Tylko my, tylko my, tylko my — jak woda z czystej pamięci i serca dla czerni-zieleni
ach, panowie, teraz to mi się w sercu coś poruszyło... nie mogę nie napisać, jak tam byłem w osiemdziesiątym piątym, kiedy ci aniołowie zamiatali po arenie tym pucharem, że nawet stary gmach starego stadionu aż drżał od krzyków... pamiętam jak dziś, siedziałem z kumplami gdzieś tam przy trybunie za bramką, a dookoła same czerni-zielone morze głów, że ledwo się człowiek widział między rzędami. facet z kiosku coś tam sprzedawał, ale nikt nie słyszał co, bo wszyscy tylko wrzeszczeli „tylko my, tylko my...” niczym jeden głos, i nagle— puf!— piłka w siatce, a tamten gość z lewej, ten chudy, zapamiętałem jego nazwisko tak jakoś przez skojarzenie z „wiatrakiem”, wbiegł na murawę i mdlał ze szczęścia, a my wszyscy tak samo, że aż łezka się zakręciła... ach, te momenty to się nigdy nie powtórzą, no bo potem przyszły lata, które... no ale o tym może kiedy indziej, jak wam się zachce posłuchać starej gadki przy kuflu.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
O kurwa, to mnie trafiło w dziesiątkę, jak czytam te słowa stary — bo ja tam też byłem, no dobra, może nie dokładnie rokosz, ale rok później, osiemdziesiątym szóstym, i też mi mózg na makaron zrobił, jak ten puchar wylądował na trybunie gości po dogrywce z Widzewem...
Byłem chłopakiem, co to dopiero co dorobił się pierwszego dresu GKS-u, śmierdział jeszcze farbą co chłopaki wyprali z byle czego, ale serce miałem napchane czerni-zielenią po brzegi, no i powiedziałem starym, że muszę jechać, bo coś takiego to się nie powtarza co roku, sejmie kurwa! Wsiadłem w ten pociąg, co ledwo zipał, pełen ludzi z chorągiewkami wymalowanymi na twarzy, że aż strach było patrzeć, a dookoła same opowieści „a pamiętasz tamten mecz sprzed lat?”, „a słyszałeś o tym gościu co wbiegł na murawę w ’83?”...
Jak dojechałem na miejsce, to już na peronie czuć było to napięcie, że aż włosy jeżyły na głowie, a jak weszliśmy do środka, to jebnął mnie ten huk, ten okrzyk „tylko my, tylko my...”, który przeszedł przez całą Arenę jak burza, no i nagle wszyscy zaczęli śpiewać „Jeszcze raz, jeszcze raz”, a ja, kurwa, płakałem jak bóbr, bo to był mój pierwszy prawdziwy mecz mojego klubu, mojego miasta, mojego życia...
I jak wiadomo, ten puchar u nas został, wisiał potem w kantorku przy boisku, a ja do dziś mam zdjęcie z tej wycieczki w szufladzie, takie bliskie brzegiem od załzawienia, że aż nie wiem, kiedy znów taki moment się trafi... ale wiem jedno, że jak GKS gra, to nawet jak przegrywa, to się pamięta, dlaczego się jest kibicem, no ale o tym to chyba nie trzeba gadać — i tak wszyscy wiemy. 🔴💪
Swoich się nie zostawia.
ej, panowie, ależ mi wasze gadanie przypomniało coś z naprawdę starej skrytki pamięci... nie wiem, czy kto z was pamięta ten cholerny mecz półfinałowy z Legią w ’84, nie ten z pucharem, nie — ten co nam awans dał do finału, na którym już potem te anioły posypały się na arenie z tym pysznym pucharem...
byłem wtedy jeszcze takim młodym chłystkiem, co to dopiero co dostał swoją pierwszą flagę od stryja, no i wybraliśmy się w delegację kibiców z katowickimi proporczykami — ale nie z tą wielką grupą, tylko my, jakieś dwudziestka, co jechała na gapę w byle jakim autokarze, co to ledwo zipał, a w środku sami opowiadaliśmy, jak to GKSem teraz zalejemy całą Polskę... tylko że na stadionie Wojska Polskiego to my tam wpadliśmy jak do jaskini lwa, bo Legia miała swoje lata i swoją publiczność, co to w ogóle nie rozumiała, że ktoś inny może chcieć ich przepędzić z boiska.
pamiętam, jak sędzia gwizdnął na rozpoczęcie, a my, no cóż — zaczęliśmy śpiewać, ale tak, że dosłownie cała trybuna zadrżała, że nawet te betonowe schodki pod nami aż uderzały od samego rzężenia... i tam, na samym środku boiska, stanął nasz Lato — ten zawsze poważny, cichy facet, który ledwo mówił do ludzi, a tu nagle wbiegł na samą połowę i puścił taki strzał, że bramkarz Legii nawet nie drgnął, tylko piłka wleciała do siatki... kurwa, to było takie coś, że nogi mi się ugięły, a obok mnie ktoś aż zemdlał, bo tak się napalił emocjami, że serce nie wytrzymało...
a potem ten finałowy mecz z Widzewem w ’85 — to już wiemy, jak było — ale ten półfinał... ten półfinał to był taki moment, że się czuło, że Bóg futbolu patrzy na katowiczan i uśmiecha się pod nosem. bo co to było za widowisko? my tam mieliśmy ducha, a oni — pieniądze, nazwy, kontakty... i co? i nic. bo GKS to nie było tylko klub, to była cała pieprzona ideologia, która wsiąkła w krew i kości, i żadna siła jej nie wyplucze z serca.
i teraz, kiedy patrzę na dzisiejszych chłopaków, co to mają te wszystkie gadżety i merchandising, to uśmiecham się i myślę: fajnie, że są, ale niech wiedzą, że prawdziwy kibic to ten coś, co go w ’84 ciągnęło na te trybuny nie po to, by handlować, tylko po to, by krzyczeć razem z setkami innych "tylko my" — i wiedzieć, że to nigdy się nie zmieni. 🔴🖤
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No do licha, a jednak sięgnęło mnie to co opowiadają — bo niby co innego można powiedzieć po takich wspominkach? Tamci chłopcy to byli naprawdę inni ludzie, i nie chodzi mi o to, że mieli inny styl gry — choć to akurat widać na pierwszy rzut oka. Oni grali tak, jakby na tej murawie nie było nic poza flagami, brawem i tym jednym okrzykiem: „tylko my”. Każdy ich krok, każde podanie — to było jak modlitwa na trybunach, tylko że zamiast „amen” leciało „GKS”, a zamiast kapłana mieliśmy obdartych facetów w dresach, co to nawet buty mieli związane sznurówkami od kibicówki, żeby te buty nie rozleciały się w połowie meczu.
Dzisiaj to się mówi „profesjonalizm”, „struktury”, „analiza video” — no i co? Dzisiaj widzę, jak nasi chłopcy walczą, serio walczą, ale brakuje tego drugiego ogniwa: tej szaleńczej miłości, co to sprawiała, że facet z ławki wstawał w 85 minucie i wyglądał jakby miał dosłownie walić kogoś po mordzie, bo ten jeden skurwysyn zaatakował naszego obrońcę. Tamci mieli w sobie coś, co dzisiejszym brakuje — nie technikę, nie takt, ale właśnie ten moment, kiedy kibic zaczyna bać się o własne zdrowie, bo za bardzo się nakręcił, bo zbyt mocno utożsamił się z barwami. Byliśmy wtedy jak szaleni, i to był nasz największy atut — umieliśmy przegrać, ale nigdy nie umieliśmy przegrać z godnością zapisaną na twarzy.
No i ta drużyna… szczerze mówiąc, dzisiejsza piłka to jest taka fucha dla amatorów, którym ktoś płaci za byle jaką robotę. Tamci grali z takim pazurem, że aż się kurzyło — dzisiaj widzę, że nasi walczą, ale często brakuje im tej desperacji, tej świadomości, że przegrana to nie jest koniec świata, ale koniec emocji, które trzymały całe miasto przy ekranach. Tamci mieli w sobie coś, co dzisiaj ciężko znaleźć: pasję, która przewyższała zdrowy rozsądek.
Ale nie myślcie, że jestem zgorzkniały — bo nie o to chodzi. Tylko trzeba pamiętać, skąd się wzięło to, czym dzisiaj jesteśmy. Tamten puchar w ’85 to nie był sukces jednej drużyny, to był sukces całej społeczności, której DNA mamy we krwi. Dzisiejsi chłopcy mają swoją robotę, swoje obowiązki, swoje kontrakty, ale nie zapominajcie, że kiedyś kibic przychodził na stadion nie dlatego, że dostał bilet za darmo, tylko dlatego, że musiał tam być — bo inaczej to serce pękło.
I w sumie… fajnie, że mamy dzisiaj ten nowy stadion, te nowe trybuny, te gadżety na półkach — ale niech ktoś spróbuje mi powiedzieć, że którykolwiek dzisiejszy zawodnik wbiegnie na murawę i padnie na kolana tak, jak tamten chudy chłopak w ’85, którego nazwisko kojarzyłem z wiatrakiem. Bo zaufajcie, to nie to samo. 🔴🖤
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
kurwa, toż to jakby ktoś włączył stare radio i puścił tylko głosy z tamtych lat, bo u mnie na biurku akurat leży ten numer „Sportu” z maja ’85, taki z winietą zaklejoną taśmą klejącą, co to ją tata przykleił, żeby nie wyglądało, że gazetka się rozleciała — i jakbym czuł ten zapach farby drukarskiej, co to ją wszyscy wołali „smród kibola”, bo wieczorem pociągnął się po całej klatce schodowej. pamiętam, jak ciocia Jadzia wyszła z klatki z kubkiem herbaty i powiedziała: „jeszcze raz?”, a ja tylko kiwnąłem głową, bo wiedziałem, że to nie był dobry moment na gadanie — akurat leciał sygnał do zawodów.
i co mi tam teraz przychodzi do głowy? no że tamci chłopcy mieli w dupie te wszystkie taktyczne plansze, które dzisiaj wiszą na tablicach w szatni, bo oni grali na instynkcie, na złości, na tej cholernej wierze, że jak krzykną razem „tylko my”, to murawa się ugnie. nie pamiętam dokładnie nazwisk całej drużyny, ale pamiętam, jak ten napastnik — no, ten wysoki, chudy, w tym okropnym czarnym dresie, co to mu zbyt duży był w pasie — wbiegł pod bramkę i zrobił taką minę, że facet obok mnie aż zaklął pod nosem, bo myślał, że to remis, a tu nagle siatka drgnęła. i ten huk, ten jeden huk „tylko my”, który przeszedł przez całą Arenę, że nawet sędzia chyba zatrzymał się na chwilę, bo nie był pewny, czy to nie jakaś burza się nadciąga.
no i wiecie co? tamten puchar wisiał potem w kantorku na Wojewódzkiej, ale nie dlatego, że ktoś go tam powiesił — dlatego, że tam byłeś ty, ja, i setki innych, co to nawet nie mieli biletów na półmetek sezonu, bo liczyło się tylko to, żeby być. i teraz, kiedy patrzę na dzisiejszych chłopaków, co to mają te swoje pulsometry i odnowy biologiczne, to myślę sobie: fajnie, że są, ale niech się nie dziwią, jak któregoś dnia zobaczą, że my, starzy, wychodzimy jeszcze na trybuny i śpiewamy „Jeszcze raz” na sam koniec meczu, choćby padał deszcz, choćby sędzia był taki, że aż się kurzy. bo ten puchar w ’85 to nie był tylko wiszący kawałek metalu — to był dowód na to, że futbol to nie tylko taktyka i pieniądze, ale coś, co ma zapach benzyny z autokaru, farby z proporca i łez radości, co to popłynęły po policzku, jak piłka wpadła do siatki. i tyle.
no i co, macie jeszcze te stare zdjęcia z tamtego meczu, czy komuś się zachciało je wyrzucić na śmietnik? bo ja trzymam swoje w pudełku pod łóżkiem, i jak ktoś wejdzie do mnie na piwo, to je wyciągam, bo w końcu ktoś musi pamiętać, skąd się to wszystko wzięło. 🔴🖤
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A co, kurwa, wy mi tu rozklejacie czernią-zielenią w tym konkretnym miejscu? Ej, a pamiętacie, jak to w ’85 na Arenie wpadłem w ten cholerny tłum kiboli akurat w momencie, kiedy sędzia gwizdał na rozpoczęcie i ktoś mi na ucho syknął „przytrzymaj mi piwo, bo zaraz będę rzygał, jak nasz frajer wbiegnie pod bramkę”? No i wbiegł, i ja też z wrażenia o mało nie zwymiotowałem, bo ten gość miał dryń w oczach jakby mu ktoś wstrzyknął cały napój energetyczny do mózgu, a potem bach! — siatka, huk „tylko my”, a ja stoję z puszką w ręce i myślę „kurwa, zapomniałem, że piwo trzeba trzymać pionowo, a nie poziomo”, no i cała puszka wylała mi się na buty. I wiecie co? Byłem tak szczęśliwy, że nawet nie zwróciłem uwagi na to, że wyglądam teraz jak chodzący browar. 🔴🖤🍺🤣
Memy to też analiza.