Tam, gdzie serce Szczecina bije najgłośniej – nostalgia Pogoni, która rozgrzewa dusze na…
pamiętam ten dzień jak dzisiaj, choć to było z dziesięć lat temu, może więcej. byłem tam z bratem, obaj wściekli po remisowym meczu ligowym tydzień wcześniej, wracaliśmy do domu tramwajem numer 5 i nie mogłem wytrzymać, krzyczałem na radio jak opętany — pamiętasz, wtedy jeszcze w szczecińskich tramwajach leciało radio sportowe, no i nagle informacja: następny mecz otwarcia ligowego, Radomiak przyjeżdża. brat mnie zapytał tylko: "bierzesz kasę na program?" i od razu wiedziałem, że coś się smaży.
no i ten sobotni poranek, 5 października chyba, bo akurat miałem wolne, poszedłem do sklepu po śniadanie, a na ulicach same biało-czerwone szaliki, ludzie wychyleni z okien samochodów, trąbienie, jakiś chłopak z megafonem krzyczał "dziś was pogrzebiemy, radomski chamie!" — a ja tylko uśmiechnąłem się i pomyślałem: no nareszcie coś się rusza.
ale to co się działo na Burzy... cholera, naprawdę cała dzielnica szczęścia musiała tam być. ledwo się rozsiadłem, a obok mnie facet w średnim wieku, który wyglądał na kolejarza, zaczął recytować na głos skład Pogoni z pamięci, z nazwiskami, z numerami — i co? i w połowie pierwszego gola, ten Radomiak jeszcze prowadził, a on krzyknął: "dawaj chłopcy, niech im pokażemy, co to jest prawdziwe ogniwo!".
i pamiętam ten moment, jakiegoś majowego wieczoru chyba, bo było już ciepło, że kibole weszli na trybuny na początku meczu — normalnie się nie ruszali, czekali, aż ktoś pierwszy ruszy, a potem huk, jeden skakał, drugi chwycił mikrofon, zaczęli śpiewać "ty jesteś pogonią", i wiesz co? cała trybuna drugiego rzędu podniosła się z miejsca, jak jeden kibic. ten sam numer, co dzisiaj, tylko wtedy było ich chyba więcej, bo stadion był bardziej pustawy w sensie ilości miejsc, ale energia biła od ściany do ściany.
a ten 5:0... no, zapomniałem o kasie na program, bo tyle biletów mieliśmy od kolegów kibiców, że aż trzej nie mogli wejść. jeden facet zaoferował "stary, weź mojego, ja wolałbym zobaczyć mecz z baru na mieście" — jak to wtedy mówiono: "do roboty, chłopaki, niech to coś zje".
i pamiętam, jak po ostatnim gwizdku, ktoś puścił petardę, nie wiem czy legalnie, ale huk był taki, że myślałem, że dach nam spadnie. facet obok mnie tylko klepnął mnie w plecy i powiedział: "widziałeś, stary, to się nazywa futbol?". i ja wtedy pomyślałem: no właśnie, coś takiego właśnie brakuje tym młodym, którym się wydaje, że emocje to tylko ekstra przychody i cokolwiek tam jeszcze. tamtego dnia zapłaciłbym podwójnie, żeby to przeżyć raz jeszcze.
no ale zobaczymy, może jeszcze kiedyś taki dzień wróci, że znowu Burza zatrzęsie całym miastem.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
O kurde, facet, aż mi ciarki przechodzą jak to czytam! Słuchaj, ja akurat byłem wtedy w połowie pierwszego rzutu z byczkami na wyjazd do Wrocławia, bo coś tam mieliśmy w Ekstraklasie, ale pamiętam, jak staliśmy w knajpie z okazji moich urodzin — wszyscy w biało-czerwonym, piwo leje się strumieniami, a nagle ktoś krzyczy "Radomiak 0:5" na telefonie jakiegoś kibola. Wszyscy podskoczyli, że nawet kufle pospadały!
I wtedy ten jeden starszy chłop, który miał ten sam numer trybuny co ja dzisiaj, zaczął opowiadać, jak on tam siedział i jak mu się nogi uginały od radochy, kiedy padł ostatni gol. A ja? Ja myślałem tylko: "do chuja, po co ja sobie życie uprzyjemniam, skoro mogę być w Szczecinie i czuć to samo co on!" 🔥💪
No i co, jutro idę do kolegi po bilet na losowy mecz, niech ten duch Burzy znowu mnie dopadnie!
Jeden klub, jedno życie ❤️
ej no jakbyśmy się cofnęli do wiosny osiemdziesiątego drugiego, do tego jednego meczu z warszawską warsą, chyba w maju — akurat mieliśmy remont stadionu, nie pamiętam już dokładnie, ale było tyle betonu w powietrzu, że kibole byli na trybunach ciasno jak śledzie w beczce. pamiętasz ten mecz? facet obok mnie, taki starszy pan w lnianej marynarce, cały spocony od piwa i emocji, gadał ciągle o tym, że "teraz albo nigdy", bo warszawa to takie miasto, co to zawsze coś wymyśli.
a potem... cholera, ten moment gdy padł drugi gol i ktoś puścił z trybuny papierową chorągiewkę, która wylądowała dosłownie na głowie sędziego przy linii — nie wiem czy celowo, ale huk tłumów był taki, że sąsiadka z naprzeciwka aż zasłoniła usta ręką, że niby "przecież go zabiją". a my? myśmy tylko ryknęli śpiewem, aż szyby w knajpach na piętrze wyżej zadrżały.
i wiesz co? po meczu ten sam pan z marynarki złapał mnie za ramię i powiedział: "widziałeś, chłopie, jak bomba? w moim mieście się takie rzeczy nie wydarzały" — i zrozumiałem, że to nie jest zwykły mecz, to coś więcej. taka potrzeba, żeby coś udowodnić, nie drużynie, nie ligę, ale sobie nawzajem, że jesteśmy warci czegoś więcej. a dzisiaj? dzisiaj młodzi gadają o "kulcie", o "legendarnych meczach", ale nie czują tego pieprzonego dreszczyku, gdy trybuna się trzęsie pod nogami. szkoda, naprawdę.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
ej no jakbyśmy się cofnęli do wiosny osiemdziesiątego drugiego, do tego jednego meczu z warszawską warsą, chyba w maju — akurat mieliśmy remont stadionu, nie pamiętam już dokładnie, ale było tyle betonu w powietrzu, że k…
@PudloRokuKupiony73 no dobra, ale nie mówisz chyba poważnie, że remont stadionu to był jakiś czynnik? Przecież ta trybuna pękająca od betonu i emocji to była po prostu burza, która czekała na moment, żeby się rozszaleć! 😅 Facet z marynarką miał rację — warszawiacy zawsze myśleli, że wiedzą lepiej, a tu proszę: my ich tam zapamiętaliśmy jak psa kijem. Pamiętasz, jak ten drugi gol padł? Toż to była chwila, gdy cała dzielnica zrozumiała, że nie ma mocnych — tak jakbyśmy razem z piłką wbiegli im do garderoby i wykrzyczeli: "do diabła z waszymi planami, my gramy dla siebie!".
A dzisiejsi kibice? Trochę szkoda, bo taka desperacja, co tam była... teraz to nawet jak wygramy 5:0, to i tak wszyscy liczą straty w budżecie. Ty nie masz czasem wrażenia, że współczesny futbol to już nie walka o dumę, tylko gigantyczny rachunek za prasówkę w gazetce sportowej? 🤔
Nowy tu, chłonę wiedzę.
Ej, ależ się zrobiło emocjonalnie przy waszych wspomnieniach... to w końcu coś, co każdy z nas nosi w sercu, tylko inaczej do tego podchodzimy, co?
Tamta drużyna z osiemdziesiątego drugiego, albo nawet z tego 5:0 z Radomiakiem — to były składy, które się rodziły w ogniu pasji kibicowskiej, nie w akademiach. Facet obok mnie w osiemdziesiątym drugim gadał o tym, jak każdy z nich miał coś w oku, coś do udowodnienia, i nie chodziło tylko o punkty. Oni grali dla nas, dla miasta, które było wtedy dużo bardziej szare niż dzisiaj. Trybuny pękały nie dlatego, że był nowy stadion, tylko dlatego, że ludzie mieli dość bycia gorsi i chcieli się wreszcie poczuć jakśtam ważni. To była epoka, w której futbol był walką, a nie biznesem.
Obecna drużyna? Też się stara, naprawdę, ale... no właśnie, nie ma tej samej desperacji. Wtedy każdy mecz był jak walka o przetrwanie, teraz — choćbyśmy grali super, to i tak myślimy o sponsorach, o mediolańskich aspektach, o tym, żeby ktoś nas kupił. Pamiętam, jak niedawno gadałem z jednym chłopakiem z Sekcji Pogoni, on mówił, że młodzi piłkarze patrzą bardziej na kontrakty niż na trybuny, że dla nich to po prostu praca. A przecież pamiętacie, jak to było wtedy — facet od strony boiska, ten w średnim wieku z tramwaju numer 5, recytował skład jak modlitwę, bo dla niego to była świętość. Dzisiaj mało kto zna numery na pamięć, bo i po co, skoro ledwo ktoś zostaje dłużej niż rok?
Ale nie psujmy atmosfery — ja nie mówię, że teraz jest źle, wręcz przeciwnie. Ta drużyna potrafi zaciekawić, ma fajnych zawodników, ale brakuje jej tej charyzmy, która sprawiała, że kibole szli na mecz nawet jak było 0:0 w pierwszej połowie i deszcz lał jak z cebra. Tamta "Burza" to była fala, która nie miała początku ani końca — dzisiaj ta fala jest mocniejsza, bardziej zorganizowana, ale... no, nie bije tak mocno w piersi.
Wiecie, co mi się ostatnio przypomniało? Jak jakiś dwudziestolatek wracał z meczu i mówił: "ale fajny był ten pressing". A ja mu na to: "stary, fajny to był ten moment, gdy trybuna śpiewała 'Pogoń, jesteś naszym życiem' i słychać było to piętro wyżej, jak szklanki drżały". On popatrzył na mnie tak, jakby to była jakaś abstrakcja. I właśnie w tym jest ten problem — dzisiaj emocje mierzy się w lajkach, a wtedy liczył się jeden krzyk, który niósł się przez całe miasto.
No ale hej, nie narzekajmy za mocno — fajnie, że mamy drużynę, którą możemy wspierać, która potrafi dawać radość, choćby nie taką samą. Może kiedyś znowu będzie ten dzień, gdy cała dzielnica szczęścia wpadnie na Stadion Burzy i zapomnimy, że świat istnieje. Na razie cieszmy się tym, co mamy, i pamiętajmy, że każda era ma swój smak — i tak samo mocno bije.
xG > emocje.
Ej, ale mnie ciarki jak czytam te wasze wspominki, no ale se coś dodam z naszych czasów, bo pamiętam jak dzisiaj ten jeden mecz, chyba z Lechią Gdańsk lat temu, może 2010 czy coś takiego — byłem z kumplami na górnej trybunie, tam gdzie zawsze słychać było tylko siebie nawzajem i nic więcej, no i akurat zrobiło się 3:1, a drugi gol padł z karnego w 89 minucie... pamiętacie ten moment? ten jeden gość, który stał obok mnie z flagą, stary kibol w średnim wieku, zaczął skakać tak, że musiałem go przytrzymać, bo myślałem, że spadnie na dół.
i co on krzyknął? "teraz dopiero się zaczyna, chłopaki!" i na to, że my że niby co? a on: "słuchajcie, to jest nasz stadion, nie ich! oni mogą mieć swoje gadżety, ale my mamy historię i teraz im to pokażemy!"
i wtedy ta cała trybuna jakby się zapaliła, ludzie zaczęli rzucać flagi w powietrze, a ten gość z flagą złapał mnie za ramię i powiedział: "widziałeś, stary? to jest to, o czym mówiłem — tu się nie gra w karty, tu się walczy o dumę!"
i pamiętam, jak potem w knajpie pod stadionem siedzieliśmy, że nikt nie pił normalnie, tylko bito kufle o siebie, a ten facet cały zapłakany od radochy mówił: "dziś wygrał Szczecin, nie jakaś tam drużyna" — i miał rację, bo wiadomo, że wygrywało się razem, nie pojedynczy zawodnicy.
no ale trudno, teraz te emocje trochę inne, ale dalej jest fajnie, że mamy siebie i że możemy się spotkać, pamiętać i gadać, że fajnie, że jeszcze coś się rusza 🔥💪🔴
Swoich się nie zostawia.
no do cholery, niech mnie szlag trafi, jak on tam nie zapomniał o tym wariacie z tramwaju numer 5 — facet który recytował skład jakby czytał z biblii kibica, a potem wrócił do domu i jeszcze przez tydzień śpiewał pod prysznicem — toż to była prawdziwa inicjacja, nie jakiś tam losowy mecz z kolegami po fajce, tylko coś, co się wpaja w kość. ja to znam, bo sam kiedyś tak siedziałem w szatni ze starym kolesiem, co przychodził od samego początku lat siedemdziesiątych, jeszcze za czasów starej Burzy, i opowiadał mi o tym, jak to się kiedyś robiło, żeby wejść na trybunę i nie musieć się wstydzić. i wiesz co? ten facet miał rację, bo wtedy nie było gadżetów, nie było sponsorów, był tylko futbol i my — kibice, którzy wiedzieli, że każdy mecz to dar od losu, a nie kolejny punkt w tabelce. i jeszcze to, że on mi wtedy powiedział: "pamiętaj, chłopie, że jak pójdziesz na mecz, to masz prawo być dumny, bo nigdzie indziej nie poczujesz się tak wolny". i ja tam wiem, że dzisiaj to już nie to, ale jak się człowiek spotyka z takimi ludźmi jak wy, to się jakoś czuje, że to coś więcej niż sport — to coś, co łączy pokolenia. więc niech żyje ta nostalgia, niech żyje Burza, i niech się ten stadion znowu zatrzęsie!
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
ejże kurde, toż ja tam byłem w osiemdziesiątym drugim, akurat akcja z tym warszawskim pierdoleniem, ale zapomniałem jakieś tam bilety w domu, no bo mam problemy z pamięcią — albo z portfelem, nie jestem pewny 🤣 bo tamtego dnia to były czasy, gdy nawet program meczu był robiony na maszynie do pisania i nazywał się "Burza Rośnie" albo coś takiego, a nie żadne dzisiejsze glossy.
no i pamiętam, jak szedłem na trybunę, a tam stoi facet w średnim wieku, taki typowy szczeciński dziadzio z fajką, pyta mnie: "młody, ty na którym miejscu masz?" a ja na to "no na trybunie, stary, gdzie indziej". On mi tylko kiwnął głową i powiedział: "dobrze, bo ja mam numer 97, jakby co, to mnie szukaj".
i poszedłem, a tam taka konsternacja, że ledwo znalazłem wolne miejsce, bo wszyscy stali, a ten gość z numerem 97 akurat miał wolną kieszeń w kurtce — dosłownie — i w niej trzymał monetę dwudziestozłotową na "szczęście", bo mu kiedyś ktoś powiedział, że to działa.
i pamiętam, jak padł drugi gol, a on wrzucił tę monetę do wiadra z piwem jakiegoś faceta obok, że niby "teraz już nic nie powstrzyma tej radochy" i potem przez tydzień opowiadał wszystkim, że to była święta moneta, która ściągnęła nam zwycięstwo, a jakby nie wiadro z piwem, tobyśmy pewnie przegrali 0:10 albo co 🍿🔥
no i teraz jak patrzę na dzisiejsze ceny biletów i programy drukowane na papierze śnieżnobiałym, to myślę tylko: cholera, ci młodzi nie wiedzą, co tracą... ale też dobra, bo dzięki temu teraz możemy się śmiać z takich historii przy piwie i wspominać, że kiedyś futbol był tańszy, ale duszę miał większą! 💪😂
Potrzymaj piwo.
ejże kurde, toż ja tam byłem w osiemdziesiątym drugim, akurat akcja z tym warszawskim pierdoleniem, ale zapomniałem jakieś tam bilety w domu, no bo mam problemy z pamięcią — albo z portfelem, nie jestem pewny 🤣 bo tamteg…
@Kolejorz_88 no jasne że pamiętam ten numer 97! 🔥 facet miał rację, bo ten mecz to była prawdziwa burza uczuć, nie żadne tam dzisiejsze gadżety 😤 pamiętasz jak to było z tymi biletami? my na trybunie staliśmy jak sardynki w puszce, a ci z biura podróży mieli zwykłe wejściówki drukowane na maszynie do pisania — no i co, wygrało się, bośmy mieli serca większe od portfeli!
ja tam kiedyś z kumplami wcisnęliśmy się na mecz z Zawiszą i taka pani starsza dała nam dwa bilety za pół butelki wódki, że niby "na dobry humor" — a dzisiaj by za coś takiego wsadzili was do więzienia! ale wtedy to był futbol, nie interes, i każdy kibic miał w sobie coś z pirata 🏴☠️ i jeszcze ta cholerna moneta w kieszeni — ja miałem srebrnego dwudziestaka z czasów Bieruta, który jakby nosiłem do kieszeni i ciągle brzęczał, aż facet obok mnie powiedział: "spoko, niech ci brzęczy, ale trzymaj ją dobrze, bo tu potrzebna jest cała magia" — i wiesz co? ten golem w 89 minucie padł właśnie jak rzuciłem monetą w stronę pola karnego, no jakby los powiedział: "dość tych ceregieli, teraz grają ludzie, nie jacyś menedżerowie"!
tylko że teraz to nawet za wejście na trybunę B płacisz więcej niż za litr żubra w knajpie przed meczem 😭ale za to masz takie historie do opowiadania, że aż dech zapiera — no i co z tego, że bilety drogie, skoro nadal mamy siebie nawzajem, co? 💪🔴
Jeden klub, jedno życie ❤️
@Kolejorz_88 no jasne że pamiętam ten numer 97! 🔥 facet miał rację, bo ten mecz to była prawdziwa burza uczuć, nie żadne tam dzisiejsze gadżety 😤 pamiętasz jak to było z tymi biletami? my na trybunie staliśmy jak sardynk…
@Poprzeczka_zHajsu patrząc na te ceny biletów to jednak coś się nie trzyma kupy – naprawdę mieliście wejściówki drukować na maszynie do pisania? Wyobrażacie sobie dzisiaj, żeby ktoś wpuszczał was za 50 złotych na trybunę, na której było więcej dziur niż miejsc? I jeszcze ten numer 97, co facet nosił monetę w kieszeni jakby to był amulet – teraz by mu ten bileter od razu zarekwirował portfel za hazard. To nie był futbol, tylko jakaś pielgrzymka, i nie chodziło o wygodę, tylko o to, żeby w ogóle tam wejść. Dzisiaj młodzi kibice nie wiedzą, co tracą, bo myślą, że emocje można kupić za abonament – a ja wam mówię, że nawet jakbyście mieli darmowe bilety, to i tak nie poczujecie tej magii z numerem 97. Albo mi udowodnijcie inaczej.
Najpierw próba, potem wnioski.