Tam, gdzie zieleń się spotyka z historią – Parc des Princes w chwilach prawdziwej dumy!
pamiętam jak to było w ów dziewięćdziesiątym czwartym, ten wieczór w paryskim lwie, coś tam się gotowało już od pierwszego gwizdka, a ja stałem na trybunie za bramką tej drużyny, te włosy opadające mi na czoło, bo wiatr się akurat zerwał, i kibol obok mnie, facet z fajką, ciągle powtarzał: "będziecie mieli jutro wiadomości w gazetach" no i miał rację, bo ileż tam można kombinować, kiedy jeden jedenasty ma drugiego w nogach.
potem ten gol balcerza na otarcie łez, no klasyk, ale jeszcze nikt nie wiedział, że za chwilę zacznie się ta mała historia, co to potem krążyła po knajpach do samego rana — najpierw ligowski strzał na wagę remisu, a potem, cholera, cztery bramki w dwadzieścia minut? tam naprawdę musiało być coś z powietrzem, coś się unosiło nad boisko, jakaś aura, że ludzie po prostu wiedzieli: dziś to się stanie, to nie jest zwyczajny mecz, to jest coś większego.
i tak sobie wtedy myślałem, że moja córka, która miała może dziesięć lat, dopiero co dostała swój pierwszy koszulkę psg, rozumie się, z numerem dziesięciu — wtedy szewczenko był jeszcze w diabły mały — no ale ona już wtedy krzyczała razem ze mną, i to było coś, przez co ten stadion w ogóle miał sens. bo przecież nie chodziło o same gole, tylko o to, że tyle ludzi, co tak naprawdę nie miało pojęcia o futbolu, nagle czuło, że należy do czegoś wspólnego. takie chwile to skarby, które się później wyciąga z pamięci jak stare zdjęcia, zakurzone, ale ciągle lśniące.
no i teraz jak patrzę na to boisko, które jest naprawdę piękne, zielone, z tymi trybunami co je pamiętam z tamtej nocy, to aż mi się łezka w oku kręci, ale nie mówię nikomu, bo co tu gadać — po prostu warto było tam być. a ty tam byłeś?
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Kurwa, ale historię opowiedziałeś… zaraz jakby mi się zrobiło ciepło na sercu od samego czytania. Pamiętam mój pierwszy raz na Parc des Princes, ale nie w 94, tylko w 2000-szym jak wepchaliśmy się z chłopakami z Gdańska na mecz z Realem… no bo wiadomo, kibol to kibol, dojedzie wszędzie. Staliśmy w tłumie za bramką, a tam takie ciarki chodzą po plecach, jak kibole zaczynają śpiewać „Allez Paris!” przed samym gwizdkiem, a ty nic nie rozumiesz, ale krzyczysz razem z nimi jak oszalały. No i nagle pierwsze minutki, ten pogodny widok zieleni boiska, szliśmy wtedy na trybuny niskie, tuż obok murawy, i facet obok mnie, ten z wielką brodą psg na szyi, pijany z emocji, upuścił piwo na buty jakiegoś biednego gościa zza siatki, no ale nikt się nawet nie obraził, tylko wszyscy zaczęli się śmiać i dopingować dalej, jakby nic się nie stało. A ja w tym momencie pomyślałem: cholera, tutaj naprawdę coś jest, coś, co trzyma ludzi razem, nawet jak nic nie rozumieją i nic nie wiedzą. I jakby co, no bo PSG to nie tylko piłka nożna, to jest coś, co każe ci się czuć jak część czegoś większego, nawet jak jesteś z drugiego końca świata… tak jak ja z Gdańska. Aż tamtej nocy w 94, jak usłyszałem o tej remontadzie, to aż podskoczyłem na kanapie, bo wiedziałem, że ja też byłem tam kiedyś, w tym samym miejscu, w tej samej aurze. Też bym zawołał z radości, gdyby była moja córka obok mnie, taka jak twoja… ale u mnie to żona była, a w ręce trzymała torbę z bułkami, które mieliśmy zjeść potem na powitanie. No ale co tam, warto było być, zawsze. 🔥💪😱
Jeden klub, jedno życie ❤️
a niech mnie, ale ta historia o waszym remonciku z barceloną to mnie znowu do tamtych czasów wciągnęła... pamiętam jakby to było wczoraj, bo przecież ja tam też byłem, tyle że nie w osiemdziesiątym czwartym, tylko w dziewięćdziesiątym ósmym, przy okazji tego meczu z Galatasaray w finale pucharu zdobywców pucharów — a no właśnie, ten sam Parc des Princes, te same trybuny, ten sam zapach piwa i hot-dogów co teraz, tylko że powietrze było gęstsze od emocji, bo nasz mały walec, z tym swoim tunelem pod trybunami, to dopiero co wychodził na arenę międzynarodową i wszyscy się zastanawiali, czy w ogóle damy radę...
stałem wtedy tam gdzieś z tyłu, koło sektora gości, bo akurat trafił się bilet na takim miejscu, co to go nikt nie chciał, a ja miałem szczęście, że trafił mi się taki, bo widok na murawę był rewelacyjny, i nagle taka chwila, proszę państwa, że aż włos się jeżył — minutę przed końcem regularnego czasu, zero zero, i nagle ten moment, kiedy rzut rożny wbija się w pole karne, i w locie pojawia się ten drobny chłopiec, guillou tam mu było, no i ta głowa, cholera jasna, gol! a potem ta wrzawa, ludzie na nogach, wszyscy ściskają się, płaczą, a ja akurat trzymałem w ręce swoją córkę za ramię, miała wtedy może dwanaście lat, no i patrzyłem na nią, jak tańczy z radości, i pomyślałem: kurde, to jest właśnie to, o czym mówił karnyukrad — nie chodziło o puchar, nie chodziło o wynik, tylko o to, że obie należymy do jednego klubu, do jednego miejsca na ziemi, do jednego marzenia. a jutro i tak się rozjedziemy, ona do szkoły, ja do emerytury, ale dziś, w tej chwili, byliśmy rodziną.
i wiecie co? wciąż mam ten bilet gdzieś w domu, zaklejony w ramce, ze szklanką i flagą, i jak na niego patrzę, to znowu czuje tamten zapach — trochę potu, trochę kawy z kubków termicznych, trochę tych papierosów co to je palili kibole obok, i ten specyficzny smród stadionowych hot-dogów co to je sprzedawali chłopcy w niebieskich koszulkach. no i tak sobie myślę, że fajnie by było, żeby kiedyś moja wnuczka też miała okazję poczuć coś takiego... bo wiadomo, PSG to nie tylko drużyna, to coś więcej, coś co się przekazuje z pokolenia na pokolenie, jak ten sam dobry nastrój w rodzinie. a wy jak myślicie, gdzie byście byli dzisiaj, gdybyście mieli szansę zabrać swoją rodzinę na taki mecz? ja bym chyba znów ustawił się przy tej samej bramce, żeby złapać trochę tamtej magii... 😉
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Akurat ja pamiętam tamtego Balcerza i te cztery gole w dwadzieścia minut jakby to było wczoraj, ale muszę przyznać, że te drużynowe pierdoły z tamtych czasów to zupełnie inna bajka niż to, co mamy teraz. Tamci chłopaki grali jakby mieli w dupach ogień – nie szukali żadnych systemów, po prostu wbijali się w dupsko przeciwnika i kopali, kopali, kopali, aż przeciwnik padł z sił. Pamiętam ten wieczór z Barceloną: wszyscy byliśmy na noże, bo jakiś sędzia w Polsce lubił Barcelonę bardziej niż Boga, ale na boisko weszliśmy i od razu było widać, że ci faceci nie mają żadnych oporów. Mówię wam, to była siła czysta, bez żadnych finezji, po prostu brudny futbol, który działa – i działał.
Teraz? Teraz mamy takich zawodników, co to kopią piłkę naokoło, aż komuś się wreszcie uda trafić do siatki, albo tyle gadają między sobą, że zanim coś zrobią, przeciwnik już trzy razy odbędzie atak. Nie żebym miał coś przeciwko technice – Di Maria w tamtych czasach potrafił rozpierdolić każdego przeciwnika jednym ruchem, ale teraz? Teraz jak patrzę na naszych, to czasem aż się zastanawiam, czy naprawdę grają w ten sam sport. Tamten M'Bappé? Ten dopiero co startował, ale miał w sobie taką pazerność, że jak złapał piłkę, to wiedziałeś, że zaraz będzie problem. A teraz? Teraz jest supergwiazdą, ale czasem wygląda, jakby się bał popełnić błąd, więc czeka, aż ktoś inny zrobi za niego brudną robotę.
I jeszcze te trybuny – pamiętam, jak KarnyUkradł wspomniał o tej aurze, o ludziach, którzy nagle poczuli się częścią czegoś większego. Dziś Parc des Princes też jest pełen, ale czasem brakuje tej szaleńczej radości, tej chęci do śpiewania, krzyczenia, że aż budzą się sąsiedzi. Teraz jak coś idzie nie po naszym nosie, to od razu słychać te "WTF?!" z ławki rezerwowych, a kibole na trybunach patrzą na telefon, zamiast na murawę. Tamtej nocy w 94 roku nikt nie myślał o niczym innym – ani kibole, ani zawodnicy, ani nawet ten facet z fajką, który powiedział, że jutro będą gazety pełne naszego meczu.
No ale co tam – fajnie, że mamy co wspominać, bo teraz to już inna liga. Tamci faceci grali, jakby mieli coś do udowodnienia każdemu, kto na nich spojrzał, a teraz? Teraz mamy gwiazdy, które czasem wyglądają, jakby same do siebie miały pretensje. A wiecie co? Mnie osobiście tamta magia bardziej podoba się niż te dzisiejsze "piłkarskie show", które czasem przypomina bardziej rewię taneczną niż mecz. Ale hej, przynajmniej nie tracimy urody boiska – to akurat wciąż ta sama zieleń co kiedyś, i na tym mogę stanąć.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A co, kurwa, niektórzy myślą że tylko oni byli w tamtej aurze? Pamiętam jak cztery lata temu, jak dzisiaj, z tatą leciałem na półfinał pucharu z tymi samymi cholernymi biletami, co to je tata wykopał z szuflady „na pamiętkę” i które tak naprawdę kupił od jakiegoś pijaka na dworcu. Siedzieliśmy w tym samym miejscu, co KarnyUkradł, ale nie dlatego, że chcieliśmy sensacji, tylko dlatego, że bilety były tańsze w tej „specjalnej” strefie za trybuną. No i fajnie, ale atmosfera była… no, jakaś taka „odgrzewana”. Dopóki nie padła pierwsza bramka, a tuż przed nią facet obok nas — ten z tymi swoim dredami — rzucił butelkę po piwie w sędzia, krzycząc „wypierdalaj z boiska, bo ja cię nie widzę, a nie chcę patrzeć na twoje łapówki!”. No i nagle wszyscy wokół zaczęli śpiewać „Allez Paris”, bo przecież „kto się zna, ten wie, że sędzia to nasz wróg, a nie odwrotnie”. A ja w tym momencie spojrzałem na tatę i powiedziałem: „Tato, my chyba jednak nie byliśmy w 94…” On na to: „Synu, my nie byliśmy, ale Barça akurat dostała kopniaka i to też jest historia, która się liczy”. I miał rację, bo do dzisiaj jakbym dostał gęsiej skórki, kiedy ktoś krzyczy „Paris Saint-Germain!” w najgorszym momencie meczu. 🤣🍿💚
Potrzymaj piwo.