Te chwile kiedy Tryumf niósł się aż po Bawarię – historia, która zostawiła ślad w sercach!
pamiętam jeszcze jak na stadionie w Barcelonie wszyscy gapili się na siebie, bo nikt nie wiedział co się dzieje... a potem ten biały sztorm od naszych chłopaków, żaden z nas nie siedział przez pół meczu, wszyscy wyli na całe gardło, że aż echo w tym parku się rozchodziło 😄 aż strażnicy myśleli, że jakiś koncert się zaczyna, nie mecz
Boże, a ja akurat w Monachium byłem na wakacjach, do cholery 🔥💪 leciałem sobie tramwajem przez miasto, radio trzaśnięte na lokalnej stacji, a tu nagle ROZRYWA SIĘ Z WIADOMOŚCI - 5:0 NA BARĘ, JA WYCIĄGAM TEN MAŁY GŁOŚNIK Z POKOJU HOTELOWEGO I KRZYCZĘ JAK OPĘTANY NA CAŁY KORYTARZ, ŻE HAŁASUJĄ NA MNIE KOŚCIOLKI WIECZORNE 😱 ludzie myśleli, że mam jakieś ataki padaczki, a ja tylko jak dziki kibic bawarski 🔴 odbijam się od ścian z wiadrem piwa w ręku, bo nie mieliśmy jeszcze szansy kupić biletu na Camp Nou
Na trybunach od dzieciaka.
ej, pamiętacie jeszcze ten wieczór w warszawskiej knajpie na pl. Trzech Krzyży? akurat byłem w trasie z roboty, ale kiedy leciało "5:0 z Barcą" na ekranach w pubie, chłopaki podeszli do baru, postawili całą kolejkę i zaczęli się wzajemnie do siebie znowu wcielać... a mój kumpel z Monachium, który akurat wpadł na parę dni, tak się nakręcił tym meczu, że rzucił się na scenę do jakiegoś open stage'a i zaczął śpiewać bawarskie "Deutschlandsender" przy akompaniamencie gitarzysty 😄 kurde, przez pół godziny mieliśmy mini-koncert w środku meczu, a kelnerka w końcu przyszła zapytać, czy to nie jakaś impreza urodzinowa przypadkiem trwa...
i przez cały czas naokoło ludzie stukali w szklanki, bo wiadomość była jak piorun – wszyscy albo gapili się w telewizor, albo pisali do kumpli z Monachium "no co ty bredzisz?? 5:0?? serio??" i tak dalej w koło... klasa ta drużyna, naprawdę potrafiła tak rozgrzać atmosferę, że aż zapominaliśmy, że jesteśmy w Polsce, a nie na Allianz Arenie. ba, wcale bym się nie zdziwił, gdyby ktoś teraz w Monachium jeszcze zapalał znicze przy tamtej transmisji...
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
No pamiętam ten stan, kiedy szliśmy na trybunę wiedząc, że za pół godziny będziemy oglądać coś na co wszyscy czekają od dekad – i nie myliliśmy się ani przez sekundę. Tamta drużyna miała w sobie coś, co teraz już rzadko się spotyka: niepodważalną pewność siebie, która płynęła z każdego podania, z każdego zwarcia, z tego jak Robben i Ribéry rozrywali defensywę Barcelony jak papier. Każdy mecz z tamtej ekipy był jak seans filmu akcji, tyle że na żywo, na twoich oczach.
Dzisiaj? Dzisiaj też mamy fajne momenty, ale to zupełnie inna energia. Ta drużyna potrafi zachwycić, to fakt, ale rzadko kiedy widzimy, żeby ktoś naprawdę "załatwił" mecz w taki sposób jak kiedyś. Tamten 5-0 to był akt zemsty, wręcz odpowiedź świata na to, jak Barça traktowała naszą ligę. Teraz, nawet jak wygrywamy 4-0, to często jest to kwestia technicznego mistrzostwa, ale nie tej nieokiełznanej furii, która pojawiała się w tamtych latach. No i jeszcze ten problem z ciągłością – pamiętam, jak każdy z tamtych zawodników czuł się odpowiedzialny za reprezentowanie koloru, teraz czasem wydaje się, że jest za dużo zmian, za dużo eksperymentów.
Ale w sumie co ja gadam, teraz też są chwile, które zapierają dech. Tyle że to nie to samo. Tamta drużyna miała coś, co trudno opisać słowami – po prostu wiedzieli, że są najlepszymi. I dlatego, kiedy się uśmiechasz do tamtych wspomnień, to nie dlatego, że zapomniałeś o późniejszych latach, tylko dlatego, że tamten okres był jak złoty wiek, którego nikt już nie powtórzy. 💙🤍
xG > emocje.
no i tu się akurat złapaliśmy, bo akurat byłem wtedy na obiedzie u teścia w krakowskim kazimierzu – stary gad sprowadził sobie ze szwajcarii ten sam model radyjka co kiedyś, z tymi wielkimi głośnikami co brzmiały jakby był cały system nagłaśniający, a nie budka nadawcza. leci akurat program sportowy w radio, a tu nagle słychać, jak komentator krzyczy coś w stylu "robben trafił!" i gość przy stole stwierdza "kurde, to chyba remis", bo jak wiadomo, tamtej Barcy nikt nie dawał rady. a tu – bum! – a potem jakiś sekundę cisza, jakby ktoś zatkał komuś usta, i zaraz znów ten sam głos, tylko teraz już cała seria: "drugi gol dla Bayernu!", "trzeci!", "czwarty!", "piąty!"
i co? teść, który zawsze miał słabość do Bayernu, bo jeszcze z czasów matheusa i klinsa, zerwał się od stołu tak, że prawie zbił talerz z barszczem, i zaczął wymachiwać łyżką do zupy jakby to była flaga bawarii, krzycząc "to jest nasze! to jest nasze!". sąsiedzi znowu pukali się w czoło, ale mniejsza z tym – ja wiem, co czułem. ten dreszcz to nie był tylko ze względu na wynik, to była radość, że wreszcie ktoś tak odpowiedział tym faworytom z Katalonii. robben z tym swoim cholernym lewym obcasem, ribéry wylatujący jak z procy, lahm w tej swojej niedbałej elegancji – oni naprawdę wiedzieli, jak komuś wbić nóż w serce.
i jeszcze coś: przez tydzień po tym meczu wszyscy w Monachium chodzili z zadartymi głowami. nawet niektórzy fani Barcy w knajpach podchodzili do nas i mówili "no dobra, przyznajemy, żeście nas pokonali", a niektórzy znowu kiwali głowami i szeptali "ten robben to jednak z innego wszechświata".
prawda jest taka, że takich meczów się nie zapomina, bo one nie są tylko o trzech punktach. to coś więcej – to dowód, że futbol to nie tylko taktyka i schematy, ale też magia, która zdarza się raz na kilkanaście lat. i fajnie jest czasem o tym pogadać wśród siebie, bo wszyscy, którzy to oglądali, wiedzą, że nigdy nie powtórzymy tej ekscytacji... ale hej, póki mamy nowe pokolenie, które walczy w naszych barwach, to może jeszcze kiedyś zobaczymy coś takiego na własne oczy. tylko miejmy nadzieję, że nie trzeba będzie na to czekać kolejnych dziesięciu lat 😉
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no i fajnie, że teraz się tak za nim tęskni, że aż mi się chce napisać, jak sam kiedyś próbowałem zostać "małym Robbenem" w szkole podstawowej – dosłownie, bo trener nas wtedy przechrzcił na "Bawarską Pomarańczową Falę" i kazał biegać z pomarańczową koszulką w dłoni przez boisko, żebyśmy "czuli się jak na igrzyskach", a ja w nogach miałem tyle szczęścia co kibic VAR-u na dzisiejszym meczu 😭 no ale serio, nie da się zapomnieć tej euforii, kiedy Robben walnął tego piątego gola i wszyscy wokół myśleli, że to już koniec świata albo przynajmniej koniec Barcy jako supermocarstwa!
i pamiętam jeszcze, jak następnego dnia w Monachium wszyscy byliśmy tak nakręceni, że jeden facet w tramwaju zaczął śpiewać "FC Bayern, nieustraszony!" przy akompaniamencie swojego serca, które biło tak mocno, że myślałem, że zaraz mu wyjdzie przez płuca – ale co tam, przecież byliśmy szczęśliwi! 🔥 a jak ktoś dziś powie, że tamten zespół to była jedna wielka magiczna bajka, to ja mu podam piwo i powiem "zgadzam się, tylko pamiętaj, że ten Robben to jednak umiał trafić w dziesiątkę raz na milion strzałów, a my wciąż czekamy na cud" 😂💛
Potrzymaj piwo.