten straszny mecz z Legią w 2004 roku — nie ten podupadły z tej zeszłej dekady, tylko ten prawdziwy, z ul. Tama Pomorska, kiedy to myśmy ich dosłownie rozniosły na strzępy. nie żadne dziś "ale sędzia podyktował rzut karny", tamci to byli chłopcy od stali, co to po godzinach rąbali w fabryce albo na budowie — pamiętam jak jeden z naszych obrońców, ten Grzegorz Mazur, wyskoczył w powietrzu jakby miał motor w dupę i głową trafił piłkę prosto w róg, a taki Żurawski ledwo zipał, ledwo zipał...
i te okrzyki na trybunie c, kiedy padł ten gol… cały stadion jak jeden człowiek odbijał się od płotu, a ja stałem tam obok jakiegoś starego dziadka, co to pewnie jeszcze w latach 50-tych kibicował tym samym zawodnikom co my. facet nie powiedział słowa, tylko położył rękę na moim ramieniu i patrzyliśmy razem w tamtą chmurę czerwono-czarnego — kurde, wiem, że to brzmi głupio, ale wtedy naprawdę czułem, że to nie jest zwykły mecz, tylko coś większego, jakby ten stadion był jednym organizmem, jednym sercem, które bije w rytm Pomorza...
i co najśmieszniejsze? po meczu facet podał mi kawałek kiełbasy z tej samej budki u Stasia i powiedział tylko: "na zdrowie, chłopaku, bośmy dzisiaj wygrali nie dla punktów, tylko dla duszy". a ja tak stoję, trzymam w ręku tę kiełbasę, patrzę na trybuny pełne ludzi, którzy wciąż śpiewają, i myślę sobie… no kurczę, przecież to nasz drugi dom, a oni — nasi ludzie, nasze rodzinne miasteczko, tylko w barwach innego klubu, ale takie same łzy w oczach, takie samo bicie serca... 😄
Mało kto to pamięta, bo emocje z tej feralnej niedzieli 2004 roku wbiły się w nas na amen, ale ta drużyna, którą mieliśmy wtedy w szatni, to był zupełnie inny świat. Tak, tamci chłopcy naprawdę biegali z duszą na ramieniu — nie było mowy o "systemie gry" albo "taktice", tylko o czystej, prymitywnej sile, o tym, żeby wbić się w te barwy i walczyć jak w amoku. Pamiętasz jak Mazur latał po boisku jak oszalały? Tam nie liczyło się "utrzymanie posiadania", tylko to, żeby piłka trafiła do bramki przeciwnika, i tyle. Oni nie grali meczów — oni wyrywali punkty zębami, a kibice na trybunach odbijali się od płotu, bo każdy gol to była okładanka z rzeczywistością: "jesteśmy jeszcze w grze, jesteśmy silniejsi".
Dzisiaj to już nie ta bajka, choć i teraz widzę, że ten sam ogień czasem się zapala. Teraz mamy chłopaków, którzy mają warsztat, grają bardziej technicznie, no i fajnie, że potrafimy zaliczyć serię bez porażki, jak w 2021. Ale pytanie — gdzie się podziała ta pierwotna dzikość? Tamci faceci nie myśleli o "marketingowym wizerunku" ani o "projektach długoterminowych". Oni po prostu wiedzieli, że kiedy wychodzą na boisko, muszą walczyć, bo inaczej pójdą do domu z miską i będą się zastanawiać, dlaczego ich piłkarze nie krwawią za koszulkę.
To nie jest tak, że dzisiejsza drużyna jest gorsza — nie, po prostu ma inną twarz. Tamci grali na "bądź tu albo nie", a teraz mamy facetów, którzy potrafią rozegrzać akcję przez 30 sekund i strzelić gola z pola karnego. Tamci mieli w sobie coś z gangu — wszyscy się znali, wszyscy razem chodzili po mieście, pili piwo przed meczem i rąbali w garażu na stole pingpongowym. Dzisiaj to bardziej zgraną grupę, która świetnie współpracuje, ale czasem brakuje tej szaleńczej, nieprzewidywalnej energii, która sprawiała, że stadion dosłownie drżał.
I właśnie dlatego czasem tęsknię za tymi starymi czasami — nie żebym nie cieszył się z dzisiejszych sukcesów, ale to coś innego. Tamci chłopcy grali tak, jakby mieli w sobie całe pomorskie morze, a dzisiejsi mają w sobie coś bardziej wyrafinowanego. I może to dobrze, że jest różnica, bo inaczej bylibyśmy kolejną drużyną z lat 90., która odeszła w zapomnienie. Ale czasem, kiedy patrzę na trybuny i widzę te same twarze co kiedyś, myślę sobie: "No kurczę, to jednak nie do końca to samo co wtedy". 🔴⚫💙
Kontekst bije gołą liczbę.
A co ja Wam powiem, facet, bo to akurat ja byłem na tym meczu z Legią w 2004, no kurde, tam na Tama Pomorska… nie ten dzisiejszy beton, nie, tam na trybunie C, tam gdzie stare budy, te drewniane ławki co się trzęsły jak na tratwie 😂 a pamiętacie ten moment kiedy zeszliśmy wszyscy tłumnie, bo Golas strzelił ten drugi gol, a tamci z Legii tak padali jak muchy pod chlorem? Siadałem znowu na mojej starej ławce, tej co miała dziurę od gwoździa i zawsze mnie kłuła w dupę, a Grzesiek obok mnie walnął piwem w ramię i krzyknął "SIEMA STARY! DZIŚ SIĘ NIE MODLIŁEM, TYLKO ŚPIEWAŁEM!" 🔥
I jeszcze ta kiełbaska u Stasia, jeszcze ciepła, bo Wanda akurat coś piekła, a myśmy ją jedli prosto z papierka, bo nie było czasu na talerze — kibol, który miał nóż do kiełbasy i nóż do butelki, to była standardowa paczka, no nie? A zapach ten, co się unosił nad trybunami… że aż łzy same szły, bo to nie było zwykłe jedzenie, to było poświęcenie dla klubu, rozumiecie? Jakbyśmy składali hołd samemu miastu. Też pamiętam, jak stary dziadek obok mnie, ten co nosił daszek w barwach Pogoni z lat 80, powiedział tylko "chłopaki, dzisiaj to myśmy nie grali mecz, myśmy grali o duszę Pomorza" i splunął pod nogi, no ale trudno… bo miał rację. I wiecie co? Dzisiaj, kiedy idę na nowy stadion i widzę te nowoczesne trybuny, to czasem brakuje mi tej dzikości, tej brudnej, zapachowej, kiełbasianej prawdy kibicowania. Tamci chłopcy nie grali dla lajków ani dla reklamówek, grali dla siebie, dla nas, dla miasta… a myśmy im oddawali całe serce z powrotem na trybunie. 💪🔴⚫
Jeden klub, jedno życie ❤️
A niech to kurde, kolego, wam się dzisiaj zebrało na sentymentalne powroweki po zakamarkach pamięci, a ja akurat wczoraj znalazłem w garażu puszkę "Pilsa" z 2004 roku — no wiecie, taką, co to jeszcze miała nakrętkę, a nie te dzisiejsze plastikowe łby do odkręcania. Otworzyłem ją z bijącym sercem, pomyślałem sobie "no kurczę, może to ten zapaszek z tamtych czasów?". A tuż po pierwszym łyku poszedł katar, kichanie i aż mnie w plecy zaświeciło — bo to była ta sam co zawsze, no nie? Ta co to jak ją pijesz, to zaraz czujesz się jak bohater meczu przeciwko Legii, tylko że w domu, przed telewizorem, z żoną co krzyczy "kurwa Jasiu, idź już spać, jutro do pracy!".
Ale wiecie co? Wziąłem sobie tegoroczną serię bez porażki i myślę sobie: niech będzie, że to nasz nowy hymn — "11 meczów, 0 straconych, i żadnego bohatera z płucami pełnymi pyłu z ulicy Tama Pomorska". Bo dzisiejsi faceci grają fajnie, no, ale jakby ktoś im powiedział, że mają iść na obiad z kiełbaską z budki u Stasia… to pewnie by się schowali za technicznym asystentem. A my? My byśmy dalej tam stali, z piwem w garści, i beczki pili, jakby to był ostatni mecz w życiu. 🍻🔴⚫
I teraz serio — jakbyście mieli jutro pójść na nowy stadion i spotkać w garderobie 2004-stego Mazura, toby wasz trener musiałby dać wam kombinezon przeciwpyłowy, bo ten facet dopiero co wyszedł spod prysznica z pudlem kurzu pomorskiego. 🤣
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.