Te chwile, gdy City bił wszystkich i brzmiało 'Blue Moon' nad Etihad
no nie no, niech mnie kule biją, ale teraz jak to czytam to ciarki mnie przeszły po plecach...
pamiętam ten wieczór jakby to było wczoraj... mieliśmy już pogodę na puchar, ale nikt nie spodziewał się czegoś takiego. ten stadion huczał jak ula, ale ten huk to był niczym wobec tego, co działo się w naszych sercach. staliśmy wszyscy tłocznie jak śledzie w beczce, a powietrze aż drżało od tej "blue moon", którą śpiewało pół miasta. a ten moment... boże, ten moment, gdy kompa ruszył z połowy boiska, dryblował pół zespołu i walnął ten strzał... nie wiem jak on to zrobił, że tyle facetów nie dało rady, ale on po prostu wiedział, że to jest ten strzał.
a potem ten wybuch... cała północna trybuna stanęła w ogniu, niektórzy płakali, inni ściskali się tak mocno, że myślałem, że zaraz pękną nam żebra. i ta radość... ta radość była tak wielka, że naprawdę czuło się, jakby niebo otworzyło się nad nami. nie na mecze się chodziło, nie na piłkę się patrzyło — na ten jeden moment się żyło.
i wiecie co? do dzisiaj jak sobie przypominam ten mecz, to nadal mam gęsią skórkę. to nie był tylko mecz, to była rewolucja. i to jest coś, co zostaje w człowieku na całe życie.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
no do cholery… mi się ręce roztrzęsły jakbym pierwszy raz w życiu widział ten mecz, ale nie byłem na stadionie tylko oglądałem w pubie z resztą kolegów z łódki… normalnie w niedzielę nie mieliśmy planów, ale akurat akcja „City w derbach” wbijała się w grafik, wiecie jak to bywa, gdy drużyna walczy o coś wielkiego i gra na luzie, bo mało kto dał jej szans… a tu nagle wszyscy stali jak wryci, piwo w rękach zaczęło lepić się od potu i napięcia, a jak ten gol padł… kurwa, facetom ze stolika obok posypały się pieniądze z kieszeni, jeden aż wstał i krzyczał „TAK JEST, KURWA, NIECH ŻYJE KOMPA!” jakby komuś serce miało pęknąć… a ja? to przez minutę siedziałem w absolutnym szoku, aż jeden z kolegów mnie klepnął w plecy i mówi „no chłopie, wracaj na ziemię bo boisz się oddychać”… do dzisiaj jak sobie to przypominam to mam ciarki, że tyle ludzi w jednym miejscu mogło czuć to samo… ta chemia, ten szał… chyba dlatego kochamy ten klub, bo daje takie momenty gdzieś w środku, których nic nie zastąpi 🔥💙
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a to przypomniało mi się, jak w osiemdziesiątym czwartym roku byliśmy na wyjeździe z kolegami w londyńskim pubie przy stamford bridge i nagle wszyscy zaczęli śpiewać „blue moon” akurat w momencie, gdy tamten stary, dobry team city’ego grał tam z kim tam... nie ważne, chodziło o te chwile, gdy ta melodia zrobiła się naszym hymnem, choć nawet nie było jeszcze tej „erupcji” z 2012. pamiętam, że jeden z nas, stary, zapijaczony kibol birminghamskej szkoły, który normalnie tylko narzekał, że teraz „te bejsbolówki wciągają za dużo cebuli”, nagle wstał na stołku i krzyczał „no nareszcie, zagrajcie ją w kółko, bo inaczej do jutra stąd nie wyjdę!” — a potem puścił w obieg flaszkę po czymś, co miało być whiskey, ale z tego coś takiego cuchnęło, że myślałem, że zaraz tamten facet sam się zapali. ale to było właśnie piękne — ten szał, gdy melodia łączyła ludzi, których nic nie łączyło poza tym jednym: że kochali city. dlatego jak teraz słyszę „blue moon” na etihad, to od razu mam łzy w oczach, bo to nie jest zwykły meczowy kawałek, to coś więcej — to wspólnota, która została w człowieku na zawsze 😄
Też tam byłem tamtej niedzieli, chociaż nie miałem szczęścia stać przy północnej trybunie — siedziałem gdzieś na środku, ale i tak czułem, że powietrze dosłownie wibruje. Ta drużyna z 2011/12 to był jakiś inny poziom, naprawdę. Mieliśmy tego starego dobrego Toure'a, który walił te swoje charakterystyczne gole z dystansu, Milnera walczącego jak oszalały, Kompany'ego, który wiedział, że strzał z 30 metrów to nic nowego, bo on robił to co drugie treningu. To była drużyna, która miała w sobie tyle serca, że aż bolało — nie tylko przez ten gol w derbach, ale przez cały sezon. Oni nie grali pięknie jak ta dzisiejsza maszyna, ale mieli w sobie coś, co trudno opisać. Byli jak banda kumpli, którzy razem walczą o coś wielkiego, choć wszyscy dookoła mówili, że to nie ma szans.
Teraz mamy zespół, który potrafi zagrać w każdym stylu — od kontroli nad meczem po masakrę przeciwnika jednym pressingiem. Oni grają w takim stylu, że nawet jak tracą gola, to za minutę wygląda to, jakby przeciwnik nigdy nie miał piłki. To niesamowite, jak daleko zaszliśmy od tych czasów. Ale... szkoda mi trochę tej dawnej prostoty, tej brutalności, która sprawiała, że kibice czuli się częścią drużyny. Tamten zespół nie miał luksusu posiadania takiej obrony, jak dzisiaj De Bruyne czy Haaland, którzy rozbijają przeciwników, nawet jak ich jedenastu nie dotyka piłki. Tamci ludzie musieli walczyć o każdy centymetr, a my teraz oglądamy, jak nasza drużyna wali hat-tricki w pół finału Ligi Mistrzów jakby to było nic.
Coś jednak zostało — ta magia "Blue Moon". Nadal staje nam serce, gdy zaczynamy ją śpiewać, bo to już nie tylko hymn klubu, ale coś, co łączy pokolenia. Tylko dzisiaj ten szał jest bardziej wyrafinowany, mniej rozpaczliwy, ale też mniej... no, ludzki? Tamci faceci biegali jak opętani, bo wiedzieli, że jak nie zagrają na maxa, to nikt nie da im tej szansy. A dzisiaj? Oni wiedzą, że jak zagrają trochę mniej, to i tak wyjdą z tego meczu jako zwycięzcy. I to jest właśnie ten problem — nie o to chodzi, że dzisiejszy zespół jest słabszy, tylko że tamten był bardziej... no, "nasz". Tak, jakby należał do każdego kibica, który kiedykolwiek nosił niebieską szalik. A dzisiaj? Oni są niesamowici, ale czasem brakuje tej dawnej, prostej pasji, tej desperacji, która sprawiała, że naprawdę żyliśmy tymi meczami.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
A ja wam powiem, jak to wyglądało w moim przypadku – bo ja tamtej niedzieli nie siedziałem ani na północnej, ani na środku, tylko… w kiblu.
Bo widzicie, akurat kiedy Kompa ruszył do tej szarży, akurat w tym momencie mój żołądek zrobił mi małe „kurwa”, no bo pół na pół – piwo z piwem, hot dog z piwem, a do tego jeszcze ten stres. No więc lecę do kibla, a tam akurat jakiś facet z drugiego końca stadionu krzyczy „TAK JEST!” i wali pięścią w ścianę tak, że z sufitu leci tynk. Ja myślę: „o kurwa, chyba mnie dopadło trawienie ligowe”. Ale za to jak tylko wróciłem, to już wiedziałem, że to ten moment – że ten strzał to nie gol, to cud na miarę stanu wojennego. I zaraz po tym, jak piłka wpadła do siatki, facet obok mnie rzucił się na mnie jak na wybawiciela i zaczął mnie ściskać tak mocno, że myślałem, że jednak umrę w kiblu z głodu.
A potem, jak wszyscy szaleli, ja stałem tam z brzuchem w połowie rozdarty między bólem a szczęściem, myślący: „no super, wygrałem mistrzostwo, ale cholernie mnie teraz kurwa boli”. Do dzisiaj jak słyszę „Blue Moon”, to automatycznie sprawdzam, gdzie jest najbliższy kibelek. 😂💙🚽
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.