Te dni, kiedy Biało-Zieloni zagrzewali trybuny do czerwoności, to nasze święte wspomnienia!
te dni, kiedy nasza pogoń tak naprawdę zrobiła ten największy huk w szczecinie – cholera, to był kwiecień osiemdziesiątego siódmego, akurat te ferie wielkanocne, że niby wolne od szkoły, a ja musiałem się uczyć do matury, no ale kto by tam myślał o maturze kiedy do granicy półfinału pucharu polski zostało kilka dni.
pamiętam jak dzisiaj, lato 86-te, stadion przy alei piastów świecił pustkami bo remont, ale trybuny na pierwszym meczu wiosennej rundy w trzeciej lidze – ludzie dosłownie na płocie stali, ktoś na dachu samochodu kibica się wcisnął, że i tak nikt nie widział bo mgła wisiała nad zieloną gęstwiną. a potem ten mecz z chrobrym głogów – 2:1, gol w ostatniej minucie, facet z banderoli wbiegł na boisko, ludzie się darli że aż uszy bolały. no i weszliśmy do pucharu polski, co to było za impreza.
a ten awans? pamiętam, jakby to było wczoraj – stadion przy walecznych, kibice z całego województwa się zjechali, pociągiem, autem, pieszo, ze schodów na rzece. bilety dostaliśmy na godzinę przed meczem, bo bileter się gdzieś zapodział, a my, młodzi gamonie, że niby już dorosłym kibolom nic nie zrobimy, wbiliśmy się grupą na wejście i staliśmy w pierwszym rzędzie na trybunach wschodnich. tamten gol z karnego w 87 minucie – pan janusz kruk kopnął, piłka w lewym rogu, bramkarz sapnął i złapał powietrze, a myśmy tak wrzeszczeli że aż parkometr pod skarpą zadrżał.
i potem ten powrót do domów – cała noc w pociągu, ludzie śpiewali, pili, jeden kolega nawet szczęśliwą gumę do żucia zjadł, nie wiem czemu, ale była u szczytu chwały. a później, jak już pierwszy mecz w pierwszej lidze rozegraliśmy z warszawską polonią i wygraliśmy 3:0, to te ulice szczecina były naprawdę czerwono-zielone – nie jak dzisiaj, że wszędzie reklamy i neon, ale jakby ktoś chlusnął farbą na miasto i zostało tylko biało-zielone.
no i jeszcze te faceci co przez lata siedzieli na trybunach, te same twarze, ci sami chłopcy co teraz z wnukami przychodzą – tamten 87-rok to nie był zwykły awans, to był taki moment kiedy ludzie poczuli, że pogoń to ich dom, ich świątynia, i nic ich nie złamie. a jak ktoś mówił że to tylko trzecia liga, myśmy na to: niech się śmieją, my mieliśmy w sercach te trybuny rozgrzane do czerwoności, a to zupełnie co innego niż komfortowe krzesełka w ekstraklasie.
dzisiaj chłopaki gadają że to był cud albo szczęście, ale ja wiem jedno – tamci chłopcy zrobili coś czego nikt nie potrafiłby dzisiaj powtórzyć, bo dziś każdy kibic ma telefon, aparat i spokojnie filmuje, a tamtego razu trzeba było być tam, czuć ten kurz na ustach, ten zapach piwa co leciał z puszek po gorącym metalu, i te słowa które się krzyczy że aż gardło boli – "pogoń! pogoń!"
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
oj kurczę, ale mnie te opowieści wciągnęły... ja tam w '87 grałem w bandzie na osiedlu Pogodno, mieliśmy swoje sztandary zrobione z białej koszuli i zielonej farby z puszki, że niby nie mieliśmy budżetu na prawdziwy...
pamiętam jak dzisiaj, bo moja stara aż łzy w oczach miała kiedy jej mówiłem że jadę na ten mecz awansowy – "tylko nie psuj buty, bo jutro musisz do roboty" – a ja miałem te buty pożyczone od kolegi, co to były większe o dwa numery, i podczas tego meczu zdarłem całe podeszwy... ten noszę je do dzisiaj w szafie jak świętą pamiątkę, trochę podarte, ale wciąż czuć tam ten kurz z walecznych 😱
a ten gol kruka... ja stałem w pierwszym rzędzie, tuż przy bramce, i jak ten strzał poszedł, to tak mi serce stanęło że przestałem oddychać... ludzie dookoła mnie podskakiwali jak szaleni, a ja tylko stałem z otwartymi ustami i myślałem "kurwa, to naprawdę się dzieje"... potem to było już tylko szaleństwo – wszyscy biegali, śpiewali, płakali, jeden facet coś tam bredził o tym że Bóg nas wreszcie dojrzał, a ja czułem tylko jak ziemia drży mi pod nogami od tego wrzasku.
i potem powrót do domu? pociągiem, tak jak EwaCracovia mówiła... ale mój numer biletu to 42, do dzisiaj go mam wklejonego do pamiętnika, bo akurat tego dnia byliśmy tylu co ławka w kościele... facet obok mnie niósł pół litra w kieszeni kurtki i rozdawał ludziom kubeczki z zielonym papierem po lodach, a my piliśmy prosto z butelki, że niby taki toast za awans... i wszyscy razem śpiewaliśmy "tylko pogoń, pogoń" pod melodię jakiegoś starego szlagieru, którego nikt nie kojarzył, ale brzmiało bosko 🔥
i wiesz co? dzisiaj, jak chodzę na stadion i widzę te nowoczesne krzesełka i cudne instalacje, to czasem brakuje mi tych dni, kiedy to nie był piękny, tylko prawdziwy – brudny, zapchany, ale nasz. tamten czas to nie był awans, to było narodziny czegoś co nas wszystkich połączyło na całe życie. i jak ktoś mówi że to już nie to, to ja mu mówię: spierdalaj, boś nie pamiętał jak to jest czuć ten ogień w sercu, a nie oglądać przez okno samochodu 💪🔴
Na trybunach od dzieciaka.
no do licha, ale mnie te opowieści wciągnęły w mgnieniu oka – bo ja zanim usiadłem na walecznych, to jeszcze w latach siedemdziesiątych chodziłem z ojcem na mecz juniorów przy alei piastów, kiedy trenował tam taki jeden wariat, pan nowak, który kazał im biegać w kożuchach po murawie, że niby aby hartować charakter... no i pamiętam ten cholerny zapach, ten sierpniowy upał, który się odbija od trybuny, i te stare drewniane ławki, które śmierdziały smarem i piwem z gąsiorka.
ale tamtego awansowego meczu – cholera jasna, siedziałem w trzecim rzędzie, tuż przy tym koszu na butelki po piwie, co to wisiał jakby ktoś go tam powiesił dla żartu... i kiedy kruk kopnął tego karnego, to ta siatka trzasnęła tak mocno, że ja aż się schyliłem, myślałbym że ktoś mi pięścią w plecy walnął. a potem ten huk – nie wiem, czy to ludzie, czy to sam stadion odpowiedział, ale czułem jakby mnie ktoś unieszkodliwił, że aż nogi mi drżały i musiałem się chwycić za barierkę, żeby nie upaść.
i co ciekawe, przez cały mecz tamten facet obok mnie, starszy już chłop, cały czas mnie pytał: "widziałeś, jak kruk uderzył? ja widziałem, to była bomba", a ja kiwałem głową jak idiota, bo głosu nie miałem – miałem tylko gardło pełne śmiechu i łez, bo przecież to nie był zwykły gol, to był gol, który otworzył nam drzwi do nieba.
i potem, jak już ludzie zaczęli się rozchodzić, ja zostałem jeszcze trochę – poszedłem obejrzeć to boisko z bliska, pogłaskać trawę, która była tak wydeptana że miejscami widać było gołą ziemię... i wtedy zrozumiałem, dlaczego ci wszyscy ludzie tak szaleli – bo to nie była trzecia liga, to nie były marzenia, to było coś, co nas wszystkich połączyło na całe życie. i jak dzisiaj patrzę na te nowe trybuny, to czasem brakuje mi tej chwili, kiedy to boisko było jeszcze nasze, a my byliśmy jego częścią... a nie odwrotnie.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
no i teraz mam ci powiedzieć że tamtego wieczoru wracałem z chłopakami do domu na nogach, bo bilety na pociąg skończyły się w ósmym roku życia, a my jechaliśmy piętnaście kilometrów na piechotę przez całą noc, śpiewając "pogoń pogoń" tak głośno że sąsiedzi w gliniankach wołali że wreszcie jakiś stróż nocny umrze ze stresu? 🤣
i coś mi się wydaje że ten jeden dzień 30 lat temu to była taka nasza dzisiejsza niedziela na piwo – tyle że zamiast piwka była butelka po maziajce napełniona czymś co pachniało chemikaliami, a zamiast ekstraklasowych graczy to mieliśmy kumpli z osiedla, którzy zaraz po golu wbiegli na boisko żeby się bić z sędzią o to, kto pierwszy dotrze do piłki 😂
ale serio, jak się człowiek tak czyta te opowieści to aż chce się znów tam być – nie wiem, może jutro wezmę stary bileter od Kruka, wsadzę do portfela obok karteczki z numerem 42 i pójdę na stadion z butami, które same się rozpadną, bo wiadomo – znowu urosłem dwa numery w sercu 🔥🍻
Potrzymaj piwo.