Tych barw nie zetrą żadne burze – Wisła Płock zawsze na czele!
pamiętam te derbowe mamy w 94, jakby to było wczoraj. nie te naprędce zrobione stadiony co dzisiaj, tylko stare mury na kutrowie, tłumy się wciskały, a powietrze aż drżało od krzyków. no i ten mecz — legia jakby imiona mieli wypisane na czołgach, a fliscy to banda szaleńców z płocka, co nie mieli nic do stracenia. i ten gol zza 20 metrów, chyba ktoś tam z obrony legii w końcu się potknął, a piłka poleciała w róg, a ja jeszcze pamiętam ten ryk na trybunie za bramką, że echo się niosło aż po wiśle. nasi wtedy grali tak, jakby mieli buty z ołowiu, a wynik i tak był ich. znam takich ludzi, co woleliby zapomnieć, że ten sezon w elicie w ogóle był, ale dla mnie to był taki moment, kiedy się poczułem, że wisła to nie tylko drużyna z nazwą, tylko coś więcej — prawie magia, żeby tak powiedzieć. no i jeszcze ten obiad po meczu u starego barana na okopowej, gdzie wszyscy gapili się na telewizor, jakby mieli prawo do powtórki raz jeszcze. te czasy, cholera, to były czasy.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no do cholery, ja to pamiętam jak przez mgłę coś innego, a nie mecz—byłem wtedy z dziadkiem w płockim transporcie, niedaleko starego dworca, akurat mieliśmy tam taki mały warsztat samochodowy, co później zrobił się jakimś barem, a on właśnie odebrał właśnie ten zardzewiały fiat 126p od klienta, co to gadał, że niby ze dwa razy go naprawiał za darmo, no i radio w nim tylko na falach lokalnych działało, a na trasie do stadionu puścił się akurat ten hit "płockie mury" co to moi kumple na płycie mieli, no i radio trzeszczało jak szalone, a myśmy już mieli bilety w kieszeni i te okropne wejściówki z latarniarnia, co się same rozlepiały no to zmyliśmy z autostrady i jechaliśmy wolniutko, bo ten syf drogowy to był jak sto tysięcy kiboli idących na mecz, a na samym dojeździe pod mostem koło wisły ludzie wymachiwali białymi chustami, no i ja pierdolonego radia nie mogłem wyłączyć, bo piosenka akurat szła, a dziadek mówił "kurwa, niedługo się zacznie, chłopie, trzymaj mnie kurde", i ja miałem w kieszeni te dwie butelki coli, co to jesteśmy te butelki ukradli w sklepie osiedlowym, no i jak weszliśmy na stadion, te schody betonowe co śmierdziały piwem i starym drewnem, a powietrze aż dymiło od papierosowego dymu i kiełbasek co grzały się na blasze, no i jakby ktoś tam w powietrzu powiesił te 20000 głosów, a ja czułem jak te kolana mi drżą, bo pierwszy raz w życiu byłem na meczu w elicie, no i nie wiedziałem nawet co to jest doping, ale krzyczałem razem z tymi ludźmi co się wtórowali, a jak padł ten gol zza 20 metrów, to ja i dziadek podskoczyliśmy tak, że te dwie butelki coś tam upadły i poleciał ten syrop na nogi, no i nikt nawet nie zwracał uwagi, bo ryk był taki, że słychać było nawet za wiślą!!! 🔥💪🔴 i jeszcze teraz jak coś mi powie ktoś, że wisła nie potrafi grać w elicie, to ja mu mówię: weź se przypomnij ten dzień, ten mecz, te buty w coli na ławce i te gęby, co wyglądały jakby mieli wdrukować legii w kibole na zawsze!!! a ci co nie pamiętają, to niech się nad tym zastanowią, bo wisła to nie taka zwykła drużyna—ona ma w sobie kawałek historii co nie da się zetrzeć nawet burzą!!!
Na trybunach od dzieciaka.
a pamiętacie jeszcze te lata, kiedy fliscy wracali z wyjazdów jak jacyś wojownicy z powrotem do domów? bo ja tak — akurat w 95 albo 96, może 97, nie pamiętam do końca, ale to chyba był sezon, kiedy jeździliśmy na wschód, bo jeszcze na tym starym stadionie obok elektrowni były te drewniane ławki co się trzęsły, gdy wszyscy wstawali razem i krzyczeli. no i pamiętacie ten raz, kiedy tramwajem jechaliśmy do radomia, a akurat mieliśmy mecz w środku tygodnia, w tygodniu roboczym, kiedy normalni ludzie chodzą do pracy, a myśmy tam wcisnęci jak sardynki w puszce w te wagoniki co śmierdziały starym smarem i papierosami, a naokoło same kolory — wszyscy w niebieskim, biało-czerwonymi szalikami, a ten zapach kiełbasy co ktoś przywoził z plecaka i ten papierosowy dym co się unosił pod sufitem, a że był mróz za oknem, to szyby w tramwaju zaparowały i nikt nic nie widział, tylko radio grało jakieś takie przaśne piosenki, a my śpiewaliśmy "płockie mury" na cały wagon, chociaż słowa wszyscy znali na pamięć, bo jakie to mogły być inne piosenki na takich wyjazdach?
i jak przyjechaliśmy na miejsce, to stadion w radomiu był tak mały, że jak patrzyło się z trybuny, to kibole gości siedzieli nam prawie na głowie, a nasz trener — ten stary dobry inżynier z wąsikiem, co mówił że futbol to nie matematyka, tylko chemia emocji — puścił taką mowę przed meczem, że aż ciarki przeszły: "panowie, grajcie tak, jakbyście mieli buty z ołowiu, ale serca z płomienia, bo tutaj nie chodzi o punkty, tylko o dumę". no i zagraliśmy jak opętani, a po meczu, kiedyśmy wracali w ten sam sposób, w zatłoczonym tramwaju, ktoś otworzył butelkę jakiegoś taniego piwa, które pachniało jak smoła, a jeden z kumpli zaczął opowiadać jakąś historyjkę o tym, że widział kiedyś na dworcu w płocku legende — niechby to był ten sam stary baran, co prowadził ten bar na okopowej — jak leciał na wycieczkę kibolską w latach 70., to z takim bagażem kiełbasy, że mu cały autobus śmierdział jak u jubilera.
i jak wysiedliśmy na płockim, to było już ciemno, ale powietrze było tak czyste, że aż się człowiek czuł, że po tych wyjazdowych meczach wraca do domu, a nie do zwykłego miasta. a rano w gazecie nic nie pisali o tym meczu, zero słowa, bo nikt nie obchodził się z nami delikatnie, ale myśmy wiedzieli — te wyjazdy, te wojaże, te tramwaje co śmierdziały, te kibole co się znali od lat, to była wisła. nie ta dzisiejsza, co jeździ autokarami z klimatyzacją i ma swoje loże, tylko ta, co ledwo zipie, a i tak bije się o każdy metr boiska. no i wam też coś takiego zostało w głowie, prawda? bo nie chodzi o to, że wygrywaliśmy — chodzi o to, jak się czuliśmy, kiedy te drzwi tramwaju zamykały się za nami i wiedzieliśmy, że znowu jesteśmy razem. 🔴🔵❤️
Widziałem już wszystko, chłopaki.
ej no a pamiętacie jeszcze te buty, co to się rozlepiały jak gumy do żucia pod stadionem? 😂🤣 miałem wtedy takie dwójki z tempa, co to mi się dosłownie posypały jak suchar w mleku po tym meczu z legią, bo tyle tam mokrej trawy i błota było, że jakby ktoś wylał wiadro piwa na murawę. no i ja w nich do pracy następnego dnia, bo mój szef na budowie nie miał pojęcia, że były to "święte buty kibola na derbowy mecz" — tak mu na drugi dzień opowiadałem, że to "buty mistrza", a on na to "ej, twoje buty to raczej mistrzyni sprzątania błota z chodników". no i do dzisiaj trzymam te kawałki gumy w słoiku, bo jak kiedyś Wisła wróci do elicie, to może się przydadzą na jakiś retro meczowy pamiątkowy happening albo coś 🔴🔵🍿
a co do tego radia z trasy — to ja miałem radio na baterie w plecaku, co to puszczało piosenkę o płockich murach, ale akurat mi się rozładowało w połowie, jak tramwaj wjechał w te zakopcone tory pod radomiem i wszyscy zaczęli śpiewać na cały regulator, a moje radio tylko "piiiii" i cisza. no i wtedy stary woźnica tramwajowy, co to miał wąsy jak ugryzione szczotki do zębów, krzyknął "ej, młody, gramy bez playbacku!" i otworzył okno, żeby "prawdziwy dźwięk płynął z ulicy, a nie z twojego gniota". teraz bym się za to obraził, ale wtedy śmialiśmy się wszyscy, jakby ktoś puścił komedię na żywo. no i do dzisiaj jak słychać "płockie mury", to mam przed oczami ten wąsaty woźnica i mój plecak, co to śmierdział papierosami i kiełbasą na przemian. 😂🔥
Memy to też analiza.