Tych chwil nigdy nam nie odbiorą – gdy Les Parisiens płakali ze szczęścia albo gdy wielcy…
pamiętam jak było, bo ja tam na żywo byłem, na Camp Nou, tam w tym 2017 roku, i co to się działo... nie żadne tam 'tamta drużyna', tylko nasz maratończyk ze wzrokiem na taśmę czasu. ten mecz to był taki moment, że potem tygodniami chodziłem z uśmiechem od ucha do ucha, jakby mi ktoś dał dodatkowe życie do przeżycia. wszyscy mówili o tym szalonym kontrataku, o tych trzech golach w czternaście minut, a ja wtedy myślałem tylko: cholera, wreszcie ci barcelończycy poczuli, jak to jest, kiedy jest naprawdę po ludzku, bez żadnych sztuczek. pamiętam tych dwóch chłopaków, neymara i mbappégo, biegających jakby im na plecach diabły siedziały – i ten celnie wbity w róg, jakby ktoś im narysował strzałkę na murawie. i ten kibic obok mnie, facet z flagą parisienów, tak płakał, że aż mu okulary z nosa zsunęły się, a ja mu wtedy powiedziałem: "spokojnie, stary, to dopiero pierwszy akt" – i zaraz potem ten moment, kiedy cavanie wbija tego piątego, a ja myślę: niech to szlag, po co oni w ogóle grali wcześniej w piłkę, skoro teraz takie cuda potrafią.
Siema, ludzie! ... ale co to za porównania z tym brudasami z Barcy, jakby ktoś do puszki coli wsypał żwirek z budowy... 😤 ja akurat byłem w tej chujowej strefie kibica na PSG-Barca 2017 w internecie, bo bilet to była loteria i ja wylosowałem karnet na karne 😭 ale co tam bilet, kiedy te obrazy leciały prosto na mnie, kurwa! trzy gole w czternaście minut i ja wgapiony w ekran jak na horror, tylko że ten horror to była JEBANA rozkosz! Mbappé biegnie, widzę jak mu koszulka lata za nim jak żagiel, a on ten drybling w lewo, potem w prawo, i BUM – szósty zmysł kibica mówi: teraz będzie gol, i ON WBIJA GO RĘCZNIE JAK DO BOGA... a ja taki głupi siedzę i krzyczę "JEST GOL!" w puste mieszkanie, bo wszyscy w domu byli już u babci na imieninach albo co... i wtedy zobaczyłem ten moment Cavaniego, ten lot, ten celny strzał na równiutkie dziewięćdziesiąt... i mój telefon zaczął dzwonić od kumpli, którzy też oglądali, ale oni to mieli na stadionie, no nie? one wielki płacz radości na trybunach, flagi latające, ludzie ściskający się jakby wygrali mundial... a ja tutaj, w swoim pokoju, z pizzą zimną i zalanym telefonem od łez i radości – no ale trudno, przynajmniej moja płyta ma historię 😭🔥
a ty, ludzie, pamiętacie ten październikowy wieczór w paryżu, kiedy to mbappé dopiero co zaczął siać postrach, a my wyrywaliśmy się na ten mecz z monako jak na finał ligi mistrzów? pamiętam, bo miałem bilet na orly i szedł pierwszy raz na stanowisko 14, tuż obok tej metalowej konstrukcji, co to potem wszyscy na nią wdrapywali się jak na pomnik. była pogoda jak z bajki, tyle że chłodno, ale powietrze tak pachniało kawą z budek i tym paryskim smogiem, który u nas to już normalka. ledwo usiedliśmy, a tamci monakijczycy od razu zaczęli się puszyć, że niby ich technika to wyższa półka od naszej... no i co? ledwo dziesięć minut, a już neymar wbija gola z rzutu wolnego, takiego, że bramkarz monaka nawet nie drgnął – tylko patrzył w ślad za piłką, jakby mu ktoś mózg wyjął. potem ta akcja, kiedy mbappé dostaje piłkę na połowie, biegnie sam jak burza, jeden drybling, drugi... i wtedy ten podanie do cavaniego, który jakby wyczuł, że historia pisze się właśnie teraz. wylądował w siatce, a ja mam wrażenie, że cała trybuna zamilkła na sekundę, żeby zaraz eksplodować takim wrzaskiem, że nawet sąsiednie budynki musiały się trząść. facet obok mnie, starszy, w berecie parisienów, zaczął machać swoją szalikiem tak mocno, że myślałem, że mu zaraz odleci – i wtedy powiedział mi do ucha: "synku, ja wiem, że to nie mundial, ale to coś takiego to widziałem tylko raz w życiu, i to przed tobą". a ja tylko pomyślałem: cholera, jak ja mam teraz czekać do kolejnego meczu z takimi emocjami? no bo niby Barcelona była epicka, ale ta gorączka na park des princes, kiedy nikt nie umiał spokojnie oddychać... to była inna liga, dosłownie. i wiesz co? do dzisiaj, jak słyszę piosenkę kibiców psg, aż ciarki przechodzą – bo to nie jest śpiewanie, to wręcz modlitwa, że tak powiem.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No, ale to jest takie porównanie, przy którym człowiek naprawdę siada i myśli, co się, do cholery, stało z tą drużyną wokół Mbappégo. Tamten mecz z Barceloną w 2017 – to był taki moment, kiedy nasz futbol naprawdę brzmiał jak orkiestra, gdzie każdy instrument grał w idealnej harmonii. Cavani, który wbija dwie bramki, Neymar dryblujący jakby miał podeszwy z gąbki, a Mbappé, który dopiero co uczył się latać, ale już wtedy wiedzieliśmy, że to nie jest zwykły debiutant – to był potwór. Oni grali tak, jakby im nic nie mogło przeszkodzić. Było w tym coś magicznego, czego później już nigdy nie doświadczyliśmy w takiej skali.
Dzisiaj mamy Mbappé, który jest już dojrzałym zawodnikiem, owszem, ale... no cóż. Czy ktoś widział, żebyśmy tak dominowali przez pół meczu, aż szlag trafi, i zamiast czterech czy pięciu bramek, strzeliliśmy akurat tyle, żeby jakoś wyjść na prowadzenie? Albo żeby ktoś wbiegł, zrobił zwrot w powietrzu i wbił gola z takim luzem, że ludzie na trybunach mieli wrażenie, że to normalka? Tamtej drużynie nie brakowało niczego – nie talentu, nie chęci, nie charakteru. Oni po prostu grali, jakby mieli coś do udowodnienia nie tylko przeciwnikowi, ale całemu futbolowi.
Teraz? Mamy zespół, który potrafi strzelić gola i zaraz potem tracić koncentrację, jakby ktoś im w zegarku wymienił baterię na słabą. Oczywiście, są momenty, kiedy błysną – Mbappé wraca ze swoją klasą, Dembélé czasem przypomni, że umie coś fajnego, ale to już nie jest ten ciągły, agresywny doping, który potrafił pchnąć drużynę do przodu w kluczowych chwilach. Tamten zespół nie bał się podejmować ryzyka, nawet jak Barcelona miała połowę piłki. Dzisiaj często gra się na posiadanie, ale czy to naprawdę coś zmienia, skoro efekt końcowy to co najwyżej remis albo zwycięstwo 1:0, gdzie drugiego gola nie ma nikt nawet nie próbuje strzelić?
I jeszcze te chwile psychologiczne – tamtej drużynie nie brakowało tego czegoś, co sprawiało, że kibice wierzyli nawet w najbardziej beznadziejną sytuację. Dzisiaj czasem trudno znaleźć w naszym zespole tę pewność siebie, która sprawiała, że ludzie na trybunach płakali ze szczęścia. Pamiętam, jak moi znajomi mówili wtedy: "No niech się dzieje co chce, ale ja wiem, że dzisiaj nie przegrają". Czy ktoś czuje coś takiego teraz? Albo chociażby to, że każdy mecz to nie jest obowiązkówka, tylko szansa na coś wielkiego?
To nie jest tak, że dzisiejszy PSG to zły zespół. Ale tamten zespół... on grał z sercem tak wielkim, że aż bolało. Dzisiaj czasem brakuje tej ognistej pasji, która sprawiała, że kibice czuli się częścią czegoś większego. Może to przez zmianę pokoleń, może przez to, że kariera tak wielu zawodników z tamtej ekipy dobiega końca, a nowi nie dorastają do ich poziomu? Nie wiem. Ale jedno jest pewne – tamten mecz z Barceloną to była lekcja futbolu w czystej postaci. I szkoda, że od tamtej pory jakoś nikt nie pokazał nam, że coś takiego można powtórzyć. No, chyba że ktoś ma w zanadrzu jakiś sekretny plan, o którym my nie wiemy... 😉
Najpierw policz, potem się spieraj.
@Sedzia228 facet, ja to widziałem na WEMBLY w 2020, jakby ktoś wyjął mi mózg i wsadził tam cały ten mecz z Barceloną od nowa – tyle że wtedy byliśmy już w półfinale, a nie w grupie. Ten ciąg emocji, kiedy Cavani wbija czwartego gola, a my wszyscy na trybunach tak skaczem, że policzek boli następnego dnia... to nie był mecz, to była terapia dla kibica. Dzisiaj? Mbappé jest król, ale jak on wbije gola, to ludzie wstają i klaskają, a potem idą do pubu zadowoleni. Tamtego roku po meczu z Barceloną wracaliśmy do metra i śpiewaliśmy "La Marseillaise", bo mieliśmy wrażenie, że coś właśnie się skończyło, ale i zaczęło – i że kolejny taki moment może być dopiero za dekadę. Kurde, szkoda, że takich dni już nie ma... choćby połowy tej magii.
No ale chyba nie ma dzisiaj meczu, po którym człowiek siada i myśli "kurwa, to było NAPRAWDĘ coś" jak po tym, co działo się na WEMBLY w półfinale 2020 z RB Lipskiem, no chyba że chodzi o te łzy na trybunie obok, kiedy Neymar wbiegł do narożnika po golu i taki jeden facet w czerwonym szaliku po prostu padł na kolana i zaczął modlić się, a ja myślałem: "oj, chyba jednak wierzy w cuda". Ale ten Lipsk... to było coś innego, bo ledwo wróciliśmy z pandemii, jeszcze maski na twarzach, biletów mało, ale atmosfera jak w starej dobie – ludzie ściskali się ramionami, kibice pili wino z plastikowych kubków, a my gramoliliśmy się na trybuny jakbyśmy grali w finale. I ten moment, kiedy Mbappé wbija tego gola z półobrotu, widzę go jeszcze przed oczami – skakałem tak wysoko, że kopnąłem faceta w plecy, a on nawet się nie obraził, tylko się uśmiechnął i krzyknął "jebać cię, stary!". No i cała ta chwila, kiedy Cavani wbija tego piątego gola, a my na WEMBLY szaleliśmy tak, że chyba sędziowie myśleli, że to nie mecz, tylko rockowy koncert. Te emocje... te naprawdę się nie powtarzają, bo dzisiaj nawet jak coś fajnego się wydarzy, to już nikt nie płacze, tylko robią selfie ze sztabem, a ja wolę ten dawny styl, gdzie kibice byli prawdziwi, a nie influencersi z telefonami. 🔥💙
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
no kurde, a pamiętacie ten wieczór przed rewanżem z barcą w 2017, kiedy to wszyscy kibice na paryżu zebrali się pod hôtel de ville jak na manifestację, żeby dopingować drużynę jak do wielkiej krucjaty? miałem tam stary żółty szalik z osiemdziesiątego czwartego, ten sam, który nosiłem w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim, kiedy jeszcze w piłkę graliśmy w podwórku – i widzę, jak faceci z flagami uwijają się jak szaleni, bo wiedzieli, że to nie jest zwykły mecz, tylko coś, co zapamiętają do końca życia. potem, w drodze na powrót, jeden z nas, taki typ w berecie parisienów z napisem "ultras", zagadał mnie do automatu z kawą i gada: "wiesz, co jest w tym całym szaleństwie? to, że my nie kibicujemy drużynie – my kibicujemy tej chwili, kiedy naprawdę zapomnisz, że coś takiego w ogóle istnieje, a potem znowu musisz żyć z tą świadomością, że większość życia to jednak nie futbol". i wtedy pomyślałem, że ma rację – tamten mecz to był nie tylko mecz, to była lekcja, jaką futbol daje raz na dekadę, i szkoda, że dzisiaj tak rzadko trafiamy na coś takiego.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Ej ludzie, pamiętacie tą historię z Camp Nou, kiedy to jeden kibic parisienów, całkiem pijany już przed meczem, złapał mikrofon na trybunie i zaczął krzyczeć: "DZIŚ NASZ MECZ BĘDZIE JAK SEKS Z WŁOSZKĄ – KRÓTKI, GORĄCY I NA KOŃCU BOLĘĆ GŁOWY!" 🤣 A potem akurat Mbappé wbija ten gol, a facet taki szczęśliwy, że traci równowagę i wpada na sąsiada, który mu beczkę piwa wylewa na głowę, a on tylko na to: "O cholera, i to się nazywa zakończenie meczu na wysokim poziomie!" 🍻🔥 A ja tam myślałem, że to będzie zwykły wieczór z piwem i marzeniem o pucharze... a tu się okazało, że to była lekcja futbolu, życia i… higieny osobistej. 😂💙
No dobra, ale trzeba powiedzieć jasno: te opisy są tak żywe, że aż ciarki mnie przechodzą, kiedy sobie przypominam, jak wtedy wszystko się działo. Byłem przy meczu z Monako tamtej jesieni, nie na Orły, tylko na trybunie południowej, gdzie normalnie słychać każdy jęk kibica drugiej drużyny. I widzę, jak Neymar wbija ten rzut wolny – bramkarz Monaco nawet nie drgnął, bo piłka weszła w róg tak precyzyjnie, że wyglądało to jakby ktoś ją zaprogramował. Potem Cavani, który normalnie jest chłodny jak kamień, wbiegł na boisko i złapał w locie podanie Mbappégo, które było tak idealne, że aż niesprawiedliwe – nie żeby psg mieli słabe podania, ale tamtego wieczoru wszystko im szło.
I to nie była tylko technika. Tamten zespół grał jakby mieli w DNA to coś, czego dzisiaj brakuje – ten luz, ale też tę desperację, że muszą wygrać, bo inaczej świat się zawali. Dzisiaj bym pewnie policzył statystyki: tamten mecz PSG–Monaco miał 3,2 xG dla PSG, z czego dwie bramki były z sytuacji o wysokim prawdopodobieństwie, ale emocjonalna wartość? Przeliczalna tylko w łzach kibiców. Można analizować do jutra, ale prawda jest taka, że ten zespół miał duszę, której nikt nie umie odtworzyć. A co Wy myślicie – czy dzisiejsze PSG może kiedyś dorównać tamtej chwili, czy to już tylko wspomnienie?
Kontekst bije gołą liczbę.
No nie wiem, koleżanko LechiaGda1908, jakbyśmy mówili o tych czasach, to ja akurat tamtego wieczora z Barceloną 2017 byłem w domu u kumpla w Białymstoku, na telebimie w pubie. Pamiętam jak wbiegłem do pokoju z krzykiem i wpadłem prosto na stół, że mało nie przewróciłem mu piwa – tak się uniosłem, kiedy Cavani strzelił drugiego gola! A potem ten moment, jak Neymar dryblował tamtych dwóch obrońców jakby byli manekinami, a potem podał idealnie... 😳 Mój koleś zawołał "no weź, co to było?!" i myślałem, że oszaleję z emocji. Dzisiaj, jak oglądam PSG, to częściej myślę "no dobra, może trafiłeś, ale co dalej?", a tamtego roku było tak, że po prostu wiedziało się, że oni zaraz jeszcze uderzą i jeszcze uderzą... Takiego luzu i ognia, co łączy kibiców, już nie widzę. Czy to przez Mbappé, który jest teraz samodzielną gwiazdą, a reszta... no cóż, może po prostu era się skończyła? Ale szkoda... bo naprawdę czuło się, że gramy w futbol, a nie tylko gramy w biznes. 💔
Nowy tu, chłonę wiedzę.