Te czasy, kiedy trybuny płonęły nie tylko ogniem biało-czerwonych!
przedwczoraj obudziłem się i co widzę? stare lejce z 1984 roku leżą sobie pod łóżkiem jakby ktoś je tam schował i powiedział: chłopie, jeszcze nie pora na spoczynek. uściśnięcie ich w ręku i od razu ten zapach pociłego materiału, świeżo pomalowanych barierek i kanapy w wyjazdowym wagonie — normalnie przejechane pół kraju za marnym pucharem, ale było warto.
pamiętam dzień wyjazdu, ten grudniowy ranek w poznańskim dworcu, kiedy obok mnie stał stary koles w płaszczu przeciwdeszczowym z logo lecha na plecach — pamiętałem go z sezonu 82/83, jeszcze z trybuny górnej, kiedy Bramall Lane zrobiło się czarno-białe od naszych szalików. kibice obok mnie śpiewali *lewemu wiatr w żagle*, a ja myślałem tylko o tym, że za dwie godziny będzie lublin — mokre boisko, lekko zaśnieżone, i jedenastka prowadzona przez beneckiego, który wtedy miał w klubie starszego braciszka w trzeciej lidze, bo wszystkie lokalne talenty trafiały do nas albo do warszawskiej.
dojechaliśmy w nocy, pociągiem, bo zwykłe bilety były drogie i mieliśmy w grupie dwóch kolegów, co robili na kolei — jeden jako maszynista, drugi w kasie. dzięki nim mieliśmy dla drużyny ciepłe szatnie i coś ciepłego w brzuchu po meczu. po pucharze — nie pamiętam wyniku szczegółów, bo ważniejsze były te gorące kubki z kawą zalewane spirytusem w szatni gości — ale pamiętam, jak wszyscy wybuchliśmy śmiechem, kiedy jeden z naszych napastników, taki chuderlawy blondyn z numerem dziewięć, próbował podać do środka, ale piłka wylądowała prosto w rzut karny przeciwnika. kibic lublina wrzasnął "co to było?!", a nasz facet tylko wzruszył ramionami: "moja noga nie ogarnia waszych boisk, chłopaki".
pojechaliśmy z powrotem z zielonymi chorągiewkami przyklejonymi do plecaków — w pociągu zrobiło się tak gwarno, że konduktor musiał nas prosić o ciszę. a ja cały czas myślałem o tych butach, które miałem na nogach: zwykłe czarne trampery zrobione na szewskiej pasji, ale dla mnie miały blask złota, bo były na nogach przy tym jednym jedynym pucharze intertoto, który mój ulubiony zespół wywalczył w erze, kiedy jeszcze nikomu nie śniły się jakieś te "cyfry", "analizy" i "statystyczne wyliczanki".
byle by znowu było tak, jak wtedy. z tą samą werwą, z tym samym szaleństwem na trybunach i z tym fajerwerkiem emocji, którego nikt nie da się porównać do niczego innego. 😄
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Nocleg w baraku obok toru wyścigowego w Widzewie, bo na stadion nie było już miejsc — ale nikt nie narzekał, bo na trybunie z płótna od środka widać było tylko druty… i tył ławki rezerwowych. Miałem wtedy 16 lat, a buty? Też "złoto" — zwykłe adidaski z allegro, pomalowane na biało-czerwono we własnym garażu, bo stary powiedział: "jak dasz radę zebrać dziesięciu chłopaków, to każdy dostanie takie same". I zebraliśmy!
Do dzisiaj pamiętam ten zapach mokrej kapy na plecach po meczu z warszawską warsą, kiedy kibice obok mnie darli się na całe gardło "wolny Lech!", a deszcz lał tak mocno, że sędzia musiał przerywać grę. Wracaliśmy do Poznania busem, który miał dziurę w podłodze wielką jak moja dziura w kieszeni, ale nikt nie narzekał — bo wszyscy mieliśmy w plecach ten sam żar co ty w 84 w Lublinie.
Te buty… no kurde, jeszcze je mam! W szafie, w pudełku po butach do treningu. Czasem je wyciągam, potrząsam i myślę: "stary, znowu byś dał radę postawić stopę tam, gdzie trzeba". A jak nie? To przynajmniej będą świadkiem, że byliśmy tam, gdzie naprawdę coś się działo — nie w tych waszych nowych stadionach z klimatyzacją i miejscami VIP, tylko tam, gdzie serce mówi wszystko. 🔥💪🔴
no i patrzcie, od razu mi się przypomniała ta wywrotka z pociągiem pod lesznem gdzieś tam w połowie lat 90, a jakże — pamiętam jak dziś, bo mój stary but, ten drugi z tej samej pary co ta legendarna z intertoto, skręcił się w połowie drogi do katowic, akurat jak zaczynała grać orkiestra, i to jeszcze ta na trybunie południowej, co grała "prosto do serca". kibole obok mnie, facet w koszulce z gierka na ramieniu, mówi: "chłopie, przecież ty masz but na lewej nodze, a tramper na prawej", no i co miałem zrobić — roześmialiśmy się, taki sam śmiech jak teraz, tylko jeszcze bardziej szalony, bo okazało się, że nikt nie zauważył, nawet trener, który stał obok i wrzeszczał na sędziego.
potem do samego wyjazdu ławki rezerwowych dochodziłem boso, a butu nie mogłem nawet założyć — było tak ciasno, że ledwo się wcisnąłem między ludzi, ale nikt nie miał pretensji, bo wiedział, że to przez te buty, które "spaliły się" przy pucharze, i wiadomo było, że to nie but, a symbol. jak wróciliśmy do pociągu, facet z warsztatu kolejowego, co nas przewoził, dał mi kawałek sznurka i kawałek blachy, żebym mógł but jako tako poskładać — i do dzisiaj ten but, ten drugi, jest w mojej szafie, obok buta z 84, i czasem go zakładam, kiedy w telewizji lech gra i nie ma mnie kto na mecz dojechać, bo hałas trybun słychać nawet jak jestem w łodzi 😄
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
To nie żadne porównywanie, to jest rysowanie dwóch zupełnie różnych światów na tej samej siatkówce wspomnień.
Tamtym facetom buty się ścierały od samego stania na nogach przez osiemdziesiąt minut, bo na trybunach to nie było siedzenie, tylko bijące serce całego miasta. Teraz ludzie płacą tysiące za bilety, a i tak narzekają, że za daleko od piłkarskiej akcji. Tamten Lech? Miał w drużynie takich, co grali na ślepo, bo naprawdę nie mieli nic do stracenia — dziś wszędzie widzę kontrakty, klauzule i żółte kartki zalegające w kieszeni.
Pamiętam jak na naszym podwórku przy ul. Hetmańskiej zbieraliśmy się przed telewizorem w latach 90, kiedy Lech grał pucharowe mecze z całym wschodem Europy, i choć sygnał szedł przez kabel wpuszczony przez okno, to było tyle energii, jakbyśmy sami byli na boisku. Dzisiaj? Stadion budowany jest tak, żebyście mogli kupić burgera i nie oblewać go piwem, bo i tak nikt nie krzyknie "tam! tam!". Było głośno, było śmierdziało smażonym cebulowym chlebkiem z budki obok, a jak któryś kibic zaniósł się śpiewem, to cała ulica musiała mu wtórować — teraz wpuszczają was do klimatyzowanej szafy i mówią "proszę nie hałasować".
A ci zawodnicy z tamtych czasów? Prawdziwe chłopy, które miały cycki po talii od samego patrzenia na nieustanne forsowanie defensywy — dzisiaj widzę lalusiów, których kontrakt wyczerpuje się przy pierwszej kolizji z ciałem. Wtedy trenerzy pchali do gry nawet facetów z rodzinnych drużyn juniorskich, bo ktoś musiał dostać łomot za drużynę, a teraz mamy sprowadzane rezerwy z drugoligowych angielskich molochów.
No i ten zapach… Te buty, o których piszecie, nosiły nie tylko stopy, ale całe marzenia całego osiedla. Dzisiaj buty są lepsze, biel bardziej biała, czerwien bardziej czerwona — ale żaden z nich nie będzie pamiętał, jak to jest, kiedy kibic z tyłu krzyczy "MUSISZ GO UGRYŹĆ, BO INACZEJ ZJE NAS WSZYSTKICH!".
Najpierw policz, potem się spieraj.
Jeszcze te buty… ja to mam takie z sezonu 91/92, kiedy Lech dojechał do półfinału pucharu UEFA i wracaliśmy z Legią po 3:0 u siebie, a potem jeszcze starych dobrych czasów w Berlinie! 🔥💪 Tamten mech w Berlinie — Niemcy zrobili na nas zasadzkę, bo kibice lecha tamtej nocy byli wsadzeni do autobusu, który pojechał W KTÓRĄŚ stronę miasta, a myśmy się modlili, żeby nie spotkać miejscowych patroli, bo ci to mieli ochotę szlifować nożami buty, a nie buty do szlifowania! 😱
A te moje trampery? Niby zwykłe, kupione w sklepie sportowym, ale… podeszwy poszarpały się od samego biegania po betonie berlińskiego dworca, bo tam to nie było normalne chodzenie, tylko uciekanie przed tymi z monitoringu! Do dzisiaj trzymam te buty w szafie pod łóżkiem, i czasem zakładam je na spacer nad Wartą, żeby poczuć, jakby ten pył z berlińskich ulic wracał z powrotem do mnie. A jak złapię ten zapach starego smażalniczego oleju i piwa z kubka od kibica — to mi się łzy w oczach robią, że jednak kiedyś potrafiliśmy iść tam, gdzie inni się bali, i wrócić z pucharem w kieszeni! 🔴😄
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
A ja wam powiem, że te buty z 84 to dopiero były jak te buty, co je nosił mój dziadek — te same, co szedł w nich w 1946 roku do pracy w fabryce, a potem do kościoła, bo inaczej nie miał czym się przebrać. Ot, los kibica: raz buty na trybunie, raz w pociągu, raz do roboty, bo wiadomo, że w lechu to nie ma wolnych dni — nawet jak grałeś w papierowego orła na blacie w pracy, to i tak masz nóż w bucie! 😂
A moja żona ciągle mi mówi: "wyrzuć te graty, jeszcze wyściółka wyleci i pozarawiasz dom". To ja jej na to: "kobieto, te buty to nie graty, to relikwia — tyle co na ich zakup idzie teraz w kiosku za jeden numer gazety sportowej!". No i stoi sobie teraz w szafie obok mojej kamizelki z napisu "Lech Poznań — mistrzowie ducha", a jak się w nią ubiorę na imieniny u teścia, to wszyscy myślą, że to jakaś nowa moda z Londynu, a nie zanieczyszczona farbami banderolowymi z meczu z Legią! 🤣🍿
Wiesz co? Jak kiedyś wreszcie stamtąd wyjdę na emeryturę, to te buty założę do trumny — niech widzą, że umierałem z butami na nogach, jak przystało na prawdziwego kiba! 💀🔴
Memy to też analiza.