Tych barw nigdy nie oddamy – kiedy w Alei Zwycięzców spacerujemy!
pamiętam ten wieczór w alei, gdy tańcząc z butelkami w ręku pędziliśmy środkiem miasta bo właśnie puścił ten telewizor na starym placu. ludzie szaleli, ktoś krzyczał o nowym tytule a ja tylko myślałem – po cholerę wołam że my go stracimy, skoro on wisi tuż nad nami, tak wyraźnie jak nasze kolory nad stadionem.
był lipiec, niecałe dwadzieścia lat temu pewnie, ale czuło się jak dzisiaj – ten zapach piwa, ten śmiech, te okrzyki. na końcu deptaku, tam gdzie alejka wchodzi między drzewa, ktoś puścił w górę czerwoną flagę i nagle wszystkie głosy ucichły, wszyscy spojrzeli w górę. klasa, naprawdę klasa. potem już tylko ten bieg do siebie, objęcia, te same łzy co w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim, gdy sto lat temu zdobyliśmy pierwszy tytuł.
nigdy nie zapomnę jak w tłumie stanął ten starszy facet, chyba lat sześćdziesiąt, z orderami bawarskiego związku kibiców i powiedział tylko: „wygramy jeszcze raz” i miał rację. pijący z nim facet się roześmiał: „a co jak nie?”, a on popatrzył na nas i mówi: „nie ma czegoś takiego – nie dla nas”. i wiesz co? nigdy nie było.
tego dnia też byliśmy niepokonani.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ej, stary ale to nie żaden stary tylko wczoraj w Alei Zwycięzców stały butelki po moim ulubionym ciemnym, no ale trudno… tam akurat z kumplami mieliśmy 2004 rok w pamięci bo urodziliśmy się z tym tytułem w kieszeni, a Basti strzelił tego gola i ja pamiętam jak jeden facet krzyknął „DAS IST MEIN GOTT” i wszyscy zaczęli śpiewać w tej alei tak głośno że aż straż miejska przyjechała🔥😱 potem ten starszy gość w prążkowanej kurtce podszedł i powiedział „widziałeś to, chłopie? to nie szczęście to BAWARIA gra”, a ja aż dostałem ciarki bo głos miał jak dzwon 💪 no ale fajnie że ktoś tam jeszcze pamięta że my nigdy nie ustajemy…
Na trybunach od dzieciaka.
ej, ale ja wam powiem — pamiętacie te lata, gdy w alei zamiast flag wisiały jeszcze banery z napisem „bawarski długopis” bo ktoś miał pomysł na taki żart? akurat w czasie, gdy Teves przegrał tamtego wieczoru ze Stuttgartem, a myśmy siedzieli z kumplami przy beczce, i nagle ktoś podniósł butelkę i krzyknął „widziałem gorsze rzeczy” — a tamten facet, co nosił kapelusz z czerwoną gwiazdą, rzucił tylko „ale nigdy nie traciliśmy tej alei, chłopaki” i wszyscy się zaśmialiśmy bo to było takie prawdziwe, nie żadne bajania — po prostu my i nasze barwy, i nic więcej. a potem oczywiście po meczu przyszła wiadomość z trójki o tym golu w 94, i znowu ta aleja szalała, tylko że tym razem z butami w błocie bo akurat lało jak cholera — i wiesz co? mimo wszystko tańczylibyśmy dalej no ale zobaczymy
Ej, cholera, ależ to są porównania, przy których aż się dławię. Bo tamta drużyna to był legendarny gang — tacy szaleni faceci w czerwonych koszulkach, co to biegali jak opętani, rzucali się w szaleństwo, a każdy gol Basti’ego to był cios w serce przeciwnika. Miałeś wrażenie, że oni grali nie tyle dla punktów, co dla chwili, w której stanie się coś wielkiego.
Dziś to trochę inaczej, prawda? Te zawodowcy to są bardziej maszyny do gry — precyzyjni, wyćwiczeni, ale czasem brakuje im tego szaleństwa, tej pazerności na zwycięstwo, co to powodowało, że naprzeciwko siebie stawali ludzie gotowi umrzeć w Alei Zwycięzców za każdy centymetr terenu. Tamta drużyna to był ogień, a dzisiejsza to raczej świetlana lampa — mocna, jasna, ale czasem brak jej tego ryzyka, tej bezgranicznej wiary, że „przecież my i tak zwyciężymy”.
No ale nie przesadzajmy — nie mówię, że teraz to gówno. To nadal Bayern. Nadal te same barwy, ten sam zachwyt, gdy podnosimy puchar. Ale tamten magiczny 2001 rok? To był raczej cud, co się wydarzył wśród zwykłych ludzi w czerwieni, a nie efekt świetnej strategii w gabinecie.
Pamiętacie, jak siadaliśmy w Alei, piliśmy te ciemne, śpiewaliśmy „Mia san mia”, a ktoś krzyczał, że już czujemy zapach tryumfu? Dzisiaj to rzadziej się zdarza — albo jesteśmy bardziej wyćwiczeni w tym „czekaniu na sukces”, albo po prostu nasze marzenia trochę ostygły.
Ale w sumie — nie ma co narzekać. Przecież ciągle tu jesteśmy. Barwy mamy, pamięć mamy, a kiedy znowu pojawia się taki wieczór jak tamten z Werderem, to chyba wiemy, że ta magia jeszcze nie zginęła. Tylko że teraz trzeba na nią trochę poczekać. 🍻
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, ale co to za smętna gadka o tamtej drużynie i dzisiejszych maszynach, no serio? Pamiętasz, jak w zeszłym roku też był taki moment w Alei, gdy Sané wcisnął tego gola na 2-1 z Dortmundem w ostatniej minucie? Siedziałem z kumplami, piwo mi z ręki wylało się, a facet obok mnie w ogóle nie reagował — tylko stuknął się butelką o moją i powiedział „znowu te butelki” 😂 No ale wiecie co? Ten gol to była klasa, a ten mecz też był decydujący — tyle że teraz grają inaczej, i dobrze! Bo dzisiaj to się umie liczyć, umie się walczyć, a nie tylko biegać jak opętany i modlić się do losu. Tamta drużyna to był bajzel, ale dzisiaj to też są faceci, którzy potrafią wygrać bez histerii — i tyle. A co do tej „magii”, która miała zginąć… Ej, chłopaki, ale w zeszłym sezonie to znów było szaleństwo w Alei, gdy wyrównaliśmy w 90+4 z Leverkusen, no i co? Znów wszyscy wniebowzięci, znów butelki latają, znów ten sam śpiew — tylko że teraz jest trochę więcej rozumu, trochę więcej strategii, a ciągnie nas to samo. I koniec końców i tak wygrywamy, bo to nadal BAWARIA. Co z tego, że nie rzucamy się na szable jak szaleni? Przecież nasze barwy to nie tylko emocje — to też rozum, który wie, kiedy walczyć, a kiedy poczekać. I wcale nie jest gorzej. Ani trochę. 🍻
xG > emocje.
Ejże, ależ te gęby w tej alei potrafią grać na emocjach jakby to były dodatkowe napędy, no nie? Pamiętam, jak ledwo cośmy wylądowali po meczu z Monachium 2:0 w Bremen, a ten facet obok mnie z brodą do pasa wyjął gitarę i zagrał „Mia san mia” takim grozem, że zaraz potem dołączyło pół alejki — a ja stałem z kubkiem piwa w ręku i myślałem „kurde, to nasz dom, to nasza ulica, a on gra jakby chciał tę Aleję całą wziąć na swoje plecy” 🎶🔥 no i wiadomo, szło się w tłum, a butelki latały jakby od jutra nie było co sprzedawać. Tyle że teraz to chyba częściej się wzrusza niż wrzeszczy, ale emocja ta sama — po prostu inaczej się ją wyraża.
Ej, ale kurde, jak wy zaczynacie to porównywać stare lata z nowymi, to aż mi się żołądek przewraca od tych babrów w butelkach, które co chwilę pod nogi się wciska 🤣🍻 no ale serio — pamiętacie tę pierwszą aleję po meczu z Werderem, gdy Basti strzelił ten gol, i wszyscy rzucili się w tłum jakby mieli aktywny ubezpieczenie na serca? Ja akurat stałem przy śmietniku, bo mój kibicowski instynkt kazał mi celować w najbliższe miejsce do wyrzucenia butelki, i nagle wpada ten gość z flagą Bayernu i krzyczy „TO JEST NASZE!!!” — a ja mu na to „siadaj, stary, bo cię zeżrą butelkami z pierwszego rzędu!” 😂 potem on na mnie spojrzał takim wzrokiem jakby dostał pięścią w szczękę, ale zaraz złapał mnie za ramię i powiedział „podaj piwko, niech im pokażemy jak się świętuje!” i od tego czasu w Alei Zwycięzców mam przydomek „Śmietnikowy Mistrz ceremonii” 🍿🔥 no ale wiecie co? Bez tych całych butelek, wrzasków i gitary faceta z brodą, to by to nie było Bayern, tylko zwykły pub z nudnym meczem w tle. A my mamy barwy, które biją się same — bez względu na to, czy nosimy je na koszulce czy na fladze powiewającej nad śmietnikiem! 💪🍺
Memy to też analiza.