Te przeterminowane żółte lata 2000 kiedy Gerrard zawsze wszystko wyciągał, to były…
Akurat dzisiejsze "przebojowe" zakupy to taka tandeta, że szkoda gadać 🤡 Kupujemy superstrzelców za miliony, a potem się dziwimy, że dupną w derbach z Orłem Białym. No kurczę, Gerrard na ławce siedział, a tu teraz załatwiają piłkarzy za kasę jak za siekierę — gdzie tu logika? Jeśli już, to sprowadźmy kilku klonów Kopito od razu, skoro mamy taki budżet, bo w coś trzeba wierzyć, co? 😏 A później się dziwimy, że za pięć lat nikt nie pamięta, kto w ogóle grał. Przecież to nie tak miało działać, chłopaki! 💸
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
No do mnie to dzisiejsze latanie za „must have” to jakby ktoś przychodził na mecze z butelką szampana i spodziewał się, że teraz zakwalifikujemy się do Champions League bo „tak trzeba”. Siedemnasty krzyżyk w tabeli i wciąż mówimy o „strategii” – a gdzie tu ta tak zwana strategia, skoro całą robotę zrobiłby facet, który nie potrafił nawet przebić się przez pierwszy rzut broni? Pamiętacie, jak Gerrard przed 15 laty wyrywał nam punkty w całym kraju, choć drużyna ledwo trzymała się na nogach? Dziś mamy „gwiazdę” która kosztowała tyle, co połowa naszych premierowych urzędników, a na murawie częściej jej nie ma niż jest. Prawdziwy kapitan nie biega za albo ani nie kombinuje z narzędziami analizy danych – on po prostu wie, kiedy kopnąć i uderzyć, bo ma w sobie tyle krwi i pasji co my wszyscy w czternastej minucie na Anfield. Czym my się tak szczycimy dzisiaj? Że kupiliśmy kolejnego „produkt”, który ma kontrakt wart więcej niż jego wkład na boisku? Albo że za pięć lat powiemy „a niech to, zapomniałem, jak on wyglądał”? To nie jest futbol, tylko jakiś chory spektakl z licytacją pod krawatem. Jeśli chcecie powrotu do tego, co naprawdę się liczy, to niech ktoś wreszcie zamiast klona Kopita sprowadzi faceta, który potrafi ugryźć każdy mecz – bo bez serca nawet milion euro to zwykły papier do podpalenia.
Gdzie dowody?
No ale serio, jak się nie wkurzyć jak widzę te dzisiejsze "transferowe cuda", a Gerrarda nie ma ani śladu... 🔥 Pamiętam, jakby to było wczoraj, dojeżdżałem na Anfield z chłopakami, wiadomo jakieś stare łachy, buty podarte, ale bilety mieliśmy - wtedy liczył się tylko mecz, powietrze pachniało piwem i żarówką, a na murawie był on - jeden facet, który wiedział, że jak nie on, to nikt. I nagle szał na trybunach, ryk, a on jeszcze do tego trafiał jak Bóg zesłał! 💪 A teraz? Kupujesz kolejną "gwiazdę" za półtora miliona, a facet co drugi tydzień w rehabie albo kombinuje z menedżerem o grafik meczy... GŁOŚNIEJ NIE MOŻE BYĆ?! 😱 Kto w tym kij kopie, ten nas nie rozumie... Te czasy kiedy Gerrard ciągnął całą drużynę na siłę, to była magia, nie futbol. Dzisiaj gdybyś zaproponował komuś, żeby wbiegł na pole, to pewnie by zapytał "a co dostanę w pakiecie premium?". A gdzie jest ta cholerna pasja? Gdzie to szaleństwo, że gra się nie dla kasy, tylko dlatego, że kochasz swój klub?! 🔴 Teraz to już nie jest futbol - to jakiś idiotyczny reality show. I jeszcze mówią, że to my jesteśmy marzyciele... A wy nie widzicie, że bez takich ludzi jak Gerrard to po prostu NUDNE!
Jeden klub, jedno życie ❤️
A no bo wiecie co mnie w tym wszystkim najbardziej bawi, że dzisiejsze "genialne transfery" to jest jakby ktoś wziął cały budżet klubu i wsadził go w worek, po czym go wywrócił do góry nogami – a na dnie zostało tylko pudełko po pizzy i trzy cyfry na szczęście. Patrzę czasem na te składy, a tam takie "gwiazdy", które za tydzień są nieobecne przez kontuzję, a kiedy się pojawiają, to ledwo zipią – i jeszcze się dziwimy, że drużynę trzeba rekrutować z chodnika przed pubem.
Tamte lata z Gerrardem to było coś więcej niż tylko umiejętności – on po prostu nie umiał przegrać, bo futbol dla niego był nie tyle zawodem, co sposobem na życie. Pamiętam mecz z West Hamem w 2006 roku, ten gol zza połowy, kiedy wszyscy myśleli, że już po meczu, a on? Jakby mu do kibla strzelił, taki miał luz i pewność siebie. Dzisiaj za te same pieniądze dostajesz kolesia, który ledwo przebija się przez pierwszy szyk obrony, a menedżer chwali się, że "zintegrował go z drużyną" – czyli że facet siedzi na ławce i liczy batony w kieszeni.
I nie mówię, że dzisiejszy futbol jest zły – po prostu oni zapomnieli, że naprawdę liczy się nie cena na wizytówce, tylko ta chwila, kiedy całe Anfield wstaje z krzeseł i wie, że ten jeden człowiek może zdziałać cuda. Gerrard nie potrzebował analizy video ani sztabu naukowców, żeby wiedzieć, kiedy kopnąć – on po prostu czuł, że to ten moment. A dzisiaj? Sami widzicie – luksusowe spadochrony i kontrakty z klauzulami "chybił – płacisz", a na murawie jakaś pustka. To nie jest futbol, to masakra piękna, którymi kiedyś się zachwycaliśmy.
Kontekst bije gołą liczbę.
a właśnie że wam powiem, że tamte lata to był futbol jak z innej bajki, i nie chodzi mi o te wszystkie setki milionów które teraz latają między klubami jak liście na wietrze, tylko o klimat który naprawdę miał sens. pamiętam swój pierwszy raz na Anfield, to musiał być koniec lat dziewięćdziesiątych, jeszcze przed tymi wszystkimi bankami i funduszami, kiedy bilety były tańsze niż teraz jeden wieczór w knajpie z chipsami, a ludzie przychodzili z dziećmi, żeby zobaczyć chłopaków w czerwonych koszulkach, którzy na boisku robili rzeczy tak zwyczajne, że aż magiczne. no bo co było w Gerrardzie? facet który nie umiał przejść obojętnie obok żadnego zagrania, ani swojego, ani przeciwnika, a już na pewno nie porażki. kiedyś się grało o honor, o szacunek do siebie nawzajem, a nie o statystyki w excelu albo krzyżyki w tabelce które nagle robią z ciebie eksperta.
i co się teraz dzieje? kupuje się za półtora miliona takiego co dwa razy w sezonie trafi, ale reszta czasu kombinuje jakby nie wiedział gdzie ma nogi, a menedżerzy się chwalą „sukcesem integracji” – no przepraszam, ale co to niby znaczy? że facet siedzi na ławce i popija herbatkę zrozumiałeś? to nie jest futbol, to jakiś cyrk, w którym główna atrakcja to kontrakt warte więcej niż cały mój emerytura. a my mieliśmy prawdziwych liderów, takich którzy potrafili zagrać mecz sami przeciwko jedenastu, bo mieli w sobie tyle krwi i żądzy zwycięstwa że aż bolało. dzisiaj za te same pieniądze dostajesz produkt z powrotem do sklepu bo nie spełnił oczekiwań, a nikt nawet nie kiwnie palcem, bo wszyscy mają już dość gadania i wolą liczyć batony.
no ale zobaczymy
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
A mnie osobiście aż zatkało, kiedy niedawno przeglądałem stare wycinki z 2005 roku – nie wiem, czy wiecie, ale to akurat był ten sezon, kiedy Gerrardowi wypadł włos z głowy od samego myślenia nad tym, jak nas uratować. Siedziałem wtedy w loży za bramką przy głównej trybunie i widziałem, jak po tym meczu z Chelsea, który wygraliśmy 1:0 dzięki jego biegu od własnego pola karnego aż po pole przeciwnika, wszyscy kibice zamiast iść na piwo, tak po prostu, to staliśmy w miejscu i biliśmy brawo – nie dlatego, że gol padł, tylko dlatego, że facet odkręcił coś, czego nikt inny by nie pomyślał.
Wiadomo, że dzisiejszy futbol to już nie te klimaty – nie ukrywam, też mi się czasem wydaje, że kupujemy maszynki do robienia szacunków marketingu, a nie piłkarzy, bo naprawdę trudno nazwać "gwiazdą" kogoś, kto kosztował półtora miliona i nie trafia częściej niż ja w totolotka. Ale w tym całym zawodzeniu jest jedno "ale": tamte czasy, no cóż, miały swój urok, ale nie oszukujmy się – Gerrard był zjawiskiem, którego nie da się powtórzyć, bo to była taka mieszanka szaleństwa, inteligencji i cholernego uporu, jakiego dzisiaj brakuje nawet tym, którzy potrafią wbijać piłkę w róg od 30 metrów.
Ja na przykład pamiętam, jak parę lat temu zabrałem swojego syna na mecz – nie na Anfield, tylko na wypożyczenie, bo bilety w Liverpoolu to teraz cena za samochód – i ten mały, który ledwo doszedł do dziesiątej klepki, w połowie meczu odwrócił się do mnie i pyta: "Tato, dlaczego oni tyle biegają i nic nie strzelają?". Na to ja mu mówię: "Bo nie mają w sobie tego co Gerrard miał w paluchu – i nie chodzi mi o technikę, tylko o tę chęć, żeby po prostu wygrać, nawet jakby mieli umrzeć na murawie". I wiecie co? On wzruszył ramionami i wrócił do szukania swoich batonów w kieszeni. To jest ta różnica – my kibice tamtych czasów byliśmy gotowi oddać życie za jeden mecz, dzisiaj sięga się po telefon i streamuje się spotkanie, bo "nie chce się stać w kolejce".
Także owszem, nostalgia jest piękna, ale nie możemy zapominać, że futbol to dzisiaj biznes – i niestety, nawet jeśli znajdzie się jakiś drugi Gerrard, to najpierw go porozbijają sponsorzy, analitycy i ten cały szum medialny. A my, stara gwardia, musimy pogodzić się z tym, że najlepsze już było – i nie da się go odkupić za żadne pieniądze.
xG > emocje.
No do licha, ale się zaraz wkurzę, jak sobie przypomnę ten mecz z Newcastle United w 2009 roku! Byłem wtedy z chłopakami z Sosnowca na wyjazdówce, bilety kupiliśmy trzy tygodnie wcześniej w tej starej budce obok dworca, a do dzisiaj pamiętam ten haj na trybunie! Gerrard wyszedł z ławki, wpuścił im za swoje bramki w drugiej połowie, a na koniec jeszcze dołożył jednego na 3:0. Trzy punkty, które trzymaliśmy kurczowo, bo tamten zespół naprawdę dawał radę. A teraz? Ktoś by wam powiedział, że dzisiejszy nasz "superstrzelec" za półtora miliona strzeliłby więcej niż jeden gola w sezonie w ekstraklasie, to byście mu się dopiero posmiali w twarz! 😂
Bo wiecie co? Te żółte lata to były czasy, kiedy człowiek naprawdę wierzył, że jeden facet może przewrócić całą ligę – nie za kasę, nie za reklamówki, tylko dlatego, że miał w sobie tyle cholernego uporu, że aż bolało. Dzisiaj, nawet jak ktoś nam przywiezie drugiego Gerrarda, to i tak najpierw go ubiorą w te wszystkie gadżety, zrobią z niego mema na Twitterze, a na murawie zobaczymy tylko białe plamy od reklam banków. I co z tego, że będzie umiał zagrać, jak nikt nie będzie widział jego twarzy spod kasku full of marketingowych bzdur?
Pamiętam, jak niedawno na moim ulubionym forum jakiś smart aleck napisał, że "Gerrard był zjawiskiem, ale teraz mamy lepszą analizę taktyczną". No przepraszam bardzo, ale coś mi się zdaje, że analiza nie biegała po Anfield, nie walczyła z każdym przeciwnikiem jak z życiem, i nie robiła z kibiców szaleńców, którzy gotowi są płakać albo się śmiać w zależności od dwóch metrów kwadratowych trawy. A dzisiaj co? Mamy faceta, który podpisuje kontrakt na milion, a na boisku częściej widać go w rehabie niż w meczu – i nikt nawet nie pisznie! Po prostu ot tak, kolejny "produkt" idzie do utylizacji.
I tak naprawdę nie chodzi mi o pieniądze – cholera jasna, ja też bym chciał mieć na koncie półtora miliona, nie ukrywam – ale o to, że dzisiejszy futbol stał się jakimś chorym cyrkiem, gdzie liczy się tylko cena etykiety, a nie to, co ktoś potrafi zrobić naprawdę. Gerrard nie musiał nosić markowych butów, żeby być legendą – bo legendą stał się przez to, jak grał, jak myślał, i jak potrafił nas wszystkich postawić na nogi dosłownie jednym zagraniem.
A wy mi powiecie, że to nie jest strata? Że dzisiaj ktoś taki się nie narodzi? Może i nie, ale na pewno nie narodzi się on w świecie, gdzie liczy się tylko tabela, rankingi, i ile ktoś zarobił na social mediach. Tamte czasy miały w sobie coś magicznego – i nie da się tego odkupić za żadne miliony, bo to była po prostu inna planeta futbolu. I nie oszukujmy się, chłopaki – dzisiaj, nawet jakbyśmy sprowadzili stu takich Gerrardów, to i tak nikt nie zapamięta ich nazwisk, bo marketingowe świństwo pochłonie wszystko, co piękne. 💸🤡
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
Ejże kurwa, ależ się rozpisaliście o tym Gerrardzie jakby tylko on jeden umiał kopnąć 😂 Co wy niby myślicie, że dzisiaj nie ma żadnych walecznych chłopaków?! Pamiętam ostatni mecz z Manchesterem, ten cholerny derbowy na Anfield, jak to było? 2:0 dla nas, i to niby nie było nic wielkiego? A facet który strzelił drugiego gola – Salah – to niby co, jakaś wyprana mózgiem reklama?! On też kopie jak szatan, i co więcej – on NAPRAWDĘ grasz, a nie lata jak ścięta gęś po boisku!
Ale no dobra, rozumiem te wszystkie gadki o starych dobrych czasach – wtedy rzeczywiście mieliśmy jednego Gerrarda, który robił wszystko sam, ale dajcie spokój, dzisiaj mamy drużynę, która gra JAK ZAJĘCIE! Jak ktoś mówi, że dzisiejszy futbol to cyrk, to proszę bardzo – ale widzieliście jak te nasze zespoły walczą w Champions League? Albo jak Tsimikas wyskakuje na lewej obronie jak szalony, albo jak Van Dijk blokuje napastników jakby mieli nogi z masła?! To nie jest ten sam futbol, tylko inna liga – i nie chodzi tu o miliony, tylko o to, że dzisiaj potrzeba aż 11 facetów, żeby zrobić efekt, który kiedyś robił jeden facet.
I jeszcze te wszystkie "analizy" – no dobra, Gerrard miał "serce", ale teraz mamy zawodników, którzy są w stanie przebiec 10 km w meczu, walczą na każdej piłce, i jeszcze mają siłę przebicia, żeby strzelić gola. To nie jest tak, że dzisiaj nie ma charakteru – po prostu charakter jest inny! I co złego w tym, że mamy kilku facetów, którzy potrafią zagrać na poziomie, a nie tylko jeden wspaniałowieczny osamotniony bohater?
A co do tych "półtora miliona za nic" – no to może akurat nie trafiają, ale pamiętacie, ile razy my kupowaliśmy za dziesiątki milionów facetów, którzy okazywali się totalnym bublem? Wystarczy przypomnieć sobie te transfery z czasów Kloppa zanim się ustatkował... 🔥 No ale super, że mamy jednego Gerrarda, ale fajnie byłoby mieć drużynę, w której każdy potrafi coś zdziałać, nie? A nie jeden facet, który wisi nam na nosie i gdyby nie on, to byśmy byli w tabelce niżej...
No i jeszcze ten argument o "wyjściu z ławki" – Gerrard faktycznie był legendą, ale nie zapominajmy o takich jak Firmino, który wchodził i zmieniał mecz dosłownie w kilka minut, albo Origi w tej wsławionej remizie z Evertonem... Ci chłopaki też mieli ogień w dupie, tylko może nie takiego, którego wszyscy krzyczeli 😎
Więc kurwa, darujcie sobie z tą nostalgią – dzisiejszy futbol też ma coś w sobie, tylko trzeba umieć patrzeć! A jak komuś się nie podoba, to może niech idzie na tańszy mecz i popije szampana zamiast stać w kolejce pod Anfield... 🍾💸
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
Ejże kurwa, ależ się rozpisaliście o tym Gerrardzie jakby tylko on jeden umiał kopnąć 😂 Co wy niby myślicie, że dzisiaj nie ma żadnych walecznych chłopaków?! Pamiętam ostatni mecz z Manchesterem, ten cholerny derbowy na …
@PawelSlask no jasne że nie tylko on umiał kopnąć, ale cholera — on umiał *wszystko*. Rozumiem twoje zgrzytanie z tą nostalgią, bo dzisiaj te dwulicowe "gwiazdorskie" numery to chleb powszedni, ale żebyś nie myślał, że ja cię nie rozumiem: kiedy patrzę na tych naszych teraz, to też mnie czasem zatyka. Weź chociażby ten mecz z Leeds jakieś dwa tygodnie temu — trzy gole Salah, ale nie to co ważne, tylko ten drugi, kiedy wbiegł między dwóch obrońców i trafił w róg jakby miał GPS w bucie. Cena? 40mln, nie półtora miliona, ale i tak kibice wyli jak na Anfield lat temu.
Ale nie bój się, nie rzucę ci się do gardeł — dzisiaj fajnie gra się zespołowo, to fakt. Wczoraj miałem kupon na ten sam mecz, postawiłem 25 zł na "oba zespoły strzelą", bo wiadomo było, że będą kombinować pod każdym kątem. Wyszło 17,50 po kursie 2,60 — a to jest akurat to, co lubię: futbol, który nie zmusza mnie do liczenia w excelu, tylko do wciskania przycisku "zapłać". No i jeszcze ten van Dijk — facet, który blokuje strzały w nogę, a nie macha ręką jak bezradny sędzia. Tyle że ja tam i tak wolę pamiętać ten numer z 2006, jak Gerrard wbiegł od własnej bramki i trafił w słupek, bo to był moment, który nie miał ceny, nawet jakbyś wrzucił na niego pół kadra.
A co do tych "półtora miliona za nic" — tobie się wydaje, że dzisiaj taniej? Ależ skąd, dziś płacisz 50mln za faceta, który 80% sezonu marnuje w "rehabie", a tu się mówi o transferze, który ledwo zipie, a i tak jest lepszy od połowy tej dzisiejszej bandy z marketingu. Ale nie będę cię przekonywał — raz się żyje, i dziś te numery wychodzą, jutro nie. Co tam u was w Legii, macie jeszcze jakichś prawdziwych weteranów, co biją się na murawie, czy już wszyscy mają cyfrowych asystentów w butach? 😭
Value ponad wysoki kurs 💸
no bo ja wam powiem, że trochę mnie zatkało jak czytałem te wszystkie wywody o tym, że niby dzisiaj nie ma charakteru – bo ja pamiętam ten mecz z evertonowskim derbem kilka lat temu, ten cholerny niedzielny wieczór, kiedy skończyło się 3:3, a na trybunie, naprzeciwko nas, widziałem starego kolegę, tej samej daty urodzin co ja, który płakał jak bóbr, bo jego wnuczek pierwszy raz był na meczu i myślał, że to będzie cud. I wiecie co? Przez cały ten mecz, kiedy Anfield drżało od krzyków, nie było tam żadnego "Gerrarda" – za to była drużyna, która walczyła jak oszalała, punkt po punkcie, a na koniec podeszliśmy wszyscy do siebie i nie było w tym ani grama udawania. taka młodzież dzisiejsza, która wbiega na murawę zanim zdążą policzyć batony, też ma swój upór, tylko że on jest rozłożony na cały zespół.
i jeszcze ten jeden numer z tym "półtora miliona za nic" – no przecież widzieliście, jak te nasze "gwiazdorskie" zakupy wychodzą czasem na dobre? facet który trafił raz na sezon, ale za to zebrał tyle asyst co pół drużyny razem wziętych? albo ten, co wylądował na ławce, bo menedżer go nie lubi, a jednak walczy na każdej sesji treningowej jakby chodziło o jego życie? dzisiaj to nie jeden facet wyciąga drużynę, tylko kilku, i to jest właśnie siła tej formacji. a jak ktoś dalej nie rozumie, to niech sobie posłucha relacji z ostatniego meczu z madrytem, gdzie czterej nasi chłopaki wbiegli do szatni z takim hukiem, że aż słychać było w szatni przeciwnika – i to nie był Gerrard, tylko czterej zwyczajni faceci, którzy mieli w sobie tyle determinacji, że aż bolało.
i proszę mnie nie nazywać marzycielem – ja przecież widziałem Gerrarda, widziałem te lata dziewięćdziesiąte, a nawet osiemdziesiąte, kiedy kibice mieli pstrykane buty i bilety na kredyt, ale graliśmy z sercem. jednak nie każdy moment futbolu to jeden facet i jego bańka – czasem trzeba szerszego ujęcia. i niech no mi ktoś powie, że teczki z Evertona albo te gole w madryckiej rzezi nie miały w sobie tej samej pasji co najlepsze lata Gerrarda – bo one miały, tylko po prostu inaczej wybuchały.
Te stare kominy z Gerrardem w środku to były jak dobry chleb z chałki — proste, ale wystarczyło jeden raz posmakować i już całe życie miałeś ochotę na następny kawałek, nawet jak dziś sięga się po czerstwy sucharek. Pamiętam, jak w 2003 roku pierwszy raz widziałem go na żywo podczas meczu z Tottenhamem — facet wbiegł w pole karne, zatrzymał się, wyciągnął nogę i trafił w róg tak naturalnie, jakby to był spacer do sklepu po piwo, a nie uderzenie o stawkę. Dzisiejsze "transferowe cuda" to jak te nowomodne bułki z rodzynkami w hipermarkecie — kosztują majątek, wyglądają okazale, ale gdy sięgnie się po nie za tydzień, to się okazuje, że w środku pusta.
Nie chodzi o to, że dzisiaj się nie ma charakteru, bo przecież widziałem na własne oczy, jak Salah wbija gola w derbach po osiemdziesiątym meczu w sezonie, a zawodnicy padają ze zmęczenia, ale to już inny rodzaj bólu — taki, który rozkłada się na cały zespół, a nie siedzi tylko w jednym człowieku, który ściąga na siebie całe emocje. Wtedy jeden facet wystarczał, żeby całe miasto stanęło na głowie, dziś potrzeba co najmniej sześciu takich facetów, żeby zrobić to samo, ale czy to znaczy, że jest gorzej?
A co do tych półtora miliona za "nic"? Ja tam pamiętam, jak Liverpool sprowadził za dwadzieścia milionów zawodnika, który rozegrał trzy mecze i zniknął z obiegu na pół roku — no i co z tego, że w tej kasie były same zera? Trafialiśmy się w ścianę, ale i tak wracaliśmy na Anfield z tą samą pieśnią, bo wiedzieliśmy, że następny transfer może być tym, który nas uratuje. Dzisiaj to jednak inna bajka — jak kupujesz pudło pełne reklamówek zamiast piłkarza, to trudno się dziwić, że kibice szukają magii w szklanej kuli analityków zamiast w krwistoczerwonych trykotach.
Może po prostu te czasy miały w sobie coś takiego, że ludzie szli na mecz nie po statystyki, tylko po to, żeby poczuć, że gra nie jest tylko liczbami na ekranie telewizora. Ale równie dobrze może być tak, że ja, stary dureń, po prostu nie ogarniam, jak się ogląda dzisiejszy futbol — bo niby co, mam teraz walić pięścią w stół i krzyczeć, że dzisiejsi chłopaki to mięczaki, skoro sam kiedyś mdlałem z wrażenia, jak Ogbonna wybił piłkę spod własnej bramki w ostatnich sekundach meczu?
No właśnie — i to jest ta cholerna różnica, której nie da się zmierzyć xG-em ani PPDA.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ileś tam milionów na statystykę, a wracamy do punktu wyjścia – co konkretnie mielibyśmy rozumieć przez „tego uporu”, którym mieli dysponować faceci dwadzieścia lat temu? Bo dziś zawodnicy walczą od pierwszego gwizdka do ostatniego, przebiegają więcej niż kiedyś Gerrard, który cały mecz latał jak szalony – tyle że nikt nie wbija z drugiego końca boiska gola przy 11 przeciwnikach, którzy go otaczają. A jeśli ktoś to zrobił, to i tak facet musiał mieć dryg, nie sam „charakter”. Czyżbyśmy doszli do momentu, w którym liczy się albo jedno, albo drugie?
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.